„King’s man: Pierwsza misja” - recenzja

Autor: Marcin Andrys Redaktor: Motyl

Dodane: 06-01-2022 23:54 ()


Po dwóch częściach Kingsman, luźnej adaptacji komiksu Marka Millara, włodarze wytwórni Marv zapragnęli dalej rozwijać to kinowe uniwersum. W planach ponoć jest/było siedem produkcji oraz serial. Na początek jednak zdecydowali się na prequel serii, za którego kamerą stanął dobrze znany z poprzednich odsłon Matthew Vaughn. Tutaj jednak sprawnie dotąd działająca maszyna niestety się zacięła. Bo Pierwsza misja nie dorasta swoim poprzednikom do pięt. Na domiar złego, filmom akcji nie przystoi epatować głupią fabułą i nudą. A w najnowszej odsłonie serii jest tego pod dostatkiem.

Cofamy się w czasie do początków XX wieku, aby poznać motywację księcia Orlando Oxforda (w tej roli jak zwykle dystyngowany Ralph Fiennes), która pchnęła go w objęcia pacyfizmu. Widząc ogrom wojny, niepotrzebnej śmierci ludzkich istnień, stara się pomóc ofiarom zbrojnych konfliktów. Na tym polu ponosi jednak najwyższą cenę, nie dziwi więc decyzja o ochronie jedynego syna przed walką na froncie Wielkiej Wojny. Nie wie jednak, że za wywołaniem tejże stoi mroczny manipulator zwący się Pasterzem, któremu w smak jest szerzący się w Europie chaos. Oxford niechętnie, ale nie widząc innej możliwości, udaje się do Rosji na spotkanie z carem, aby wyperswadować mu wycofane się z wojny. Bez wsparcia Mikołaja II Wielka Brytania zostanie bowiem skazana na porażkę. Swoje dyplomatyczne i nie tylko umiejętności musi wykazać w rywalizacji z nieprzejednanym i odrażającym Rasputinem, a jednocześnie chronić syna przed makabrą wojny.

Mając w pamięci dwie poprzednie odsłony cyklu, nastawione na brawurową akcję, soczyście brutalne z absurdalnym humorem i udanymi twistami, Pierwszą misję należy potraktować jako rozczarowanie. O tyle bolesne, bo zarówna obsada, jak i pomysł wyjściowy dawały tej opowieści znacznie większe możliwości niż fabuła, którą otrzymaliśmy. Niezamierzenie, a może i zamierzenie twórcy wpadki w słabej jakości parodię, bo zarówno bractwo zła na czele z enigmatycznym Pasterzem, jak i poczynania pierwszych członków brytyjskiej tajnej organizacji nie mają w sobie ani krzty oryginalności, ani też nie wzbudzają większej ciekawości. Wątek pacyfizmu i ojcowskiej miłości potraktowano w tak łopatologiczny sposób, że obrzydza tylko film. Pierwsza połowa obrazu, rozwijająca intrygę – jest wręcz nudna, druga z kolei, zmierzająca do zawiązania akcji i jej finału, została pokazana w zwiastunach. Kolejne pionki na szachownicy nie są ani charyzmatyczne, ani nie zapadają na długo w pamięci. Dobrze, że tożsamość głównego złoczyńcy (co i tak z przebiegu fabuły jest oczywiste) nie została za szybko ujawniona, bo byłaby klapa pełną gębą.  Niemoc twórczą najlepiej obrazuje sekwencja konfrontacji z Rasputinem. Niepotrzebnie rozwleczona, z masą idiotyzmów mających pokazać zepsucie nadwornego kaznodziei cara, a wręcz momentami obrażająca inteligencję widza. Ambitnego humoru w niej nie uświadczymy. Typowego brytyjskiego humoru również jak na lekarstwo.

King’s man: Pierwsza misja to nie tyle zmarnowany potencjał, ile wielkie uczucie niedosytu po dwóch sprawnie nakręconych odsłonach cyklu. Szkoda zaangażowanych środków, bo można je było z większym powodzeniem wykorzystać. Czy po sromotnej klęsce w box office twórcy pociągną temat dalej? Bo otwarte zakończenie prequelu, jak również Złotego kręgu dają wiele możliwości na dalszą eksplorację tego świata. Pytanie, czy współczesny widz, chce być katowany wątpliwą rozrywką umiejscowioną w czasach minionych, pokazaną nawet z przymrużeniem oka i absurdalnym humorem?

Ocena: 4/10

Tytuł: King’s man: Pierwsza misja

Reżyseria: Matthew Vaughn

Scenariusz: Matthew Vaughn, Karl Gajdusek

Na podstawie komiksu Marka Millara i Dave'a Gibbonsa

Obsada:

  • Ralph Fiennes
  • Gemma Arterton
  • Djimon Hounsou
  • Matthew Goode
  • Charles Dance
  • Alexandra Maria Lara
  • Harris Dickinson
  • Rhys Ifans
  • Valerie Pachner
  • Daniel Brühl
  • Tom Hollander

Muzyka: Dominic Lewis, Matthew Margeson

Zdjęcia: Ben Davis

Montaż: Jason Ballantine, Robert Hall

Scenografia: Dominic Capon

Kostiumy: Michele Clapton

Czas trwania: 129 minut

Dziękujemy Cinema City za udostępnienie filmu do recenzji.


comments powered by Disqus