Fragmenty z "Obcy - grafika i opowiadania"

Autor: Różni autorzy Redaktor: Krzyś-Miś

Dodane: 16-06-2007 12:17 ()


 

CZARNOŚĆ

EuGeniusz Dębski

 

Słupek żaru nie wiadomo kiedy połknął papierosa i zgasł, dotarłszy do filtra. Edwin popatrzył na walec  popiołu ze złością, i ostrożnie, by nie opadł na stół, doniósł do popielniczki i położył na jej szklanym dnie. Pokasłał chwilę, rytualnie poklepał się po klatce piersiowej, potem wstał i podszedł do piecyka. W palenisku warstwa żaru wyglądała na idealną, ale i tak poruszył ją pogrzebaczem,  a potem chwycił patelnię i płynnymi kolistymi ruchami rozprowadził olej równą warstwą po dnie naczynia. Potem zerknął szybko na schody i splunął lekko na patelnię -  kilka malutkich kropelek śliny zatańczyło na rozgrzanym tłuszczu skwiercząc głośno. Edwin pokiwał z zadowoleniem głową - od kilkudziesięciu lat stosował ten prosty sposób sprawdzenia temperatury tłuszczu i nigdy nie zawiódł się. Wziął do lewej ręki miskę z przygotowanym wcześniej ciastem z mąki kukurydzianej, zamieszał łyżką i wylał porcję na patelnię. Szybko zakręcił nią rozprowadzając równomiernie ciasto. W nos uderzył charakterystyczny zapach, Edwin odczekał chwilkę i podrzucił płat w powietrze. Placek wykonał pół obrotu i opadł na patelnię surową stroną w dół. Ten sposób odwracania placków niezmiennie wywoływał zachwyt Keitha i Edwin pożałował, że nie poczekał trochę aż malec obudzi się i będzie mógł obejrzeć pokaz sprawności dziadka, a potem zje z apetytem tak wspaniale przygotowane placki.

Zrzucił gotowy placek do dużego kamiennego, rozgrzanego lekko rondla, odczekał chwilę i wylał następną porcję. Kilka kropel spadło na płytę pieca, gdy wbrew własnej woli drgnął słysząc głośne:

- Dzia-a-dziuś!

- He-ej! - wrzasnął z całej siły. - Tu jestem! Wstawaj, bracie, bo cyrk odjeżdża!

Skwierczenie tłuszczu rozbrzmiewało w całej kuchni, skutecznie tłumiąc odgłosy z piętra, ale pewne było, że w tej chwili Keith, trochę nie wierząc dziadkowi, trochę walcząc z zaspanymi oczami, pędzi na bosaka do drzwi.

- Gdzie ten cyrk? - dobiegło ze szczytu schodów.

- Tu - Edwin wskazał na siebie palcem i podniósł go w górę. - Uważaj! -ujął rączkę patelni w prawą dłoń, potrząsnął lekko i podrzucił placek jak mógł najwyżej, pod sam sufit. Krzyknął głośno łapiąc go znowu na patelnię i teatralnie ukłonił się przed swą jednoosobową widownią.

- Brawo-o! - malec walił w dłonie z całej siły, aż wykrzywił buzię z wysiłku. - Niech żyje najlepszy cyrk na świecie!

Edwin odwrócił się szybko, by nie pokazać wnukowi swych załzawionych ze wzruszenia oczu, zajął się poszturchiwaniem placka i przełykaniem jakiejś gumiastej kuli, nie wiadomo w jaki sposób wyrosłej w przełyku.

- Pędź, umyj się i przychodź szybko, placuchy stygną. Gazem!

Keith zaczął zbiegać po schodach rozpinając guziki pidżamy, Edwin obserwował go z niepokojem, ale nic nie mówił. Każdy przejaw samodzielności wnuka cieszył go, każda dobrze wykonana czynność wprawiała w dobry humor na kilka godzin. Zdążył usmażyć wszystkie placki, zanim malec wrócił z podwórka. Buzię umazaną miał pastą do zębów, ręce mokre, a z łokci spływały szare smużki brudnej wody. Poważnie wgramolił się na stołek i uważnie obserwował dziadka, zielącego placki i polewającego je syropem.

- No. Wsuwamy - Edwin mrugnął i zabrał się do jedzenia.

Keith ruszył za nim do szturmu na talerz. Chwilę trwało milczenie, jednak malec nie wytrzymywał długo ciszy, kilka razy usiłował coś powiedzieć, ale widząc, że dziadek potrząsa przecząco głową milczał, dopóki jakaś nowa ciekawa myśl nie przychodziła mu do głowy.

- Dziadziuś - westchnął w końcu i odsunął z żalem talerz. - Pamiętasz, co mi obiecałeś?

- E-e-e tam. Niemożliwe, żebym ci coś obiecywał. - Edwin starał się patrzeć poważnie na zaniepokojoną buźkę.

- Powiedziałeś, że jak nie będę sikał do łóżka, to mi zrobisz strzelbę, nie pamiętasz?

- A-a! Strzelbę... Pamiętam i dotrzymałem słowa, jeżeli i ty dotrzymałeś.

- Możesz sprawdzić. Wszystko suche, naprawdę - malec potrząsa głową, całym sobą usiłuje przekonać dziadka.

Nie wie, że gdyby tylko skrzywił buźkę, Edwin zaatakowałby słonia szpilką do włosów.

- No to w takim razie - Edwin wstaje i podchodzi do szafy, w której wczoraj w nocy ukrył wystruganą z drewna dubeltówkę, otwiera skrzypiące drzwi i wyjmuje zabawkę. Podaje ją maluchowi, który stoi jak wmurowany, potem wyciąga ręce i nabożnie odbiera wymarzoną strzelbę. Chłonie ją oczami, a potem pyta zdenerwowany:

- Mogę już scelać? - z przejęcia zaczyna seplenić.

- Scelać? - przekornie pyta Edwin.

- Strze-lać - poprawia się Keith i widząc uśmiech dziadka wypada na podwórze.

Po chwili słychać stamtąd ostrą kanonadę i łoskot rozbijanych puszek i doniczek.

Edwinowi uśmiech nie schodzi z ust przez następne pól godziny; w trakcie zmywania, zamiatania i wypalania „relaksowego" papierosa. Wyszedł na werandę. Keith leżał pod stajnią i czekał na okazję do strzału. Drewniany budynek, od dawna niepotrzebny w gospodarstwie, pełnił już teraz rolę dostarczyciela drewna, ściany stajni Edwin pozbawił tak dużej ilości desek, że szkielet z kaprawym dachem, przypominał  w tej chwili truchło jakiego jakiegoś zwierzęcia. Tak powiedział kiedyś zięć: szkielet „domowego" zwierza.

Miał sporo racji...

Na drodze pojawił się kłąb kurzu, dotarło do uszu warczenie silnika, potem głośny śpiew.

- Ktoś jedzie! Będziemy strzelać? - Keith poderwał się z ziemi i dopadł dziadka na werandzie.

- Najpierw zobaczymy kto to, schowaj się za drzwiami.

Edwin zmarszczył brwi i przyłożył palec do ust. Stanął pod ścianą, przesadnie ostrożnie wyjrzał. Na podwórze wtoczył się stary bunger Nicholasa Chapmana. Gdy Nick zahamował i wysiadł z kabiny, Edwin krzyknął:

- Teraz! Grzej do niego!

Zachwycony Keith wyskoczył zza drzwi i wydał z siebie całą serię dźwięków, naśladujących odgłosy strzałów z dubeltówki, karabinu maszynowego i rykoszetów. Potem poleciały dwa granaty.

