„Piraci z Karaibów": „Zemsta Salazara" - recenzja druga
Dodane: 28-05-2017 15:43 ()
W „Zemście Salazara” - piątej odsłonie przygód Jacka Sparrowa, historia posuwa się kilkanaście lat do przodu względem poprzednich części. Syn Willa Turnera, Henry, pragnie odnaleźć mityczny Trójząb Posejdona, który rzekomo łamie każdą istniejącą klątwę. Chłopak chce bowiem wyzwolić swojego ojca z „Latającego Holendra” (nie pytajcie, czemu nigdy wcześniej poszukiwanie Trójzębu nie przyszło do głowy Barbossie, Davy’emu Jonesowi, Czarnobrodemu i innym). Młody Turner wraz ze spotkaną przypadkowo Cariną Smyth oraz Jackiem Sparrowem i jego załogą wyrusza w niebezpieczną podróż w celu odnalezienia artefaktu. Tymczasem bezwzględny kapitan Salazar, któremu przed laty Sparrow zaszedł za skórę, ucieka z Diabelskiego Trójkąta i poprzysięga zemstę.
Chociaż pełen absurdów film Joachima Ronninga i Espena Sandberga czerpie dużo z pierwszych odsłon cyklu, opierając się w dużej mierze na lekkim humorze, grach słownych oraz przezabawnych sytuacjach. Bliżej mu do barwnej i zakręconej „Skrzyni Umarlaka” niż posępnego i trwającego blisko 3 godziny „Na krańcu świata” czy zupełnie oderwanego od serii „Na nieznanych wodach”. Dla miłośników „Piratów…” będzie to powrót do korzeni, w którym nie brakuje emocji i – co ważniejsze – nafaszerowanej fajerwerkami akcji. W wielu momentach to naprawdę działa.
Mimo całej rozrywkowej otoczki i wielu naprawdę pomysłowych scen całość sprawia jednak wrażenie nakręconej bez pasji. Sam Jack Sparrow, który powinien być siłą napędową filmu, prezentuje się, jakby był już tym wszystkim zmęczony. Śmieszy tam, gdzie do głosu dochodzą zabawne dialogi czy charakterystyczny dla serii komizm sytuacyjny, niemniej Johny Depp już nie wkłada w tę roli energii, własnej charyzmy. Gra z rozpędu, w nieco wymuszony sposób. I tak właśnie jest z całą „Zemstą Salazara”, która w dalszym ciągu stanowi przezabawną rozrywkę, lecz brakuje jej tego czegoś, co sprawiło, że przed laty pokochaliśmy „Piratów…”.
Pozostali aktorzy też w zasadzie robią jedynie to, co do nich należy, nie podkreślając wyraźnie swojej obecności na ekranie. W nieco przeszarżowanej roli Javier Bardem przypomina swojego bohatera ze „Skyfall”, gdzie też większy nacisk położony był na jego zewnętrzną prezencję, aniżeli pogłębiony charakter. To po prostu kolejny „przeklęty”, który pragnie zemsty na Jacku. Młoda gwardia? Podobnie jak w „Na nieznanych wodach” po prostu jest obecna. Kto dziś pamięta Philipa Swifta czy Syrenę z tamtego filmu? Niezmiennie natomiast liczyć można na Geoffreya Rusha, któremu charyzmy starczy na tyle, by nawet z postaci wciśniętej tym razem w typowo disneyowski schemat wydobyć maksimum energii. Jego Barbossę w swojej iście barokowej stylizacji i tymże otoczeniu można by oglądać bez przerwy.
„Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara” to sentymentalna podróż do przeszłości. Na tle innych odgrzewanych kotletów, da się tutaj wyczuć jakiś pomysł, a przy okazji spory szacunek dla pierwowzoru Gore Verbinskiego (ukłonów w stronę widza jest tu co niemiara). Brakuje jednak tego, co najważniejsze – serca. Mimo szczerych chęci dwójki zupełnie nowych reżyserów, cała załoga zdaje się już tym wszystkim zmęczona. Jack Sparrow i reszta spółki nie wypływają już na otwarte morze, aby przeżyć kolejną niesamowitą przygodę. Robią to, bo ktoś im każe i chcą jak najszybciej wrócić do domu. Sentyment jednak pozostaje.
Ocena: 5/10
Tytuł: „Piraci z Karaibów": „Zemsta Salazara"
Reżyseria: Joachim Rønning i Espen Sandberg
Scenariusz: Jeff Nathanson, Terry Rossio
Obsada:
- Johnny Depp
- Javier Bardem
- Geoffrey Rush
- Kaya Scodelario
- Brenton Thwaites
- Kevin McNally
- Martin Klebba
- Golshifteh Farahani
- Stephen Graham
- Paul McCartney
- David Wenham
Muzyka: Geoff Zanelli
Zdjęcia: Paul Cameron
Montaż: Roger Barton, Leigh Folsom Boyd
Scenografia: Beverley Dunn, Shannon Gottlieb
Kostiumy: Penny Rose
Czas trwania: 129 minut
comments powered by Disqus