„Czarna Pantera”: „Wakanda w moim sercu” - recenzja

Autor: Marcin Andrys Redaktor: Motyl

Dodane: 10-11-2022 23:00 ()


Po pierwszej odsłonie Czarnej Pantery, która stała się niekwestionowanym hitem MCU, zarówno pod względem artystycznym, jak i komercyjnym nikt chyba nie zakładał, że nie zobaczymy dalszych losów T’Challi w ekranowym uniwersum Marvela. Życie jednak zweryfikowało przyszłość tej postaci wraz z przedwczesną śmiercią nieodżałowanego Chadwicka Bosemana. Aktor zmarł po walce z podstępną chorobą, a kontynuacja przeboju z 2018 r. stanęła pod znakiem zapytania. Jednak kasacja serii nie wchodziła w grę, a nadto, aby uhonorować pamięć aktora, twórcy zaniechali wyboru nowego odtwórcy roli T’Challi.

W ten o to sposób wkraczamy do świata Wakandy ponownie, jednakże bez ich głównego herosa, a z całą jego dotychczasową świtą, z której na czoło wysuwają się rzecz jasna kobiety. Ryan Coogler miał w obsadzie do dyspozycji kilka świetnych aktorek, aby tylko wspomnieć Angelę Bassett (nominowaną do Oscara za brawurową rolę w obrazie Tina, w którym wcieliła się w diwę estrady Tinę Turner), Letitię Wright (docenioną w nowym dziele Agnieszki Smoczyńskiej The Silent Twins), Lupitę Nyong'o (Oscar za rolę w Zniewolonym, To my) czy wcielającą się w Okoyę Danai Gurirę (cieszący się popularnością serial Żywe trupy, bazujący na komiksie Roberta Kirkmana), a to przecież nie koniec galerii postaci, które zawitały do Wakandy w moim sercu. Chyba najważniejsze nowe twarze to Tenoch Huerta - wprowadzający postać Namora do MCU. Bardzo brakowała Sub-Marinera w filmowym uniwersum Marvela, zwłaszcza że król Atlantydy zagościł w komiksach dość dawno, bo w odległym 1939 roku, a odpowiedzialnym za powołanie go do życia był Bill Everett (współtwórca innego herosa Marvela, czyli Daredevila). Drugą, znacznie „młodszą” w historii Domu Pomysłów postacią, bo „zaledwie” sześcioletnią (owoc współpracy Briana Michaela Bendisa i Mike’a Deodato Jr.), jest spadkobierczyni spuścizny Tony’ego Starka, czyli Riri Williams znana jako Ironheart. W obrazie w rolę przebojowej i błyskotliwej geniuszki wcieliła się Dominique Thorne (Gdyby ulica Beale umiała mówić). I właściwie te dwie postaci – jakże różne i znajdujące się na przeciwległych biegunach, gwarantowały emocje w trzydziestym już filmie MCU. I nie zapominajmy, ktoś musi też przejąć pałeczkę po T’Challi, zatem zaskoczeń w filmie nie brakuje.

Komiksy nie raz i nie dwa mierzyły się ze śmiercią bohatera. Tutaj ma ona wymiar podwójnie silny, bo wiemy, że w przeciwieństwie do komiksowych serii nie zobaczymy już głównego aktora. Marvel nie chciał korzystać z dobrodziejstw technologii, aby „wskrzesić” Chadwicka Bosemana, postanowił więc uśmiercić jego postać w filmie. Odważny ruch, zwłaszcza patrząc na liczne głosy, że należało wybrać kogoś innego do tej roli. Trudno sobie jednak wyobrazić nowego aktora wchodzącego w buty Bosemana, który bez dwóch zdań jest idealną Czarną Panterą, podobnie jak Christopher Reeve był idealnym Supermanem. Tym samem początek obrazu to hołd złożony aktorowi i czas pogodzenia się ze stratą i przepracowanie żałoby. Później akcja przeskakuje o rok. Wakanda pozbawiona swojego obrońcy staje się łakomym kąskiem dla przeróżnych wywrotowych organizacji oraz innych państw, które w swoim arsenale z chęcią przywitałyby broń stworzoną na bazie vibranium. Pożądanie rzadkiego minerału sprawia, że sytuacja polityczna między Wakandą a resztą staje się napięta. Tym bardziej, gdy okazuje się, że afrykańska kraina wyprzedzająca zacofany technologicznie świat nie jest jednym miejscem, w którym można znaleźć vibranium. Na arenie pojawia się również nowy i potężny gracz, który zrobi wszystko, aby uchronić swój lud przed ekspansją białego człowieka. 