Nick chwycił się za brzuch, zatańczył na uginających się nogach i grzmotnął w piach.

- Aleś mu dał - Edwin położył rękę na ramieniu rozgorączkowanego wnuka i  przyciągnął do siebie. - To była superakcja - powiedział z przekonaniem, zwichrzył włosy na głowie Keitha i poszedł do wciąż jeszcze leżącego Nicka. - Wstawaj już, wstawaj. Ty stary kojocie. Mógłbyś się bawić całą dobę na okrągło.

Nick otworzył jedno oko i skrzywił się drwiąco.

- Kto to mówi? Jakbym nie wiedział, że...

- Chcesz kawy? - Edwin przerwał mu i wyciągnął rękę. Pomógł wstać i otrzepał z tyłu z piachu i kurzu. - Chodź, poszukam też czegoś dla zregenerowania sił po tej walce. - Uśmiechnęli się obaj i weszli do kuchni.

Popołudnie ciągnęło się sennie, chłopiec biegał po podwórku strzelając do wyimaginowanych celów, mężczyźni siedzieli na ocienionej werandzie popijając kawę i nieśpiesznie łykając whisky z dużych szklanek.

Nie rozmawiali w gruncie rzeczy, rzucali jedno lub dwa słowa i obracali je w głowach jak kulki przeżutej gumy. Słońce szykowało się już do nura za horyzont, gdy Nick podsunął szklankę i postukał paznokciem w stół.

- Jeszcze ociupinkę i jadę.

- Śpieszysz się gdzieś? - zapytał Edwin.

- Nie śpieszę, ale i tak kiedyś przecież muszę wyjechać. Muszę oddać ciężarówkę Clotchowi. Daje mi za nią półtorej setki. Ale musiałem dołożyć generator, cholera, i telewizor.

- Po ci tam generator?

- Masz rację, niepotrzebny, ale trochę mnie cholera bierze. Telewizor pal diabli, bo to rupieć... Ale! Hej! Słuchasz radia?

- Rzadko.

Edwinowi nie chciało się tłumaczyć, że odbiornik właściwie przestał działać, gdy wyłączyli nadajnik w Firney, a słuchać trzasków i powizgiwania nie chciało mu się. Poza tym - zawsze jakieś myśli tłukły się po głowie, nie było potrzeby słuchania kogoś czy czegoś innego.

- Tak myślałem... - Nick zapalił mocnego fincha bez filtra, zdmuchnął zapałkę i cisnął nią za werandę. - Od czterech dni trąbią o dziwnych zjawiskach kosmicznych. Zgłupieli, to pewne - jedni gadają, że komety, albo i cały rój, drudzy, że zwykły obłok pyłowy, oczywiście - pojawili się tacy, co wiedzą, że to koniec świata i kara za grzechy.

- Wiesz co? Mam rym do słowa „rój" i do „obłok pyłowy", wiesz?

Nick roześmiał się na całe gardło, aż zdziwiony Keith na chwilę przestał skradać się do obozu czerwonoskórych za kępą kaktusów.

- I taki jest mój stosunek do tego niebiańskiego zjawiska - dokończył Edwin zadowolony z siebie.

- Dobra, zawsze byłeś mądrzejszy od stada jajogłowych.

- Mądrzejszy może nie, ale lubię panikarzy i wizjonerów, cholera.

- Wiadomo. Tylko mówię, że podobno mają być ładne noce z zorzami polarnymi czy jakimś innym cholerstwem...

To by było nawet ciekawe, pomyślał Edwin. Jak zobaczę zorzę polarną nad pustynią to obudzę Keitha, niech skonam, że obudzę!

Jednocześnie unieśli szklaneczki i przepili do siebie.

- Czyli - wyjeżdżasz... - wrócił do tematu Edwin.

- Ty też wyjedziesz prędzej czy później. Nie ma na to rady - Nick siorbnął kawę i odstawił kubek.

- Wolę później. Tama stanie najwcześniej za dwa lata. Do tego czasu zdążę spokojnie umrzeć. Nie wiem, po co ten pośpiech - sięgnął po butelkę i nalał na dwa palce Nickowi i sobie.

- A jak postawią prędzej?

- Guzik postawią prędzej! - Edwin włożył do ust papierosa i trzasnął zapałką. - Przyjdą wiosenne deszcze i zmyją całą ich robotę. Jak dobrze pójdzie zaczną od początku. Naprawdę nie ma co się śpieszyć.

- Może i masz rację, ale ja wolę, jak już muszę coś robić, zrobić to od razu. I nie twierdzę, że mam rację. Ta-ak... - Edwin czuł, że Nick czegoś jeszcze chce, ale milczał, nie zamierzając mu pomagać.

- Ta-ak... - powtórzył Nick. - Kchm! A ty nie wybrałbyś się ze mną? Wiesz, że kupiłem mały domek. Zmieścimy się tam spokojnie razem. I bliżej do wnuka byś miał. No, pomyśl?

- Nie-e Nick. Nic z tego. Pojutrze przyjedzie Ben po małego i zaczynam remont. Liczę, że przeżyję tu ze cztery lata. A może w tym czasie przeniosę się do Krainy Wielkich Łowów. Nie widzę sensu ruszać się stąd. - Milczał chwilę. - Wiem, że niczego tu nie dokonałem - była pustynia, zostanie pustynia, choć kiedyś, podobno zakwitnie, jak tama zmieni klimat, ale ja swoje tu przeżyłem i zostanę...

Zapadła cisza. Prawie równocześnie sięgnęli po swoje szklanki, Edwin upił tylko łyczek, Nick wlał w gardło całą zawartość, odstawił szklankę i trzepnął dłonią w kolano.

- No, to musimy się pożegnać - sięgnął do kieszeni i wyjął jakąś kartkę. Położył ją na stole. - Masz tu mój nowy adres. Jak byś się namyślił - przyjeżdżaj bez żadnych ceregieli. Będę czekał. - Wstał i od razu ruszył przez podwórze do samochodu.

 

 

 

Dawno temu, na początku dnia

Piotr Zwierzchowski

 

Norę wyjraka odnaleźliśmy bez trudu. Musiał być osłabiony lub chory, bo nie  próbował nawet zatrzeć swych śladów. Na zielononiebieskiej zmarzlinie wszędzie pełno było dziurek wypalonych jego wiciami. Przed norą leżało kilka wyschniętych łusek. Pochwyciłem jedną z nich. Zaszeleściła w mym uścisku i rozsypała się w szary pył. Chciałem to zrozumieć. Wyjrak musi uciekać, kryć się, schodzić z naszych szlaków... Jak to możliwe, że ten przeżył do tej pory, zdołał wykopać norę, skoro jest tak...chory?

Spojrzałem na wędrującego ze mną tarczowca. Milczał jak zwykle. Był zaniepokojony i groźnie prężył odnóża. Chyba też na mnie patrzył. Choć z tarczowcami nigdy nie wiadomo. Nie zgadniesz, o czym taki myśli. Nie odzywa się często, a oczy ma  głęboko schowane w przetchlinach.

Tarczowiec płynnym, niemal sennym, ruchem sięgnął do wylotu nory. Wsunął w nią kilka opancerzonych odnóży. Gdy po chwili wstrząsnął nim dreszcz było jasne, że pochwycił ofiarę. Wyciągnął ją na powierzchnię i uniósł w górę.

