„Władza absolutna” tom 1: „Pozbawieni mocy” – recenzja
Dodane: 04-04-2026 16:53 ()
Amanda Waller to taka postać, której nie chciałby mieć na karku ani Batman, ani Superman, ani nawet urzędnik od pieczątek w jakimś zapomnianym biurze w Gotham. Kobieta od lat udowadnia, że jeśli ktoś w uniwersum DC naprawdę rozumie, czym jest kontrola, manipulacja i granie va banque, to właśnie ona. I we „Władzy absolutnej. Pozbawionych mocy” wreszcie dostaje to, o czym marzyła od dawna: możliwość urządzenia światu porządków po swojemu. A że przy okazji najlepiej byłoby spacyfikować wszystkich herosów, metaczłowieka po metaczłowieku, to już tylko szczegół.
I trzeba powiedzieć sobie uczciwie: to jest ten typ komiksu, który od pierwszych stron chce czytelnika złapać za gardło i nie puszczać. Bez ceregieli. Bez długiego rozstawiania pionków. Bez udawania, że to tylko „kolejny event”, który trzeba odbębnić przed następnym restartem, inicjatywą czy innym wielkim hasłem marketingowym. Tutaj od początku wiadomo, że sytuacja jest gruba. Amanda Waller nie zamierza już tylko reagować na zagrożenia. Ona chce przejąć narrację, przejąć kontrolę i przejąć świat takim sposobem, żeby superbohaterowie stali się problemem, a nie rozwiązaniem. W tej układance wspierają ją naprawdę potężne siły, w tym Failsafe i Brainiac Queen, więc to nie jest zabawa w polityczne połajanki, tylko pełnowymiarowa wojna wypowiedziana wszystkim, którzy noszą peleryny, maski albo po prostu mają moce.
„Władza absolutna” nie opowiada tylko o tym, że ktoś znowu chce zniszczyć świat, a Liga Sprawiedliwości musi stanąć do boju. Tego w DC i Marvelu mieliśmy już tyle, że można by tym obdzielić kilka kryzysów i jeszcze zostałoby na dwa letnie eventy. Tutaj chodzi o coś innego. O system. O kontrolę. O to, jak łatwo przekonać opinię publiczną, że bohaterowie są zagrożeniem. O to, jak sprawnie można zbudować aparat strachu. O to, że nawet Superman nie jest aż tak skuteczny, kiedy przeciwnik nie wali w niego kryptonitem, tylko podważa samo prawo jego istnienia jako symbolu. Waller nie wygrywa dlatego, że jest silniejsza od herosów. Ona wygrywa dlatego, że znajduje sposób, by obrócić świat przeciwko nim. I to jest dużo ciekawsze niż kolejny wielki złoczyńca z kosmosu.
Mark Waid bardzo dobrze czuje ten rodzaj historii. To scenarzysta, który od lat potrafi pisać komiksy superbohaterskie w taki sposób, żeby z jednej strony były efektowne, a z drugiej nie zamieniały się w ciąg pustych wybuchów, przemów. On rozumie, że event musi mieć rozmach, ale sam rozmach to za mało. Musi być jeszcze napięcie, logika i stawka. I właśnie to dostajemy. Fabuła jest wielka, ale nie rozłazi się na wszystkie strony. Jest dużo postaci, dużo odniesień do wcześniejszych komiksów, dużo elementów większej układanki, a jednak całość czyta się zaskakująco gładko.
Najważniejsze jest jednak to, że nawet czytelnik, który nie siedzi po uszy w każdym komiksie, który nawiązuje do recenzowanej historii szybko łapie, o co tutaj chodzi. Herosi zostają osłabieni, rozproszeni, odcięci od dotychczasowej pozycji i zmuszeni do działania w warunkach, w których wszystko jest przeciwko nim. I nagle okazuje się, że najciekawsze wcale nie są ich moce. Najciekawsze jest to, jak reagują wtedy, gdy te moce przestają być ich największym atutem.
Jeśli ktoś bierze ten album do ręki dla Dana Mory, to nie wyjdzie rozczarowany. To jest artysta, który w obecnym DC jest po prostu maszyną do rysowania rzeczy jednocześnie pięknych, dynamicznych i czytelnych. I w eventach taka umiejętność jest na wagę złota. Bo w eventach bardzo łatwo się wykoleić. Mamy tłumy postaci, mnóstwo lokacji, mechaniczne zagrożenia, rozpisaną na szeroką skalę akcję, a do tego trzeba jeszcze zachować emocje na twarzach i charakter każdej sceny. Mora radzi sobie z tym znakomicie.
