„Aquaman” - recenzja

Autor: Przemysław Mazur Redaktor: Motyl

Dodane: 20-12-2018 22:12 ()


Pomimo sięgających schyłku 1941 r. tradycji związanych z postacią Aquamana ów heros jeszcze do niedawna zwykł być popularny w nieprzesadnie licznym gronie czytelników. Jeszcze częściej stawał się przedmiotem mało wyszukanych kpin. Ta sytuacja ulegała zmianie wraz z restartem uniwersum DC zapoczątkowanym wczesną jesienią 2011 r., jako że to właśnie wówczas scenarzysta Geoff Johns dołożył starań, by seria z udziałem „Władcy Siedmiu Mórz” znalazła się wśród najlepiej ocenianych tytułów w ofercie DC Comics. Postaci tej nie zabrakło także wśród przedstawicieli ekranowej Ligi Sprawiedliwości.

I chociaż zeszłoroczny obraz Zacka Snydera nie zyskał oczekiwanego poklasku fanów i krytyków ani też nie wygenerował zysków adekwatnych do oczekiwań „zwierzchnich sił” Warnera, to jednak raz wprawiona w ruch machina produkcyjna umożliwiła dokończenie kolejnego pełnometrażowego obrazu współtworzącego kinowe uniwersum głównego konkurenta Marvela. Czy „Aquaman” uplasował się obok na ogół dobrze ocenianej „Wonder Woman” czy też raczej dyskusyjnego „Człowieka ze Stali”?

Jak zapewne pamiętają widzowie „Ligi Sprawiedliwości”, odgrywany przez Jasona Momoę Arthur Curry (bo tak w „cywilu” zwie się naczelny „podwodniak” uniwersum DC) okazał się konsekwentnie prowadzoną, względnie często wzbudzającą szczery uśmiech i sympatię (vide m.in. scena z lassem Hestii) osobowością. Przypisane tej postaci zamiłowanie do mocnych trunków, urodziwych niewiast oraz bitewny zapał nierzadko oscylujący ku brawurze walnie przyczyniły się do zwiększenia zainteresowania solową produkcją z jego udziałem. Tym mocniej, że Warner ewidentnie nie rozpieszcza wielbicieli herosów DC Comics, oferując w tym roku ledwie jedną propozycje filmową (dla porównania bohaterowie „Domu Pomysłów” „brylowali” w tym samym okresie w aż pięciu tego typu produkcjach). Wprost trzeba przyznać, że „Aquaman” faktycznie prezentuje się na bogato. Do tego nawet przy uwzględnieniu standardów współczesnej, rozbuchanej zaawansowanymi efektami specjalnymi kinematografii „popcornowej”. Realizatorzy nie szczędzili bowiem wysiłków na rzecz olśnienia pod tym względem potencjalnych widzów i przyznać trzeba, że zaproponowana przez nich wizja skrytych na dnie Atlantyku cywilizacji wyrosłych na gruzach znanej z dialogów platońskich Atlantydy, prezentuje się nad wyraz sugestywnie. Toteż ich kultura materialna – w tym rozległe kompleksy architektoniczne i przejawy zaawansowanej technologii – są bez zarzutu. Analogicznie rzecz się ma także w przypadku nie zawsze znanych ziemskiej nauce mieszkańców głębin, wśród których najwięcej miejsca poświęcono humanoidalnym Głębinowcom (notabene wykreowanym przez przywoływanego Geoffa Johnsa). Pytanie zatem jak na tle realizacyjnej barokizacji jawi się to, co powinno być dopracowane w najdrobniejszym szczególe, tj. fabuła…