Wyjrak wyglądał na chorego lub zupełnie zagłodzonego. Nigdy wcześniej nie widziałem tak cienkich wici i tak przezroczystego pyska. Patrzył na nas błagalnie i kilkoma wiciami zaczął rozszarpywać pierścienie pokrywające jego korpus. Tarczowiec czekał nieruchomo i nie wzmacniał swego uścisku. Był mądry i stary. Pozwalał, by ofiara sama zakończyła swoje życie. Wyjrak drżącymi wiciami rozsunął tkanki tętniące pod pierścieniami. Wyszarpnął ze swego wnętrza kulę nasienną i ostatnim wysiłkiem cisnął ją w kierunku nory. Upadła z mlaśnięciem na lód. Widocznie był zbyt młody, by kula miała odpowiednio wykształcony pancerzyk. Patrząc w jego oczy, uniosłem powoli swe odnóże i przetoczyłem kulę, aż wpadła w norę. Chcieliśmy by jego potomstwo mogło wykluć się z nadejściem następnego dnia.

Tarczowiec rozszarpał wyjraka i razem pochłonęliśmy jego marne ciało.

Był niedobry, lecz pobudził nasze soki i  mogliśmy wędrować szybciej.

 

Dzień był zimy. Za zimny. Święte Koło świeciło blado poprzez niebieskie duchy kłębiące się nad nami. Tarczowiec powiedział kiedyś, dawno temu, na początku dnia, gdy byłem jeszcze mały, że duchów było za dużo. Mówił, że niebieskie duchy powinny zjadać Święte Koło tylko na chwilę, a potem odchodzić, by mogło grzać i karmić nas, wyjraki, kakangi, grzesienie, marlaki i wszystkie inne żywotwory. Tak było w innych dniach jego życia. Ale Święte Koło nie grzało już od dawna. Nie karmiło nas wystarczająco. Poznaliśmy głód. Tarczowiec już na początku dnia nauczył mnie rozpoznawać i pochłaniać wszystko co żywi. My, nasienniki bardzo rzadko pochłaniamy. Nasze cebularze rosną, bo wystarcza nam światło Świętego Koła. Ale tarczowiec powiedział, że byłem zbyt słaby, by żywić się tylko światłem...

Zostałem więc nasiennikiem, który uczył się żyć jak tarczowiec. Nie wiedziałem, czy to dobrze. Byłem jednak żywy i mój cebularz był duży i twardy.

Tarczowiec od początku dnia był niespokojny. Powiedział mi, że przeżył już wiele dni i nigdy jeszcze nie było tak zimno.

Podziwiałem go. Urodziłem się dawno temu, na początku  dnia i od razu opuściłem gniazdosad. Tarczowiec pozwolił bym udał się z nim na łowy. Wszyscy się dziwili, cały gniazdosad aż szumiał... że taki stary, wielki tarczowiec chce, by mały nasiennik szedł z nim. Inne nasienniki nawoływały mnie jeszcze długo... słyszałem ich zew, lecz wolałem iść z tarczowcem. Choć poruszał się wolniej ode mnie i milczał prawie cały czas. Był stary i wielki, mówił że przy nim nie było nigdy strachu.

Okazało się, że dobrze wybrałem. Na swym szlaku znaleźliśmy kilka stad moich braci zabitych przez marlaki i wiele innych nasienników zmarłych z głodu. Tarczowiec nauczył mnie, by pochłaniać ich ciała.

Nauczył mnie też, jak pochłaniać kryształy i wszystko, co kiedyś żyło...

Był dla mnie dobry, choć ja w niczym nie mogłem mu być pomocny.

Zawsze starałem się iść obok lub przed nim - nigdy z tyłu.

Nie chciałem, by poczuł, że się go boję, że przyglądam mu się, że się nim brzydzę ...

Na jego tarczy zagnieździła się paskudna kakanga. Musiała przewiercić się przez tarczę już kilka dni temu i czerpać moc z jego soków. Na pewno cierpiał.

Podobno żerujące na tarczowcach kakangi w nocy bronią swych nosicieli przed atakami marlaków. Ale nikt tego nie wiedział na pewno, bo przecież nocą cały gniazdosad śnił i rozmawiał z duchami. Tarczowiec musiał jednak w to wierzyć.

Powiedział mi kiedyś, że wyrosłem na dużego nasiennika i że gdy wrócimy na noc do gniazdosadu będzie mnie dalej ochraniać. A kakanga, na którą bałem się nawet spojrzeć, będzie chroniła też mnie. Dziwne.

Tarczowce zawsze samotnie żerowały. Nikt nie wiedział jak daleko zapuszczały się w swoich szlakach. Wierciły w skałach i lodzie, pochłaniały kryształy, budowały swe tarcze tajemnymi sposobami, nawet z ciał nieznanych żywotworów. Wracały na koniec dnia do gniazdosadu, a wszystkie nasienniki gromadziły się by ich powitać. Powitać tych, co będą jedyną ochroną gniazdosadu, gdy nastanie noc i sen.

Mój tarczowiec chciał, bym z nim ruszył na szlak. Dawno temu, na początku dnia.

 

***

Poczułem coś w powietrzu. Zatrzymałem się gwałtownie. Moje korzenie i odnóża drżały.

Tarczowiec zataczał koła wokół mnie i niespokojnie węszył  wiciami. Wiatr przyniósł strach.

Marlaki!

Gnały w naszą stronę. Lód mówił pod nami. Lód mówił, że skaczą, że szybko, że całe stado.

Do gniazdosadu było zbyt daleko. No może, gdybym pognał sam, bez niego...

Może tarczowiec, pozostawiony sam, obroniłby się, gdyby zdążył wkopać się w lód i przykryć tarczą. Może by go tylko pokąsały i  pobiegłyby dalej. Tarczowca trudno jest wykopać, nawet marlakom.

Tarczowiec chwycił mnie i pociągnął w tył. Wrzasnąłem, że gniazdosad jest przed nami, żeby biec. Ale on bez słowa szarpnął mnie i w podskokach ruszył w tył. Kakanga na jego tarczy wiła się i skrzeczała. A on  mruczał coś. W końcu zrozumiałem - nora wyjraka.

Dobiegliśmy. Marlaków jeszcze nie było widać, ale słyszeliśmy już ich świszczące nawoływania.

Wrzucił mnie w norę z wielką siłą i skoczył za mną. Nora była ciasna, ale głęboka. Cuchnęła wyjrakowymi odchodami zalegającymi dno. Tarczowiec wygrzebał z nich worek nasienny wyjraka i wypchnął odnóżem w górę. Przykrył nas tarczą i czekaliśmy.

Marlaki gnały szybko. Słyszeliśmy je nad nami. Skakały i przepychały się z wrzaskiem. Jeden z nich  wpadł odwłokiem w norę. Tarczowiec skulił się i przywarł do mnie mocniej. Kakanga szybko wysunęła swe wici, umoczyła w odchodach wyjraka i delikatnie posmarowała wiszącego nad nami drapieżnika. Szarpnął się w górę.

Stado marlaków pobiegło dalej, ale my długo jeszcze trwaliśmy w bezruchu.

Powoli  wystygłem i zasnąłem. We śnie widziałem niebieskie duchy, jak gromadziły się nade mną, wyrywały odnóża i wlekły me okaleczone ciało w ciemność. Słyszałem ich dziwne, huczące głosy.