Z pewnością śmierć Chadwicka Bosemana pokrzyżowała plany twórców do przedstawienia dalszych losów Czarnej Pantery. Rzeźbili więc, ile mogli, aby stworzyć dzieło, które będzie mogło wykorzystać spuściznę obrońcy Wakandy, a przy tym opowie zajmującą historię, znacznie poszerzając dotychczasowe znane uniwersum Marvela. I tak też się stało, chociaż nie wszystkie wątki Coogler zespawał w monumentalne dzieło. Bo Wakanda w moim sercu nie stoi scenami akcji i widowiskowych potyczek. Te w kluczowym momencie się pojawiają, ale są niezbędnym minimum, aby podkreślić konflikt interesów dwóch potężnych narodów. O sile obrazu decydują aktorzy, a głównie aktorki, będące twarzą Wakandy. Królowa Ramonda ma kilka mocnych momentów, a Angela Bassett pokazuje, jak wszechstronnie utalentowaną jest aktorką. Mesmeryzuje widza, jej przemowy są niezwykle charyzmatyczne i emocjonujące. Stanowi ikonę niedoścignionej władzy, skałę, którą trudno skruszyć, gdy chodzi o dobro jej bliskich. Okoye z kolei to pokaz siły i upartości wojowniczki, która w sercu nosi nie tyle żałobę, ile gniew, złość i po trochu bezradność, że w najważniejszym momencie zawiodła. Na chwilę warto zatrzymać się przy Shuri. Letitia Wright z zahukanej i radosnej wynalazczyni wyrosła na liderkę, która w ciągu fabuły przeżywa niejedną traumę, a mimo to zawsze się podnosi. Grana przez nią postać ewoluuje, jest rozdarta między wiarą w technologię a tradycjami swojego ludu. Aktorka udanie poradziła sobie z tą wymagającą kreacją. Nie wolno też zapomnieć o debiucie Namora w MCU. Jego geneza ulegała modyfikacji (udane nawiązanie do Mezoameryki), ale należy się cieszyć, że w końcu ta zasłużona dla Domu Pomysłów postać dołączyła do panteonu ekranowych bohaterów. Tym bardziej że nie jest on typem herosa, jakich do tej pory widzieliśmy w MCU. Nie dąży do konfrontacji za wszelką cenę, ale też nie cofnie się przed niczym, aby chronić swój lud Talokan. Namor w przypływie furii jest tutaj namacalnym zagrożeniem o iście psychopatycznych skłonnościach, niemniej zabrakło w tej intrydze większego zaakcentowania supremacji białego człowieka – który według zarówno Wakandy, jak i podwodnej nacji odpowiada za całe zło. Bo to przecież niepohamowana żądza posiadania najrzadszego i najcenniejszego minerału na Ziemi doprowadziła do konfrontacji między potęgami, których mogą obawiać się władcy tzw. demokratycznego świata. 

Czwarta faza MCU jak dotąd rozwijała się niemrawo, wszystko przez próbę przygotowanie gruntu pod pojawienie się Kanga Zdobywcy. Jak na tym polu wygląda Wakanda w moim sercu? Całkiem nieźle. Coogler udowodnił tym samym, że ma niezwykłą smykałkę do ukazywania bohaterów nieszablonowych, wypartych gdzieś na peryferie pierwszej ligi Marvela, a przy tym przekuwać ich przeżycia, traumy i rozterki w zajmujące widowisko niestroniące rzecz jasna od scen konfrontacyjnych. Na czoło wysuwają się bohaterowie z krwi i kości, targani różnymi emocjami, bardzo ludzcy, popełniający błędy, a nadto wyciągający wnioski i umiejący stanąć w szranki ze swoim przeznaczeniem. Dlatego też widać w dziele Cooglera autorski sznyt, który powoduje, że Wakanda, zarówno jako film MCU, jak i fikcyjne państwo stworzone z wyobraźni twórców Domu Pomysłów, zyskuje miano niepowtarzalnej enklawy, miejsca osobliwego,  urokliwego, ale zachwycającego też wrażliwością bohaterów. Mimo że jest to część większego projektu, to nie sposób nie zauważyć, że ma wiele cech autonomicznych, wybijających dzieło Cooglera przed szereg taśmowo powstających produktów Marvela.

Wakanda w moim sercu to dzieło dojrzalsze w wymiarze emotywnym od poprzedniej odsłony, skupiające się na blaskach i cieniach heroizmu. Pokazujące, jak bogate uniwersum w sprawnych rękach twórców z pasją może proste i niezobowiązujące opowieści przekuć w widowiska, które wzruszają, trzymają w napięciu, zachęcają do sięgnięcia głębiej zarówno do kolejnych filmów, jak i komiksów. Dlatego też dzieło Cooglera jest kolejną perełką w portfolio MCU, obrazem, który pokazuje inne oblicze superbohaterów. Nie ma tu miejsca na liczne żarciki. Cisza i zaduma wypełniają kadry pełne rozpaczy, łez i złości. To także obraz o poszukiwaniu i odnajdywaniu siebie. Pewnie nie pierwszy i nie ostatni. Wakanda z pewnością nie zniknie z mapy MCU, za dużo ciekawych rzeczy ma jeszcze do zaoferowania.   

Ocena: 7,5/10

Tytuł: „Czarna Pantera”: „Wakanda w moim sercu”

Reżyseria: Ryan Coogler

Scenariusz: Ryan Coogler, Joe Robert Cole

Obsada:

  • Letitia Wright
  • Lupita Nyong'o
  • Danai Gurira
  • Winston Duke
  • Angela Bassett
  • Tenoch Huerta
  • Martin Freeman
  • Dominique Thorne
  • Florence Kasumba
  • Michaela Coel
  • Alex Livinalli
  • Mabel Cadena

Muzyka: Ludwig Göransson

Zdjęcia: Autumn Durald Arkapaw

Montaż: Kelley Dixon, Jennifer Lame, Michael P. Shawver

Scenografia: Lisa K. Sessions

Kostiumy: Ruth E. Carter

Czas trwania: 161 minut

 Dziękujemy Cinema City za udostępnienie filmu do recenzji. 

 

 


comments powered by Disqus