Uczciwie przyznać trzeba, że nie jest ona przesadnie pokomplikowana, ale też nie tego zwykło się oczekiwać od utrzymanych w tej konwencji przedsięwzięć. Oficjalnie odpowiadający za skrypt „Aquamana” duet Will Beall/David Leslie Johnson McGoldrick (wspierany przez Geoffa Johnsa) przyłożył się do tego, aby fani komiksowego pierwowzoru (wbrew pozorom trochę ich jest) nie byli zmuszeni do przecierania oczu ze zdumienia na widok zupełnie nieznanej im postaci. Zresztą już tylko wizerunek Arthura Curry’ego bez cienia wątpliwości jest przetworzoną wedle współczesnej modły wersją tej postaci z czasów, gdy miesięcznik o jego przygodach powierzono scenarzyście Peterowi Davidowi („Aquaman vol.5” publikowany w latach 1994-2001). Główną zaś oś fabularną oparto na konflikcie, do którego doszło w gronie dynastii panującej Atlantydy na tle prawa do dzierżenia nad nią władzy. Teoretycznie należy się ono Ormowi, potomkowi królowej Atlanny (w tej roli nieprzyzwoicie wręcz „odrestaurowana” Nicole Kidman) z jej oficjalnego związku. Sęk w tym, że przed laty, nie mogąc pogodzić się ze zwyczajami obowiązującymi w monarszej rodzinie, opuściła ona Atlantydę i związała się z Tomem Curry, latarnikiem ze wschodniego wybrzeża. Owocem tego związku był nie kto inny jak właśnie Arthur. I chociaż względnie niebawem po jego narodzinach Atlanna zmuszona została do powrotu w oceaniczne odmęty (a także do poślubienia jednego z atlantydzkich arystokratów i powicia Orma) to jednak pogłoska o jej potomku zamieszkującym wśród tzw. powierzchniowców przez następne lata z lękiem i nadzieją powtarzana była przez wszystkich tych, którym bieg spraw w Królestwie Atlantydy nie szczególnie odpowiadał…

Najnowsza produkcja superbohaterska Warnera ma wszystko, co potrzeba, by widz nastawiony na wysokooktanową rozrywkę otrzymał dokładnie to, czego oczekuje. Obłędny wręcz wizualnie podmorski świat prastarych cywilizacji, głębinowe monstra i liczne armie wyekwipowane niezgorzej niż elfickie falangi w filmowej adaptacji „Władcy Pierścieni”, a nade wszystko wyraziści bohaterowie. Niewymuszony luz przejawiany przez Momoe ewidentnie sprzyja recepcji tej osobowości w jego interpretacji. Nadspodziewanie dobrze zaprezentowała się także Amber Heard jako Mera, udowadniając tym samym, że wobec powierzonej jej protagonistki przejawia ona ambicje dalece większe niż tylko wpisanie się w funkcję czysto dekoracyjną. Można wręcz śmiało mówić, że obok Aquamana wyrosła ona na pełnoprawną uczestniczkę tej fabuły, czym zresztą idealnie wpisuje się w obecną politykę wdrażaną wobec jej komiksowego pierwowzoru (vide czwarta odsłona „odrodzonej” serii „Liga Sprawiedliwości”).

Nie wykorzystano natomiast pełni potencjału Orma, a zwłaszcza Czarnej Manty. Nie tyle ze względu na niewłaściwie rozpisane role, ile raczej brak stosownego „czasu antenowego” dla obu zacietrzewieńców. Niewykluczone zresztą, że w przypadku ewentualnej kontynuacji tej produkcji (co biorąc pod uwagę napawające optymizmem wyniki oglądalności „Aquamana” w Państwie Środka, nie jest takie nieprawdopodobne) doczekamy się rozwoju także i tych postaci. Na pewno miłym zaskoczeniem jest udział w tym przedsięwzięciu Dolpha Lundgrena jako króla Nereusa i Willema Dafoe w roli Vulko. Nie są to co prawda rolę przesadnie rozbudowane, ale charakterystyczne i trudne do zapomnienia, udatnie wzbogacające świat przedstawiony filmu. Nie zabrakło też sporej dawki humoru, umiejętnie zniuansowanych uniesień miłosnych oraz pełnych uroku plenerów. Zaiste jest na co popatrzeć! Nawet jeśli – jak to zresztą przy tego typu produkcjach bywa – malkontenci ciskać będą w ów twór zgniłymi pomidorami z zapałem godnym lepszej sprawy, nie warto się tymi „opiniami” przejmować. Widzowie złaknieni epickiej, tętniącej pozytywną, bezpretensjonalną energią rozrywki z dużym prawdopodobieństwem będą się na tej produkcji świetnie bawili.

Ocena: 7/10

Tytuł: „Aquaman”

Reżyseria: James Wan

Scenariusz: Will Beall, David Leslie Johnson McGoldrick 

Obsada:

  • Jason Momoa
  • Amber Heard
  • Nicole Kidman
  • Temuera Morrison
  • Patrick Wilson
  • Yahya Abdul-Mateen II
  • Willem Dafoe
  • Dolph Lundgren 

Muzyka: Rupert Gregson-Williams

Montaż: Kirk Morri

Zdjęcia: Don Burgess

Scenografia: Danielle Berman, Beverley Dunn

Kostiumy: Kym Barrett

Czas trwania: 143 minut

Dziękujemy Cinema City za udostępnienie filmu do recenzji.


comments powered by Disqus