Tarczowiec wyciągnął mnie z nory i obudził. Było jeszcze zimniej i ciemniej. Święte Koło było ledwo widoczne przez brzuchy kłębiących się duchów. Zdawało mi się, że duchy obniżyły swój lot i sunęły tuż nad lodem, tuż nad nami. Wiatr, ściskany przez nie, dął wściekle, szarpał nasze ciała. Zacząłem się trząść i trudno mi było ustać. Tarczowiec powiedział, że to strach i że strach zawsze nadchodzi na koniec dnia. Wierzyłem mu. On przeżył już wiele dni, a ja jeszcze ani jednego.

 

 

 

Córa Wenus

Dawid Brykalski

 

Przed okazałą stacją kolonisty Owensa, wyposażoną we własne lotnisko, schron, baterie słoneczne oraz fabrykę wody zatrzymał się poduszkowiec najnowszej generacji. Pojazd miał lśniąco złoty lakier, aksamitne siedzenia, lusterka w kształcie uszu mistrza Yody, kopułę w barwie lazurowego nieba oraz grubego kierowcę w środku. Ze środka zaś raźno wyskoczył szeryf hrabstwa Millne, Ray Luzier Sello. W przedpokoju powitał go udający uprzejme zaskoczenie robot służebny:

- Państwo w domu? - spytał szeryf.

- Nie, proszę pana. Pani razem z dziećmi pojechała w odwiedziny. Pan... - zamyślił się przez chwilę robot. A zrobił to tak udanie, że mogło się wydawać, ze rzeczywiście się waha co ma odpowiedzieć. - Pan łowi ryby z mamzelą - obcą znaczy się. Robią to od samego rana.

 Sello przez chwilę postał, myślał co robić. Zdecydował się na spacer w stronę rzeki. Chciał wszak porozmawiać z Owensem. Znalazł go nad rzeką, w odległości niecałej mili od domu. Spojrzawszy ze stromego brzegu w dół i dostrzegłszy Owensa, wybuchnął śmiechem. Owens tymczasem, okazały, dość zażywny człek o dużej głowie, jeszcze większym kałdunie i krótkimi kończynami siedział na piasku ze skrzyżowanymi po turecku nogami i łowił ryby na wędkę. Kapelusz z wielkim rondem miał zsunięty na kark i z tej odległości wyglądał raczej niczym wielki ptak. Rękawy i nogawki Owens miał podwinięte. Obok niego stała wysoka, nieprawdopodobnie chuda Wenusjanka o wypukłych jak u ryby oczach, małym niewykształconym nosie oraz włosach, które bardziej przypominały wodorosty po sztormie niż ludzką fryzurę. Miała na sobie tylko jakąś powłóczystą delikatną szatę o kolorze brudnej ziemi, przez którą tu i ówdzie wyglądała żółta cera. Ziemianie z miejsca uznaliby taką skórę za chorą, a na Wenus uchodziła ponoć za wyzywającą piękność. Nie na darmo nasi ojcowie mawiali - co kraj to obyczaj, pomyślał szeryf schodząc w dół brzegu.

     Dostrzegł również, że przy nadgarstku Wenusjanki wisi, na przetykanym szychem złotym pasku, jakaś wymyślna, pewnie wyuzdana ozdoba. Obca kobieta również łowiła ryby. Dokoła panowała grobowa cisza. Oboje byli nieruchomi jak rzeka, na której powierzchni unosiły się pływaki ich wędek.

     - Łowy paradne, zdobyczne żadne! - zaśmiał się Sello. -  Witam cię serdecznie, Rupercie!

     - A... To ty? - spytał Owens nawet nie odrywając oczu od wody. - Przyleciałeś, tak?

     - Jak sam widzisz... A ty wciąż jeszcze tracisz czas na te... Głupstwa? Wciąż się nie odzwyczaiłeś?

     - A czemu miałbym się odzwyczaić? - Ożywił się nieco Owens. - Cały dzień łowię, od samego rana, od świtu prawie... Ale marnie jakoś dziś ryby biorą. Może znów rzeka skażona? Nie złapałem nic. Ani ja, ani ta pokraka. Siedzimy i siedzimy - i żeby choć jedno draństwo się złapało! Po prostu wściec się można!

     - Wiec spluń na to ścierwo i choć ze mną na kilka drinków!

     - Zaczekaj... Może jednak uda mi się coś złapać. Pod wieczór ryby lepiej biorą... Siedzę tu, przyjacielu, od samego rana... Takie nudy, że opisać tego nie potrafię. Że też coś mnie podkusiło na to wędkowanie. I to z tą makolągwą! - Rzucił spojrzenie Wenusjance, która nic sobie z nich nie robiła. Równie dobrze mogłoby ich tu nie być. - Wiem, że to głupie, ale przecież siedzę! Siedzę jak głupiec, idiota, dureń i kretyn razem wzięci. Jak przykuty... Patrzę na wodę, jakbym się autyzmu nabawił. Bo trzeba na przykład pojechać sprawdzić przekaźniki, a ja nic, łapię ryby. Wczoraj w Gerard City było zebranie wszystkich kolonistów z okolicy, o przyjęciu kolejnych mieliśmy radzić, a ja nic, nie pojechałem. Łapię ryby. I żeby chociaż brały... To, widzisz nic. Może to ta diablica ryby odstrasza?!

     - Ale, ale... Czyś ty aby nie oszalał? - spytał troskliwie Sello, zerkając z zażenowaniem na Wenusjankę. - Przeklinasz przy obcej i do tego, co gorsza, wyzywasz ją samą?

     - A niech ją kometa ogonem trzaśnie! Niech ją Belzebub porwie! Niech ją wreszcie jakiś meteoryt w łeb walnie! Spokój wreszcie będę miał! Do jasnej cholery! Spokój! Spokoju mi trzeba! Dlatego tu siedzę jak ten raróg smalony! Wszystko jedno co przy niej mówię! Rozumiesz! Wszystko jedno! - uniósł się nie na żarty Rupert. - Ona nie rozumie po angielsku ani słowa! ANI JEDNEGO SŁÓWKA!!! Widziałeś kiedyś taką pokrakę!? Możesz ją chwalić, albo urągać - wszystko jedno. Nawet brew jej nie drgnie. Spójrz tylko na jej skórę! Na sam widok można zemdleć albo co gorszego! A ja z nią muszę całymi dniami tak siedzieć. To co mam robić?! Biorę ją nad rzekę. Żeby choć jedno słowo powiedziała! Stoi jak strach na wróble, gały na wodę wytrzeszcza i nic z tego nie wynika!

     Jakby się domyślała, że o niej mowa, Wenusjanka ziewnęła rozdzierająco, wyjęła wędkę, zmieniła robaka, nie okazując mu żadnego zainteresowania, ani tym bardziej obrzydzenia i znów beznamiętnie zarzuciła wędkę.

     I wiesz co, Ray? Ja nie mogę wyjść z podziwu - ciągnął Owens. - Mieszka ta przygłupia, obsrana kosmitka z nami od prawie dziesięciu lat i żeby choć jedno słowo po angielsku, jak człowiek... A ona nic. NIC A NIC!!!

     - Wiem o tym doskonale, nie musisz krzyczeć. Może jednak drink... Dobrze by ci zrobił...

     Ale sfrustrowany Rupert musiał tu i teraz dać ujście swoim emocjom.