Jego plansze mają odpowiednią energię. Bohaterowie wyglądają jak bohaterowie, ale nie jak plastikowe figurki ustawione pod odpowiednim kątem. Wszystko się rusza, wszystko ma impet, a przy tym nie zamienia się w nieczytelny wizualny kisiel. Mora świetnie czuje ikonografię DC. Wie, jak narysować Supermana, Batmana czy Wonder Woman, żeby wyglądali monumentalnie, ale też wie, jak pokazać ich zmęczenie, napięcie i desperację. A to robi różnicę. Zwłaszcza w historii, która opiera się na tym, że symbole są oblegane, kaleczone i wystawiane na próbę.
Choć widać, że mamy do czynienia z dużym wydawniczym projektem, to jednak nie jest to zrobione na zasadzie „teraz wszyscy udawajmy, że od miesięcy zmierzało to właśnie tutaj”. Tu naprawdę czuć, że coś było budowane. Waller nie wyskakuje z lodówki. Failsafe nie pojawia się znikąd. Brainiac Queen nie jest przypadkowym dodatkiem wrzuconym po to, by zwiększyć liczbę efektownych scen. To ma fundament. Nie znaczy to oczywiście, że komiks nie ma wad. Ma. I to całkiem wyraźne.
Po pierwsze, chwilami Amanda Waller jest aż za skuteczna. Rozumiem założenie. Rozumiem, że event potrzebuje potężnego przeciwnika. Rozumiem, że trzeba było doprowadzić bohaterów do ściany. Ale są momenty, w których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy cały świat DC naprawdę aż tak bardzo zaspał, że pozwolił jej wejść na taki poziom kontroli. Czasami balans między „przerażająco sprawna” a „wygodnie wszechmocna, bo tego wymaga fabuła” jest tutaj dość cienki.
Po drugie, siłą rzeczy nie wszyscy bohaterowie dostają tyle samo miejsca. To problem praktycznie każdego eventu. Ktoś musi być symbolem, ktoś mięsem armatnim, ktoś łącznikiem, a ktoś tylko częścią większego tłumu. Jeśli ktoś liczy na bardzo pogłębione, psychologiczne portrety wszystkich najważniejszych postaci DC, to raczej się nie doczeka. Tu pierwsze skrzypce gra dynamika zbiorowa.
Po trzecie, polityczność tego komiksu jest ciekawa, ale jednak dość szeroko malowana. Z jednej strony to zaleta, bo komiks nie tonie w gadulstwie. Z drugiej szkoda, że czasem nie daje sobie trochę więcej przestrzeni, żeby pokazać odcienie szarości zwykłych ludzi w świecie, który kupuje narrację Waller. Jest strach, jest manipulacja, jest aparat opresji, ale czasem przydałoby się mocniej wejść w tę codzienną, przyziemną stronę takiego kryzysu. Wtedy stawka mogłaby wybrzmieć jeszcze lepiej. Mimo to czyta się to naprawdę bardzo dobrze.
W czasach, gdy część komiksów superbohaterskich albo tonie w autoironii, albo stara się być za wszelką cenę dojrzałą, „Władza absolutna” wybiera prostszą, ale skuteczniejszą drogę. Mówi: zobaczcie, to są bohaterowie. Świat się przeciw nim odwrócił. Zabrano im siłę. Zabrano im komfort. Zabrano im pozycję. I co teraz? Teraz nadal próbują ratować innych. I w tym właśnie jest sens tego rodzaju opowieści.
Jasne, można się spierać, czy to już event z najwyższej półki w historii DC. Raczej jeszcze nie. Na takie tytuły trzeba czasu, dystansu i mocnego domknięcia całości. Ale już po pierwszym tomie widać, że to nie jest wydmuszka. To nie jest napompowany crossover, który po roku będzie pamiętany tylko z ładnych okładek i głośnych zapowiedzi. To jest dobrze skrojona, efektowna historia z sensownym konfliktem, odpowiednim tempem i świetną oprawą graficzną.
Pierwszy tom „Władzy absolutnej” to naprawdę mocne otwarcie dużego wydarzenia w DC. Mark Waid daje tej historii solidne podwaliny, Dan Mora dowozi rysunkowy spektakl na najwyższym poziomie, a Amanda Waller wyrasta tu na antagonistkę, którą czuć na każdej stronie. To komiks o władzy, kontroli, propagandzie i oporze, ale przede wszystkim to po prostu bardzo dobrze zrobiony blockbuster. Taki, który czyta się szybko, ale który jednak zostawia po sobie coś więcej niż tylko wspomnienie kilku efektownych kadrów.
Tytuł: Władza Absolutna tom 1: Pozbawieni mocy.
- Scenariusz: Mark Waid, Joshua Williamson, Chip Zdarsky
- Rysunki: Dan Mora, Amancay Nahuelpan, Eddy Barrows, Skylar Patridge
- Data wydania: 25.03.2026 r.
- Wydawnictwo: Egmont
- Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
- Druk: kolorowy
- Oprawa: twarda
- Format: 170x260 cm
- Stron: 336
- Cena: 139,99 zł
Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji
comments powered by Disqus






















