Letnie kino promocyjne, czyli piekiełko po polsku

Autor: Jarosław Przeciąg Redaktor: Raven

Dodane: 17-07-2009 15:17 ()


Nie ma chyba bardziej uwielbianego, a zarazem znienawidzonego słowa jak promocja. W promocji można kupić wszystko – przecenioną, nieświeżą wędlinę, produkty spożywcze o krótkim lub bardzo krótkim okresie przydatności, ubrania, których cena drastycznie spadła, a powszechnie wiadomo, że wcześniej nałożono na nie niebotyczną marżę. W końcu można nabyć bilety do kina - również w promocji dzięki hojności jednego z operatorów telefonii komórkowej.

Wszystko pięknie, pytanie - gdzie jest haczyk. Przecież możemy obejrzeć prawie dowolny film praktycznie za pół ceny (na dwa bilety, jeden przypada gratis). Dla widzów nadwiślańskiego kraju słowa: taniej i promocja są traktowane jak mantra albo kult pogańskich bożków. Pomarańczowe środy dla jednych są okazją, aby taniej wybrać się do kina dla innych przekleństwem. Wszystko za sprawą niedoskonałego systemu oraz widzów pozbawionych odrobiny wyobraźni.

Na bonusowe środy należy wybrać się dużo wcześniej niż pół godziny przed seansem. Uczestników promocji może nie jest aż tak wielu, ale słowo kolejka nabiera nowego/starego - wymiaru. Sznureczki amatorów, spragnionych kinowych rozrywek, ustawiają się jak po reglamentowane towary za rządów pod auspicjami wspaniałego niegdyś, wschodniego sąsiada. A Polak potrafi, na dodatek nie jest nauczony cierpliwości, a na rzeczy za darmo czy półdarmo rzuca się jak pies na bezpańską kiełbasę. Obok pokornych klientów trafiają się krzykacze, którzy już na progu „olabogują” co za „cholerne” kolejki. Przy okazji sami je blokują, nie potrafiąc wykonać prostej czynności - wysłania smsa. Jak przychodzi do kupna biletu okazuje się, że coś poszło nie tak i trzeba weryfikować plany albo wysłać następnego smsa. To wszystko prowadzi do opóźnień, powiększania się kolejek i nerwicy innych oczekujących na dobrodziejstwo promocji.

Od dawna wiadomo, że przy takich „akcjach” wymagana jest zdolność czytania ze zrozumieniem. Natarczywi klienci pojawiają się w kasach z pretensjami typu: „Ja mam rezerwacje i chce kupić bilety bez stania w tej (miejsce na dowolne przekleństwo) kolejce, bo przecież rezerwowałem/łam i mi się należy. W oczach pozostałych oczekujących widać tylko jedno - lincz. Z drugiej strony nikt nie pomyślał, żeby jedną kasę w feralne środy pozostawić do obsługi osób, które wybierają się na filmy nie objęte promocją albo z niej nie korzystają. Jednak nikt nie przewidział takiej sytuacji. Dlaczego? Na promocję muszą chodzić wszyscy. Bilet do kina jest tak piekielnie drogi, toć to cała pensja na niego idzie, że każdy musi kombinować ile osób zabrać na doczepkę, aby jak najwięcej biletów dostać za darmo. To właśnie Polska.

Zdarzają się przypadki, że klient potrafi się kłócić z kasjerem, ponieważ promocja nie obejmuje filmów 3D. Przecież to jawna dyskryminacja i brak poszanowania klienta, który płaci i wymaga. Ale dlaczego wszystkie te złe emocje wyładowuje się na biednym i tyrającym kasjerze? O nieudanych transakcja finansowych przy pomocy karty płatniczej czy braku zdecydowaniu przy wyborze miejsca na sali nie wspomnę - bo w tych sprawach możemy się równać z absurdystanem. Na kłopoty jest dobra jedna rada, płacisz kartą upewnij się czy są na niej jakiekolwiek środki finansowe, szpanowanie pustym plastikiem na nikim nie robi wrażenia. Przy wyborze foteli jedno jest pewne, kolory odznaczają miejsca zajęte czy zarezerwowane od wolnych. Granie „w daltonistę” jest tylko stratą czasu, zabukowanych miejsc nie można zwolnić, nawet przy użyciu podniesionego tonu głosu. Czy to trudno pojąć?

Kolejną bolączką promocji jest wybór seansu. Pojawia się pytanie, na co idziemy na kina. Od razu powiem to źle sformułowane pytanie. Zazwyczaj sprawy przybierają inny obrót - jest promocja, chodźmy do kina. Na co? Na cokolwiek, bo jest promocja. Tak rozpoczynają się wędrówki ludów narodu wychowanego w niedostępnej dżungli, który o kulturze i sztuce nie ma zielonego pojęcia. Promocja potęguje zjawiska spóźniania się na seans nawet do 30 minut, bo jest ważniejsza niż początek filmu. Szukanie miejsca po omacku nie umila oglądania pozostałym. Przypomnę, że na bilecie jest znacząca wskazówka, określająca rząd i miejsce, ale nadal nie potrafimy z niej w pełni korzystać (rząd 3, to musi być gdzieś na górze, pewnie między 9 a 10). Gorzej jest jak ktoś na siłę próbuje usiąść na czyimś miejscu i naprawdę niewiele brakuje do szarpaniny. O ostentacyjnym wysypaniu popcornu czy innego jedzenia już nie wspomnę. Niszczenie foteli kinowych, czy pozostawianie po sobie chlewu to też norma.

Konkludując, nie potrafimy w pełni korzystać z dobrodziejstw kultury i nawet nie chcemy. Do kina chodzimy dla sportu, a nie wartości artystycznych czy intelektualnych. Nieważne jest czy grają coś godnego uwagi, nieważne, że naszym spóźnieniem wywołanym brakiem zdecydowania będziemy przeszkadzać innym. Ważne, że skorzystaliśmy z promocji i udało się parę groszy zaoszczędzić. Odnoszę wrażenie, że gdyby szalety miejskie były bezpłatne, w ramach promocji rzecz jasna, to byśmy częściej chodzili tam całymi rodzinami niż korzystali z domowych toalet. Dlaczego? Oszczędność papieru toaletowego i mydła. Skoro do kina można wejść za pół ceny, to czemu nie korzystać z miejskich szaletów trzy, cztery razy dziennie za darmo. W przeliczeniu wychodzi na to samo, co pół biletu do kina. Ot i cały czar zas…… promocji.


Komentarze do starszych artykułów tymczasowo niedostępne...