     - A my, ledwie nos wychylimy z matki ziemi, polecimy sobie do nich, na to całe zasrane Wenus, albo lepiej na Marsa, albo jak ci ostatni poza Układ... I co - raz dwa uczymy się mówić po obcemu. I nie tylko mówić, obyczajów się uczymy, by ich kulturę szanować. Mój synek, mój mały synek już siódmy rok na obcych planetach spędza... A to żółte łajno, niech je sępy porwą!, co?! Ano nic! Siedzi, nic nie gada, mało je. Nie wiemy co myśli... Spójrz tylko na jej skórę! No popatrz tylko na tą skórę! Może to jakaś zaraz cholerna z kosmosu przywleczona jest?!

     - Dobrze już, dobrze... Przestań proszę. Nie wypada. Czego ty chcesz od tej kobiety? Toż to ambasador obcej kultury....

  • - Kobiety? Jakiej kobiety?! Czyś ty też rozum postradał? To nie kobieta jest. To obca! Skąd wiesz, co ona o nas myśli. Może dla niej jesteśmy jak ten robak? Albo kolejny posiłek? Albo jakieś bakterie nieznośne? I jeszcze ci powiem, że jak staniesz bliżej to czuć od niej jakąś zgniliznę...

 

 

 

 

Bartek Świderski

KORYTARZ

 

Z archiwum agencji Kramer & Bates: zestawienie dowodów w sprawie o odszkodowanie z polisy Jenny Fields, nr 28/6455, z tytułu: § 1 p. 1.

 

Dowód nr 1: „Dziennik Franka Mitchuma. Jak pokonałem strach".

              strony 1 i 2

     Dzień pierwszy

woda: 0; polowanie: 0; pomoc: 0

     Nazywam się Frank Mitchum, jestem kapitanem piechoty Armii USA w stanie spoczynku. Rozwiedziony, dwóch synów... reszta mojego CV dostępna w Internecie, jeśli coś takiego jeszcze istnieje. W dzienniku tym będę notował wyłącznie bieżące fakty, dotyczące mojego położenia w sytuacji kryzysowej. Zapiski pozwolą odtworzyć jej przebieg, bo jak wiadomo: adrenalina mąci pamięć. Poza tym papier może się okazać trwalszy niż kości mojej czaszki... Przy okazji prowadzę kalendarz, mam zajęcie i poprawiam własne morale.

     Tak mnie szkolili.

     Po przebudzeniu, jakieś 5 godzin temu, zabrałem się do szukania awaryjnej saszetki, którą stale noszę przy pasku. W końcu namacałem ją pod fotelem, na którym się ocknąłem. Wyjąłem z futerału oświetlacz beta i w jego zielonkawej poświacie sprawdziłem zawartość saszetki. Było wszystko - łącznie z niniejszym zeszytem. Jego szelest przypomina mi manewry, z których zawsze pisywałem raporty. „Pisarczyk" - tak na mnie mówili, zanim przechrzcili na „Imadło".

Kompas zwariował. Strzałka wciąż krąży wokół tarczy, co pewien czas zmieniając kierunek obrotu. W pobliżu znajduje się jakieś silne, niestabilne pole magnetyczne. Dziwne.

Zbadawszy wyposażenie, skontrolowałem swoją skórę i stan ubrania, czyli spodni bojówek, podkoszulka, majtek i butów. Nie dostrzegłem żadnych obrażeń ani śladów gwałtu. Nie było też nakłuć, które wskazywałyby na narkotyk.

     Na razie nie zaprzątałem sobie głowy pytaniami: Gdzie jestem? Kto to zrobił? Czego chciał? To nie są priorytety.

Zbadawszy wyposażenie, zabrałem się do wizji lokalnej. Brak okien, chłód i stęchły smród sugerują, że znajduję się pod ziemią. Brak dwóch ścian - nie znalazłem ich mimo, że zrobiłem po dwieście kroków w każdą stronę - wskazuje na korytarz.

     Wody szukałem najpierw przyświecając sobie betą, potem znalazłem włącznik i zapaliłem zainstalowane pod sufitem jarzeniówki. Ich obecność poprawiła znacznie moje morale. Za to rozczarowało odkrycie, że płyn, kapiący z biegnących wzdłuż obu ścian rur nie jest wodą. Piekący smak potwierdził moje podejrzenia - czysty spirytus. Ponieważ w sytuacji ekstremalnej nie wolno brać do ust wysuszającego i ogłupiającego alkoholu, szukałem dalej wody. Bezskutecznie.

     W podłodze przy ścianie znalazłem za to rozmieszczone co 100 kroków kanaliki odpływowe. Za pomocą walającego się wszędzie brezentu zrobiłem z jednego z nich kloakę. Z paru innych kawałków materiału przy pomocy scyzoryka i sznurka sporządziłem hamak, który rozpiąłem między ścianami korytarza, przywiązując sznurki do rur. (Czy właśnie nimi płynie spirytus?)

     Teraz, gdy przyszła pora na ogólniejszą refleksję, obstawiam wersję, że porwała mnie sowiecka łódź atomowa. Ale jeśli chcą mnie przekabacić, zmiękczonego głodem i spirytusem to się zdziwią. Frank Mitchum nie został Imadłem za głaskanie komuchów.

     Po obu stronach hamaka rozpiąłem żyłki z podwieszonymi, szklanymi fiolkami, które zadzwonią potrącone przez nieproszonych gości (czy raczej - gospodarzy). Jutro muszę znaleźć wodę, albo odparować ją ze spirytusu. Lekko otumania mnie jego zapach. Sięgam do wyłącznika, w nadziei, że zamiast snu spłynie na mnie przebudzenie...

 

     Dowód nr 2: „Dziennik Jenny Fields. Lat 30 i coś tam"

                        strony 1 i 2

 

         Poniedziałek

         papierosy: 0, alkohol: 0, kalorie: 0, jestem: 0

 

     Obudziłam się na strasznym kacu. Czułam najdrobniejszy mięsień, obolały od spania w pozycji siedzącej. Na mokrej ścianie namacałam włącznik i oto zobaczyłam swoją celę, w której spędziłam resztę pieprzonego dnia - śmierdząca, mokra klitka o wymiarach 10 na... Bóg wie ile stóp, bo dwie przeciwległe ściany ginęły gdzieś w mroku. Zaczęłam się miotać w kręgu zielonkawego światła z jarzeniówki, poza którym ziała czarna pustka. Opanowując przerażenie pomyślałam, że ktoś może mnie obserwować - lepiej zakładać takie rzeczy. Miotałam się dalej, ale asymetrycznie marszcząc brwi i starając się nie potykać o meble, tzn. stolik i krzesło.

     Dobrze, napiszę to: nie wiem, gdzie jestem. Najdrobniejsza wskazówka, jak kaftan bezpieczeństwa czy okratowane okno byłyby zbawieniem, ale wokół tylko betonowe ściany i wraki mebli. Może trafiłam do tej opuszczonej izby wytrzeźwień z New Jersey. Czytałam makabryczny artykuł w „Vanity" o psychopacie, który więził okolicznych pijaków w ruinach nieczynnego szpitala.

     Już nigdy nie wezmę alkoholu do ust.

     Zapomniałam o podglądzie i spróbowałam się załatwić, ale nerwowy skurcz przeciągał sprawę w nieskończoność. A gdy byłam w połowie, z głębi korytarza dobiegł szelest i zadudniły odległe kroki. Zeskoczyłam na podłogę i podciągając majtki złapałam lakier w spray'u. Kroki ucichły. I ja ich tropić nie będę!

