„Wieloryb” - recenzja

Autor: Michał Chudoliński Redaktor: Motyl

Dodane: 17-02-2023 17:22 ()


Czekałem na ten film, autentycznie. Historia zmagań Brendana Frasera jest poruszająca sama w sobie. Na wczesnych filmach Aronofsky’ego się wychowałem. Uwielbiam „Zapaśnika”, „Czarnego Łabędzia”, „Pi”, „Requiem dla snu”. A mimo tej ekscytacji muszę z przykrością przyznać, że „Wieloryb” jest spektakularną porażką.

Intencji do powstania filmu może być tylu, ilu jest ludzi. Czasami film realizowany jest nie dlatego, że jest ku temu podstawa w formie fenomenalnego scenariusza. Są takie sytuacje, gdy reżyser przychodzi do aktora, mówiąc mu: „Widzę, z czym się zmagasz. Pomogę Ci wyjść z tego. Pokażę Ci światło. Przejdźmy to katharsis razem”. Nie chodzi wtedy o opowiedzenie koherentnej fabuły, przekazanie czegoś ważnego audytorium. Odprawiany jest wtedy rytuał, mający podświadomie puścić w eter wiadomość: „ja istnieję mimo tego wszystkiego. Wracam, mocniejszy”.

„Wieloryb” jest takim powrotem Brendana Frasera, którego Hollywood upodliło przez molestowanie i w efekcie załamanie nerwowe i postępującą depresję. Aronofsky nakłada na aktora kombinezon i przemienia w osamotnionego profesora anglistyki. Z powodu chorobliwej otyłości humanista nie wychodzi z mieszkania, wszelkie zajęcia z creative writing prowadzi zdalnie. Aby nie obrzydzać słuchaczy, nie włącza internetowej kamerki. I choć wchłania w siebie fast foody i inne cukrowe toksyny to nie przestaje, nawet w obliczu wieści o niewydolności organizmu. Umrzeć ma za kilka dni.

Brzmi jak Golgota? W rzeczy samej to istna droga krzyżowa, ale bez poczucia oczyszczenia. Raczej pozostawiająca pytania o sens i zasadność tego cierpienia. Chciałbym naprawdę kochać ten film, ale z powodu jego braku wiarygodności trudno mi go odbierać inaczej jak farsę, w której sztuka jest sprowadzana do ekshibicjonizmu bólu ku uciesze wielce poruszonych krytyków i innych członków Akademii Filmowej.

Tak wiele rzeczy w tym filmie nie działa, od napuszonej tonacji po wymuszone występy obsady drugoplanowe, które niczym zjawy pokazują się głównemu bohaterowi, aby go zbawić od nieuchronnej katastrofy. Tylko jak ja mam w to uwierzyć, gdy protagonista jawi mi się jako litujący się nad sobą buc, nieumiejący uświadomić sobie istoty swej samospełniającej się przepowiedni. Jego droga ku odkupieniu i rozgrzeszeniu nie ma żadnego sensu, a winnymi tej sytuacji jest reżyser (za decyzje artystyczne), operator kamery (za brak pomysłu na perspektywę fabularną) i scenarzysta (nieumiejący zarysować konfliktu, niewykorzystujący ani w procencie potęgi przesłania tytułowego odwołania do literackiej klasyki Hermana Melville'a).

Niniejszy tekst może wydawać się pastwieniem. Zaprawdę jednak powiadam, tutaj to Aronofsky się pastwi na nas, pokazując mordęgę mającą w nasz spowodować poruszenie. To jest dramat, proszę Państwa, a jeżeli już jest mi przykro to za Brendana Frasera, który stara się nadać swojej postaci ramy, jakieś poczucie człowieczeństwa. Jego wysiłek spłonął jednak na panewce przez operatora kamery, który swym pornograficznym okiem pomylił gatunki filmowe. Ktoś powie – ale o co ci chodzi, drogi krytyku. Fraser dostaje nagrody, uznanie, chyba o to chodziło. Jeżeli to ma być środkiem do celu, to jedynie świadczy umiłowaniu gremiów jury do cierpiętnictwa dla poklasku. Ze sztuką i odkryciem czegoś nowego nie ma to nic wspólnego. Ot, pokazówka, by zarobić na comebacku.

„Wieloryb” mnie poważnie zirytował. Nie potrafię uwierzyć w ani jeden element pojawiający się w filmie. Jedyny głos rozsądku, racjonalizmu w tej historii, uosobiony w troskliwej pielęgniarce, koniec końców nie działa z powodu braku decyzji postaci wzięcia sprawy we własne ręce i totalnego ignorowania profesora, któremu non stop jest przykro.

Wychodzę z założenia, że nie ma złych historii. Są tylko nieadekwatne strategie jej opowiedzenia. „Wielorybem” Aronofsky potwierdził jedynie, że obrósł go kurz. Jest to, w rzeczy same, przykre. Chyba nie taka była tutaj intencja. Potrafię wyobrazić sobie tragedie uświadamiające człowiekowi, że są sytuacje, gdy miłość nie wystarcza. Tutaj tego nie ma. Jest za to festiwal pastwienia się, co ma samo w sobie być artyzmem. Do diabła z takimi filmami.

 

Tytuł: Wieloryb

Reżyseria: Darren Aronofsky

Scenariusz: Samuel D. Hunter

Obsada:

  • Brendan Fraser
  • Sadie Sink
  • Ty Simpkins
  • Hong Chau
  • Samantha Morton
  • Sathya Sridharan
  • Jacey Sink

Muzyka: Rob Simonsen

Zdjęcia: Matthew Libatique

Montaż: Andrew Weisblum

Scenografia: Lisa Scoppa

Kostiumy: Danny Glicker

Czas trwania: 117 minut

 Dziękujemy Cinema City za udostępnienie filmu do recenzji. 


comments powered by Disqus