„Star Wars Komiks” 6/2019: „Darth Vader: Płonące wody” - recenzja

Autor: Jedi Nadiru Radena Redaktor: Motyl

Dodane: 13-01-2020 09:36 ()


Gdy myślimy „Imperium Galaktyczne”, często jedną z pierwszych rzeczy, które przychodzą nam do głowy, jest charakterystyczny, trójkątny kształt niszczycieli gwiezdnych typu Imperial. Ich odpowiednikami po rebelianckiej stronie od zawsze – czyli premiery „Powrotu Jedi” – były smukłe kalamariańskie krążowniki. Skąd się one wzięły? Kim byli ich budowniczy? W jaki sposób uchowali się oni od imperialnego terroru? Legendy miały na to swoje odpowiedzi, ale były ona nieco naciągane i ograniczały się głównie do adnotacji w przeróżnych przewodnikach. W nowym kanonie jest nieco inaczej, tu odpowiedzi dotyczące Kalamarian i ich wielonazwowego świata (Dac, Mon Calamari lub Mon Cala w anglojęzycznych źródłach; u nas to po prostu Kalamar) są podane w formie komiksów, z których pierwszym od strony chronologicznej są „Płonące wody”, trzeci i zarazem przedostatni tom serii „Darth Vader: Mroczny Lord Sithów”.

Historia imperializacji Kalamara to dwa znakomicie splatające się ze sobą wątki – polityczny z gubernatorem Tarkinem i królem Lee-Charem oraz „czystkowy” z Vaderem, imperialnymi inkwizytorami i kolejnym nietypowym Jedi, który przetrwał rozkaz 66. Scenarzysta Charles Soule dobrze wiedział, w jakie nuty uderzyć, by wyciągnąć z tego komiksu jak najwięcej: każda z postaci ma swoich pięć minut, a historia jest płynna i zapewnia kilka soczystych zwrotów akcji, z których jeden związany z Inkwizytorami powinien chyba zaskoczyć absolutnie każdego fana Star Wars. Bardzo miło ogląda się też poczynania pozostałych dwóch znamienitych Kalamarian, Ackbara i Raddusa, przyszłych admirałów Sojuszu Rebeliantów.

Mogłoby się wydawać, że trzecie starcie Dartha Vadera z Jedi na trzy tomy serii to pewien schemat, ale tak długo, jak długo rzeczony rycerz, mistrz czy padawan jest nietuzinkowy, nie mam z tym żadnego problemu. Makiaweliczność, do której sprowadza się natura tej nietuzinkowości (by nie rzucić paru grubych spoilerów), jest ciekawą i stosunkowo unikatową reakcją na upadek Zakonu Jedi. W oryginalny sposób poznajemy też towarzyszy Jedi, zebrał ich bowiem wokół siebie kilku, bo w momencie, gdy – jakby to ująć? – ich rola w jego planie zostaje wypełniona.

Z punktu widzenia chronologii i reszty kanonu komiks jest dość problematyczny. Z jednej strony świetnie nakreśla sytuację planety Kalamar, czemu tak wielu Kalamarian wstąpiło w szeregi Rebelii, i zazębia się z miniserią „Mutiny on Mon Cala”, którą wydawano w tym samym czasie w USA, a która rozgrywa się około dwóch dekad później. Mamy też dobrze zaplanowany związek z „Jedi: Fallen Order” – komiks pierwotnie wydano około półtora roku przed premierą gry, a tymczasem już tu debiutują stworzeni pod grę Purge Trooperzy i Dziewiąta Siostra. Z drugiej strony są tu dziwne sprzeczności np. inny z Inkwizytorów, Szósty Brat, trzy lata po utworzeniu Imperium powinien już być od dwóch lat martwy. Co ciekawe, w drugim wydaniu amerykańskim zmieniono datę czasu akcji komiksu z 18 BBY na 16 BBY, by to naprawić, ale to niespecjalnie pasuje do wydźwięku politycznego historii, jak i też wyglądu samego Imperium; w 18 BBY większość imperialnego sprzętu była jeszcze republikańska. Można założyć, że gubernator Tarkin dostał do dyspozycji najnowsze okręty i inne uzbrojenie, ale troszkę to naciągane. Niemniej jednak nie są to jakieś straszne błędy, ot, typowe nieścisłości dla uniwersum tworzonego przez setki ludzi.

Przy okazji poprzedniej recenzji wspominałem, że nie jestem miłośnikiem stylu, w jakim Giuseppe Camuncoli rysuje lorda Vadera. Spieszę donieść, że wprawdzie niewiele się w tej kwestii zmieniło, to zmiana jest jednak na plus. W „Płonących wodach” nie ma już aż tak wielu kadrów, gdzie Mroczny Lord Sithów wywołuje swym wyglądem śmiech, a nie grozę. Powraca też tendencja artysty do rysowania twarzy w taki sposób, jakby wszystkie mięśnie były naciągnięte do granic możliwości. W przypadku Tarkina to o tyle zabawnie, że pasuje do jego charakterystycznego wyglądu, ale... gubernator za bardzo nie przypomina Petera Cushinga. Narzekam na kreskę i mógłbym się jeszcze przyczepić dziwnych TIE Fighterów czy wiązek turbolaserów wychodzących z hangarów (!) niszczycieli gwiezdnych, ale sprowadza się to do jednego: rysunki pana Camuncoli są co najwyżej poprawne.

„Płonące wody” są uzupełnione one-shotem „Zła ziemia”, w którym to Tarkin z jakiegoś powodu poluje na... Dartha Vadera. Wyjaśnienie oczywiście pojawia się w zeszycie i nawiązuje do głównego komiksu, ale sama koncepcja brzmi na tyle dziwnie, że nie zaskakuje mnie, że „Zła ziemia” doczekała się wśród recenzentów wielu zgryźliwych komentarzy. Mnie tymczasem bardzo się pomysł spodobał; wydaje się absurdalny, ale zarówno wykonanie, jak i przebieg komiksu jak ulał pasują do charakterów obu głównych bohaterów, tłumaczą też – być może niepotrzebnie, bo kolejny raz – ich wzajemny szacunek.

Seria „Darth Vader: Mroczny Lord Sithów” staje się coraz lepsza wraz z każdym kolejnym komiksem, więc jeśli ta tendencja nie ulegnie zmianie, finałowy tom będzie naprawdę godny uwagi. „Płonące wody” nie są może najpiękniejszym z komiksów nowego kanonu, za to czyta się je z przyjemnością za sprawą wyśmienicie przemyślanej fabuły, nienużących wątków politycznych, nietypowego rycerza Jedi i wręcz namacalnej potęgi Imperium i ciemnej strony – tu w wydaniu odpowiednio Tarkina i Vadera z obstawą inkwizytorów. Warto!

 

Tytuł: „Star Wars Komiks” 6/2018: „Darth Vader: Płonące wody”

  • Scenariusz: Charles Soule
  • Rysunek: Giuseppe Camuncoli
  • Wydawnictwo: Egmont
  • Data premiery: 18.12.2018 r.
  • Tłumaczenie: Jacek Drewnowski 
  • Liczba stron: 132
  • Format: 170x260 mm
  • Oprawa: miękka
  • Papier: kredowy
  • Druk: kolor
  • Wydanie: I
  • Cena: 19,99 zł

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji.


comments powered by Disqus