     To na pewno taksówkarz, który odwoził mnie wczoraj w nocy. Nagle powróciły sceny z przyjęcia: szampan, parkiet i kłótnia z Peterem. Chyba znowu bredził coś o dziecku. Chce, żebym była jego tłustą, nieczynną zawodowo krową rozpłodową. Potem tequila, taniec, znowu szampan. Wreszcie telefon po taksówkę i żółty Buick na żwirowym podjeździe. Za nic nie potrafię sobie przypomnieć twarzy kierowcy. Ale chyba był to wysoki brunet w skórzanej kurtce. Taki w typie młodego Clinta Eastwooda. Hmm... Musiałam zasnąć na tylnym siedzeniu, ukołysana przez nowojorskie wyboje i musujący w brzuchu szampan. Czy zostałam seksualną maskotką szalonego taksówkarza? No bo z kim się bzykają te typki? Kierowcy ciężarówek mają przynajmniej swoje tirówki. Teraz będzie mnie więził o chlebie i wodzie w swojej piwnicy, aż zmięknę. A wtedy... Boże, przed oczami stanęła mi scena z „Pulp Fiction", w której opięty skórą Pokrak na łańcuchu przymierza się do zgwałcenia Bruce'a Willisa. Piwnica tamtego sadystycznego sprzedawcy przypominała wypisz wymaluj moje więzienie.

     Przez resztę dnia - najgorszego w moim krótkim życiu, nie licząc 30. urodzin, kiedy to podpaliłam sobie włosy w piekarniku - pisałam i robiłam manicure. Dzięki bogini Wenus za podręczną kosmetyczkę!

     Kroki nie powróciły. Może przynajmniej drań doniósłby mi wodę, bo ta z kranu jest nieświeża. Pewnie przyjdzie, gdy będę spała, muszę być czujna...

        

                   „Dziennik Franka Mitchuma"

                        strony 3 i 4

 

     Dzień drugi.

     woda: +; polowanie: 0; kobieta: 1 (!)

     Moje dramatyczne położenie z dnia na dzień stało się groteskowe, a to za sprawą podwójnego odkrycia, którego dokonałem w głębi korytarza. Pozwolę sobie napisać o nich nieco więcej, jako że płyną z nich ciekawe wnioski natury psychologicznej.

     Wyruszyłem na rekonesans zaraz po przebudzeniu. Drogę oświetlałem sobie włączając kolejne jarzeniówki, a gdy nie działały zapalałem oświetlacz. 335 kroków od punktu wyjścia (który oznakowałem kredą, na wypadek gdybym pogubił się w labiryncie przejść) spostrzegłem światełko w głębi tunelu. Pomyślałem, że to wyjście, bo osłabł towarzyszący mi dotąd smród i zapachniało kwiatami. Pogasiłem jarzeniówki, schowałem oświetlacz i zacząłem się skradać, zachowując najwyższą czujność. Jakież było moje zdziwienie, gdy w żółtawej poświacie (niestety sztucznej) dostrzegłem zarys kobiecej sylwetki i usłyszałem ochrypły głos: „Wreszcie!". Przede mną, z suszarką uniesioną niby pistolet stała kobieta, na oko trzydziestoletnia. Szczupła i niewysoka, miała na sobie szerokie spodnie, bluzkę i żakiet narzucony na ramiona. Gdy podszedłem bliżej dostrzegłem, że jej długie, czarne włosy są mokre. To one roztaczały kwiatowy zapach. Niewiele myśląc podbiegłem sprawdzić, czy ściekająca z nich ciecz jest wodą. Przytrzymałem dłoń kobiety uzbrojoną w suszarkę, drugą ręką podniosłem do ust czarne kosmyki. W tym momencie poczułem uderzenie w głowę, od którego pociemniało mi w oczach. Kobieta nazwała mnie chamem i kazała „trzymać ręce przy sobie". Dopiero teraz dostrzegłem szczotkę, którą trzymała w drugim ręku. „Skąd masz wodę?" - spytałem, masując czoło. Przesunęła się, odsłaniając umywalkę. Skoczyłem do kranu i zacząłem pić, z trudem zmuszając się do brania małych łyków. Gdy ugasiłem pragnienie, mogłem się wreszcie przyjrzeć kobiecie, która tymczasem usiadła, włączyła suszarkę (chyba na baterie) i ignorując mnie zaczęła poprawiać włosy przed lusterkiem. „Kiedy mnie stąd zabierzecie?" - rzuciła. Podejrzewając, że jest psychicznie chora, spytałem wolno i wyraźnie: „Długo tu jesteś?" Zmierzyła mnie zimnym wzrokiem i odwróciła się do lusterka. „Skąd mam wiedzieć? To jakiś pieprzony test? Po to cię przysłali? Poskarżę, że przyszedłeś na kacu. Wysuszony i śmierdzący wódą!" Mówiła dalej w tym stylu, ja tymczasem rozglądałem się dookoła. Jej „sektor" korytarza różnił się od mojego właściwie tylko obecnością stołu i umywalki. Rury były szczelniejsze i chyba lepiej działała wentylacja, ale gołe, betonowe ściany niknęły w mroku bez zarysu okien czy drzwi. Wyjąłem ze swojej saszetki fiolki z lekami, przesypałem ich zawartość do torebki, którą wziąłem sobie ze stołu. Uzyskane naczynka wypełniłem wodą. „Masz jedzenie?" - spytałem kobiety. „Nie. Nie miałam nic w ustach od przedwczoraj". Była teraz spokojniejsza, jakby przygnębiona. Położyłem przed nią fiolkę z musującym płynem odżywczym. „Wypij to, zaraz wrócę" - powiedziałem. Wtedy kobieta wstała i zaczęła histerycznie krzyczeć, coś o facetach i egoizmie, klnąc jak rekrut. Wreszcie szlochając opadła na krzesło i zupełnie przestała reagować. To musiała być ostra paranoja. Bojąc się, że zrobi sobie krzywdę usiadłem i zacząłem do niej spokojnie mówić - o tym, co robiłem wczoraj i dlaczego muszę iść dalej. Poprosiła, bym zrobił jej hamak. Wróciłem po worki, które minąłem po drodze, powiązałem je sznurkiem i zawiesiłem przy jej stoliku. Nazywa się Jenny, jest dziennikarką. Znalazła się w korytarzu równie nieoczekiwanie co ja, mniej więcej w tym samym momencie. Jej huśtawka nastrojów wskazuje na psychozę maniakalno-depresyjną, ale to raczej lekki przypadek. Gdy się uspokoiła zaczęła mówić całkiem rozsądnie. Chciałem iść dalej, ale powiedziała, że już się kładzie spać i poprosiła, bym został przy niej. Właściwie też czułem się zmęczony, zacząłem więc mocować hamak w jej „sektorze". Nieoczekiwanie poprosiła, bym odszedł kawałek dalej, mówiąc o jakiejś „bańce prywatności", która jej rośnie w nocy.

     Bańki ma rzeczywiście spore.

     Dobrze jest mieć towarzystwo, choć oczywiście użyteczniejszy byłby mężczyzna. Teraz widzę ją - ciemne wrzeciono, zwieszone w jaśniejszym końcu tunelu. To na pewno lepszy widok niż czarna pustka, która zieje po drugiej stronie.

     Mam pewną teorię na temat naszego uwięzienia, ale nie zdradziłem jej Jenny. Nie będę jej zapisywał, bo jestem przesądny - a chciałbym, żeby się sprawdziła.

 

 

 

 

Piotr Michalski

Dla nas to proste

 

Światło, łoskot, błysk. Nagle, szybko, niespodziewanie. Pole, grunty, ktoś. „Na moim polu on był" - wspomina rolnik. Dziwny, kosmiczny, spodziewany. Raz, dwa, trzy, cztery, piąty zza gwinta się wychyla. „997 - jedyne co mi przyszło do głowy" - mówi dalej. Schowani, nieruchomi, dzicy. Spodek, talerz, filiżanki trzęsą się na półkach. Gwizd, ogień, para. Ugasili - spokojnie, fachowo. Syrena - już są, patrzą, decyzja, wiadomość, myśl. Co robić, kto zrobi, jak zrobić i kiedy. „Długo tak stali, zanim zadzwonili do sztabu. Dystans pół kilometra; bliżej lepiej nie, ale co mnie tam było. Sprawa niby i moja, ale już nie, raczej". Reflektor, zdjęcia, cisza, szuuu!. Jakieś coś chyba ze spodka; już cicho. Trawa w reflektorowych promieniach. Komisarz - dynamicznie, sprawnie, błyskotliwie. Już załatwione: będzie sztab, decyzja, góra zdecyduje, oni to zrobią, oni zawsze wiedzą jak, wiedzą gdzie, wiedzą kiedy. Teren gotowy: siatka, odległość, MY, bezpiecznie. Sekundy, minuty, kwadranse. Ciemno, półświetliście, porządnie, „all right". Będzie dobrze. Dokumenty, zdjęcia, zeznania. Wiozą, przeniosą, dadzą. Jest problem, jutro już go nie będzie, bo sztab się zbiera. Godzina, i raz, i dwa.

Wiadomość już jest. Sukces, zdobycz, reakcja. Tu, tam i wszędzie. Bohater na jednym z brzegów przeładowuje swe UZI, bohater pod budką patrzy na Słońce, bohaterowie w białych pałacach siadają w dumnych fotelach, Negro w chatę wtyka patyk. Oni też czują, też myślą, lecz - nic.

Coś - zadanie, sztab, toczą myśl. Trzeba, powinno, ważność. Wstaje garnitur. Jest krawat, błękit, kant, jest czyn. Roziskrzony, zdecydowany, męczennik. Mówi: że są, że będą, że warto. On musi, ty musisz. On chce, ty chcesz. Płynie, wznosi się, upada. Szmer, pogłos, szansa. Chwilowo, ochryple, jeszcze - nie ma po co. Zszarzały, bezbarwny garniturek siada. On wiedział - teraz kiwa, oczy mruży, zapatrzony w głębię. Dumny, wyprostowany, przegrał. Honor, godność, praca. Był za wczesny, za pierwszy, za pasujący. Są drudzy - oni zdecydują, a trzeci to przejmą. Jest drugi - woła, krzyczy, wymyśla. Brawo, inteligentnie, bardzo nietaktownie. Ale co? Właściwie co? Nic. Ale on był, on mówił, decydował, jego pamiętają.. Dał przykład, poruszył myśl. Jego pokażą, jak z dłonią do góry wydychał rozedrgane powietrze. Teraz można się oprzeć. Ktoś podchwyci to, czego nie było. Tak zrobić najłatwiej. Kolejne serce społeczne woła ku przestrodze i pochopności zapobieżeniu. Szelest, podziw, czekają. Nie doszedł, nie dokończył, nie dotarł. Nie ma akcentu, puenty, nie ma nic. Jest tunel, w który wjedzie w obłoconym surducie kolejny DJ Wołacz - następca porządnego obywatela X, który uczciwością próbował zepsuć ludzi. To już przeszłość, nieważne, nieistotne. To jest mowa. Już tańczy głosem, kładzie nawiasy, on nie lubi sąsiadów, a co dopiero obcych. Są głosy, już są. Z lewej - za cicho. Z prawej - „Tak jest!", ale to nic nie znaczy. O! Tam, z tyłu prostuje się sylwetka umiejętna, sportowa, uformowana. Wszystko to szybko, inteligentnie, bez przerwy. Umięśniona szyja, szalejąca membrana i dźwięk. Jest już blisko, wśród innych, o obcych: „Zabić!". Tak! - ręka wyciągnięta, palec nabrzmiały, usta wściekłe. Z mównicy powiewa rozkosz zwycięstwa. Wstaje kilku; ten z tyłu nieważny. Teraz z przodu, moralnie i grzecznie ułaskawiają rozmowę. „Utylizacja", „usunięcie niebezpieczeństwa". Czwarty mówca: wchodzi, patrzy. To za szybko, gdzie emocje, zabawa, sport fałszywy. To trzeba fachowo, medycznie, porządnie. Podchwycili, zrozumieli, debatują: „pochwycić i zbadać", „oczy wyjąć", „mózg wykroić", „wykastrować!", „pobrać nasienie", „zamknąć i rozmnożyć", „leki testować", „przesłuchać", „obcy do gazu!" - z wszystkich gardeł się wydziera. My nie chcemy, nie możemy, nie musimy. Tak jest dobrze, tak przyjemnie, jest OK. Ustalenia, głosowania, wszystko fest. Będzie żywiec jak się da, a jak nie to rach! ciach! ciach! Już szczęśliwi, napuszeni i radośni jak ten świat.

Te decyzje, jakże ważne, przekazywane są w mig. Tam snajperzy w pogotowiu się gotują. Waleczni, wytrwali, stateczni. Będzie dobrze, trawa skrzypi, to reflektor siada czasem, potem nowy i mrużenie, biodra w dłoniach i ekstaza. Co się stanie, co wydarzy, co uniesie tutaj nas. Major przyszedł, wąsem kreci, a aspirant peta trzyma, co komisarz wypluł właśnie. Obcy siedzą jak te trusie, co pod węglem zagrzebane, patrzą nędznie na planetę tę i nas. Lekkie światło, pół ognisko, jeszcze czas. „Dajcie racę", „bierz kamerę", „to nie film". Oświetlają, wiercą wzrokiem, co tam jest? Jest maszyna, prosta sprawa, i coś w niej. Coś dziwnego, nieznanego, nie naszego; piątka obcych, piątka dziwów, piątka lic. Major - palec do palca, zimno, znośnie, kręci. Aspirant z petem lub bez - różnie. On nie myśli, on jest po to, aby być. Komisarz zerka - są i snajperzy, są w pogotowiu i są na czas. Wszystko gotowe, wszyscy już zwarci, są tłumy gapiów i bies gdzieś ukryty. Myślenie proste i cel jest znany: by się zabawić i świat ocalić. Jednym skinieniem major pokaże, kto tutaj rządzi mądrze i godnie. Nie ma pospiechu, niech wzrasta czujność, niech telewizja wszystko uczciwie, bardzo bezstronnie relacjonuje, mówiąc o bohaterstwie tych naszych chłopców co kręcą, zerkają lub trzymają pety. Choć koniec blisko, to jest początek wielkiego cyrku, srebrnej iluzji, co przejdzie tęczę w historii Ziemi i złotym pasmem będzie otaczać bardzo dokładnie głowy majora i komisarza i aspiranta, co pet ma w ręku i jakiejś kobiety, co nie uciekła, mężnie patrząc na ten groźny dla ludzkości obiekt. My mamy moc, mamy zmyślunek, mamy energię by żyć i działać, obalać mury, pić znane piwo i obcych zabić w obronie własnej. Z tyłu jest rolnik wsparty o płot. Nie rozumie już, co by było, gdyby nie dzwonił, tylko się schował i patrzył. Lecz on był godny, był honorowy, chciał wspólnego społecznego dobra. Teraz zauważył, co tu się dzieje. Kordon snajperów obiega pole, bo tam są obcy, a obcy są źli. Ich trzeba zniszczyć i wykorzystać, by móc się bronić przed tą inwazją. Major cierpliwy - on swoje przeszedł. Komisarz mniej - jak on tam czeka. Patrzy aspirant, rzucając peta, patrzy komisarz i major też, i ta nieznana jakaś kobieta, co w tłumie gapiów mężnie obstaje. W tym to momencie, tam z lewej strony, blisko już stajni, starego klonu i trawy złotej, się wychyla ze spodka postać - obca, niechciana, dziwna i zła. Major wyskakuje, komisarz biega: co tu się stanie, co będzie teraz? Rozkazy nadeszły, wszystko jest jasne. Wystarczy zrobić, co jest kazane. Obcy wystaje ciągle tak samo, ciągle spoziera tak samo obco, niezwykle groźnie, dziwnie i źle. Major dał nura - coś kontroluje. Organizacja, fachowość i mit. Komandosi gotowi, gdzieś się podział megafon, a ten obcy wciąż sterczy, tak się patrzy złośliwie, wciąż tak samo obco i źle. Jest już megafon, major poń sięga; komisarz krótkofalówkę wziął w rękę. Głos z megafonu: „Do góry ręce!". Tamten jak wryty; dwa kroki naprzód i znowu stoi. „Do góry ręce!" - znów powtórzone. Obcy się strwożył, lecz idzie naprzód. Co teraz robić; komisarz mokry. „Czy on ma broń?", „co on tam trzyma?", „czy to ubranie, czy taki jest?". Poszedł reflektor, on w bok uskoczył, po coś sięga. Tak - on ma płaszcz. Odnóżem sięga; co tam dosięgnie? Szybka decyzja: major, komisarz, złączeni gniewem i powinnością, coś ustalają. Major potwierdza, komisarz krzyczy, oni gotowi, krótkofalówką nadaje ton. „Seria pod nogi" - tak brzmi ten rozkaz. Ktoś tam nie trafia, kulę źle posłał, obcy się chwieje. Dobrze nie widać (jest tak daleko), co teraz zrobi. I konsternacja, i ból, i gniew. Dźwięk on wydaje, ciągle się słania, wyciąga przedmiot, lecz co to jest? Aż się przelękli, gapie uciekli - nawet kobieta, co ją gazety potem opiszą, że mężnie stała, mając gdzieś w domu trójeczkę dzieci i małego psa. Jest nowy rozkaz - „zabić go szybko". Padają strzały, trochę ospale. Wszystko tak wolno, co tam się dzieje? Biorą lornetki. Obcy coś puszcza, straszliwie wściekły, mgiełka odrywa się od jego głowy, po czym jak strumień, lawa straszliwa, spływa po czaszce miedzy oczami - struga posoki, lecz on wciąż stoi. Dziesięć pocisków przeszyło na wylot - teraz upada jak zdarta szmata, lecz nie z bólu, a przerażenia. Na łokciu się wspiera, coś wykrzykuje, ogień ustał, ale z tych ust, tak złych i obcych, wypływa tylko spiętrzona piana, a ciepła posoka zalewa wciąż twarz. „Skończyć z nim" - brzmi kolejny nasz rozkaz. Dziesiątki pocisków szarpią to ciało, niesione świstem honorowych kul. Leży bez życia strzęp obcego świata, rozpostarty na ziemi i wgnieciony w jej smak. Jeszcze nie zastygł mu okrzyk, co do nas nie dotarł - u nas był tylko obcy i zły. Teraz nie poznać, czy to jest obcy, czy człowiek - Biały, Murzyn czy Żyd; tak samo martwy jak te uczucia, co mu kazały gościć na Ziemi. Major - fachowo, krokiem miarowym, podchodzi bliżej. Jest też komisarz oraz aspirant, co niesie nowy szefostwa pet. Biorą ze sobą tylko piątkę ludzi, by bohaterstwo nie miało granic. Podchodzą bliżej - trochę to trwa. Spodek się świeci; co tam się dzieje - nie wie już nikt. I są już w końcu nad ciałem marnym, znieruchomiałym. Mózg odsłonięty wypływa spod skroni; oczu już nie ma - gdzieś się zgubiły; ręce wysmukłe - długie, obce i straszne są odnóża tej złej istoty. Korpus jest ciemny, lepki i brudny, wysklepion ku górze, ku niebu i gwiazdom, a trawa obok i wszystko inne pokryte rosą produkcji „kosmos". Nogi skręcone - jedna odpadła, nie wytrzymawszy naporu wrażeń. Widać kość zdrową, nagą, prawdziwą. A dziwny przedmiot, co trzymał w dłoni, leży tuż obok, zakryty krwią. Boją się dotknąć - słupek to mały. „To nie jest prezent, to raczej broń". Spodek jest blisko, niebezpieczeństwo. Major wyciąga z kabury broń. I oto nagle dwaj wściekli obcy, straszni jak czart, wychodzą z boku. W rękach są pręty „do strzału gotów". Major zacięty, mocny, fachowy, podniósł pistolet i lekko strzelił. Pocisk jest celny i bezlitosny dla obcych winnych, strasznych i złych. Trzask! Między oczy. Kość rozwaliło. Obcy do tylu leci jak kłoda, a głowa zwisła, zgięta w przecinek, wyrzuca z siebie ognistą krew. Upadł już w końcu, prosto w błotnisko. On nie poruszy więcej już ręką, która jest obca, dziwna i zła. Drugi w amoku, z prętem się rzuca. Jeszcze pięć metrów, a się zamachnie. Wnet padła seria, a obcy w górę - leci bezpiecznie bez oka i brwi. Serce wyrzuca zużytą posokę, gdy on też znalazł oparcie w ziemi. Przedśmiertne drgawki miotają go szybkie, szczęki zaciska, puszczają mięśnie i między nogi wypływa płyn, co był w pęcherzu - obcym i złym. Język już wypluł, bo dostał w szyję. Lecz my jesteśmy tak honorowi, że nie dajemy zmęczyć się mu. Gdy wygryzł zęby i wyrwał palce, podchodzi komisarz i zerka szybko, po czym wypuszcza umiejętną kulę prosto w obce, złe czoło. Głowa rozpada się na połowy, bo strzał był bliski, kaliber duży, a obcy tak są źli i bezczelni, że mają niezwykle słabiutkie głowy. Mózg się wylewa, mózg przemądrzały, co musiał szukać chwały w przestworzach. „Chcę mieć żywego" - woła komisarz, a piątka dzielna idzie pod talerz. Są tam tuż obok, zwarci, gotowi i już wpadają na szybki rozkaz. Słychać odgłosy, lecz to nie strzały. Wynoszą ciało i całkiem żywe - trochę się broni, ale za mało (jest, widać, słabe). Dwóch je wyniosło, reszta jest w środku. Widać przez okno, jak chcą go schwytać, ale nagle drzwi się zamknęły, obcy coś wcisnął, wielkie szaleństwo. Major, komisarz, aspirant z petem i dwóch ludzi z obcym usuwa się w dal, gdy nagle wybuch - straszliwy i obcy rozlega się wokół. Spodek w płomieniach i wszystko obok. Ciała trzy miały być u doktora. Teraz spalone leżą pod spodkiem. Więc bohaterzy wracają do swoich z upolowanym żywym złym obcym. Jutro prezydent prześle kondolencje rodzinom trzech ofiar.

 

 

Dziękujemy firmie Litera za udostępnienie fragmentów do publikacji.


Komentarze do starszych artykułów tymczasowo niedostępne...