„Batman: Hush” - recenzja

Autor: Damian Maksymowicz Redaktor: Redakcja

Dodane: 01-04-2026 20:36 ()


Tajemniczy nowy złoczyńca pojawia się w Gotham. Ubrany w prochowiec (który, jak pokazuje komiks, jest popularnym modelem wśród Gothamczyków), z zabandażowaną twarzą, szeptem recytujący Arystotelesa jegomość rozgrywa galerię łotrów Batmana przeciwko niemu niczym wytrawny szachista. Gdy nie można ufać nikomu, Mroczny Rycerz postanawia zaufać Catwoman. I to tyle słowem wstępu, bo „Hush” to komiks, który albo już czytaliście, albo przynajmniej o nim słyszeliście. Nie jest tak dobry, jak mówią niektórzy, ale nie można mu odmówić rozrywkowego waloru i zwrotów akcji, nawet jeśli te czasami ocierają się o tandetę. „Hush” to w pewnym sensie komiks z lat dziewięćdziesiątych, gdzie ważniejsze niż fabuła były rysunki. A że za warstwę graficzną odpowiada jedna z gwiazd ostatniego dziesięciolecia XX wieku, to jest na czym zawiesić oko. Tuszowany przez Scotta Williamsa porywa czytelnika dynamizmem i scenami akcji (świetnie rozrysowane starcia, zwłaszcza z Ra’sem Al Ghulem i Supermanem), robiącymi wrażenie nawet dziś splashpage’ami (batmobil w bat-jaskini) i ikonicznymi okładkami. Nikt nie rysował podeszew butów Batmana tak jak Jim Lee.

Moje jedyne graficzne uwagi to design mutującego Killer Crocka, który za bardzo przypomina marvelowego Jaszczura, oraz Joker z tym jego przydługim nosem. Za to tutejszy design Riddlera jest niezmiennie moim ulubionym. Lee miał też okazję w scenach retrospekcji zaprezentować swój kunszt we władaniu akwarelą. Jeśli jesteście fanami Lee z okresu jego absolutnego „peaku” i macie trochę wolnej gotówki, to polecam waszej uwadze ten komiks w wersji Noir (czarno-białej), a w szczególności w Unwrapped (sam ołówek).

Akapit poświęcony bonusom, których nie było w żadnym z dotychczasowych polskich wydań. Kilka dodatkowych, nic niewnoszących stron dziejących się bezpośrednio po finale „Batman” #619. „Dwadzieścia pytań do autorów” to rodzaj bonusu, który — pomiędzy wzajemnym słodzeniem sobie — zawiera kilka zakulisowych smaczków, w tym autorefleksję na temat tego, że jedna z kluczowych postaci w finale powinna być wprowadzona wcześniej (a tak pojawia się, za przeproszeniem, z tyłka). Nie chcę spoilerować, jeśli jeszcze nie znacie „Husha”, ale to jeden z moich dwóch największych zarzutów wobec komiksu. Kolejnym z ciekawszych dodatków są komentarze Jima Lee opisującego easter eggi (postacie, nazwy, nazwiska) porozmieszczane na przestrzeni całej historii. Jako że „Hush” stoi przede wszystkim oprawą graficzną, nie mogło zabraknąć szkiców Lee czy galerii okładek. Znalazło się również miejsce na projekty produktów oraz wzmiankę o animowanej adaptacji, która — choć wizualnie nie porywa — naprawia drugi, największy błąd komiksowego pierwowzoru: tożsamość tytułowego złoczyńcy.

Co czytać po „Hushu”? To pytanie jest trudniejsze, niż się wydaje. Niedługo po jego zakończeniu zabandażowany miłośnik greckiej filozofii pojawił się na kartach serii „Batman: Gotham Knights” w historii „Pushback”, wydanej zbiorczo jako „Hush Returns”. Historia dość przeciętna, niekoniecznie Hushocentryczna, raczej skupiona wokół Riddlera i Jokera. Zretconowano w niej pewne elementy „Zabójczego żartu” i pozostawiono furtkę dla jednego wątku… do którego nikt nigdy już nie wrócił. Jeśli zainteresował was incydent związany z postacią Jasona Todda, to pojawia się on i zostaje zretconowany w „Tajemnicy Czerwonego Kaptura” z kolekcji Hachette.

Najlepszy komiks z Hushem — lepszy niż oryginał — to „Heart of Hush”, napisany przez weterana „Batman TAS”, Paula Diniego. Doczekał się on przyzwoitego sequela zatytułowanego „House of Hush”. Nieprzyzwoitym jest natomiast wydawany obecnie w USA właściwy sequel Loeba i Lee: „H2sh”. Seria łapie koszmarne opóźnienia między kolejnymi zeszytami, doprowadzając do absurdalnej sytuacji, gdy na dobre w „Batmanie” rozkręca się nowy run, a końca poprzedzającej go historii „H2sh” wciąż nie widać. Loeb pisze postacie kompletnie poza ich charakterem, głupotka goni głupotkę, a Lee nie jest w stanie dorównać samemu sobie sprzed lat. O zgrozo, twórcy odgrażają się, że chcą zrobić kolejną kontynuację, by mieć trylogię.

Kolejną już lekturę komiksu odbyłem wraz z synem, którego przede wszystkim zachwyciły rysunki i mnogość przeciwników. Dla młodszego czytelnika, przy pierwszej lekturze, bez bagażu wielu komiksów trykociarskich, tożsamość Husha potrafi być zaskoczeniem, ale dla reszty odbiorców raczej już nie, bo Loebowi zabrakło tu zupełnie subtelności. I razi to za każdym razem coraz bardziej. W niepojęty sposób Jeph Loeb pisał dobre (bądź bardzo dobre) scenariusze wyłącznie wtedy, gdy rysował je Tim Sale. Bez niego, w najlepszym razie, wychodziła mu poprawna, rzemieślnicza robota — i tak też jest z „Hushem”.

To komiks, który mimo ponad dwóch dekad na karku pozostaje klasykiem, czego nikt mu nie odbierze. Nie jest to w żadnym wypadku kamień milowy, ale obok „Trybunału Sów” to ten komiks o Batmanie, który dla wielu był wejściem w bat‑uniwersum. Być może to najlepsza rzecz, jaką narysował Jim Lee w całej swojej karierze. Rysunki, plejada łotrów i sentyment sprawiają, że w jakimś wydaniu „Hush” zawsze będzie gościł na moim regale. Nie jest on tak esencjonalnym dziełem, jak „Długie Halloween" Loeba i Sale'a, ale kategorii bombastycznego, komiksowego blockbustera „Hush” sprawdza się niemal idealnie.

 

Tytuł: Batman: Hush

  • Scenariusz: Jeph Loeb
  • Rysunki: Jim Lee
  • Tusz: Scott Williams
  • Kolor: Alex Sinclair
  • Wydawnictwo: Egmont
  • Data wydania: 11 Marzec 2026
  • Seria: Batman, DC Deluxe
  • Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz, Marek Starosta, Jarosław Grzędowicz
  • Druk: kolorowy
  • Oprawa: twarda, obwoluta
  • Format: 18,0x27,5 cm
  • Stron: 376
  • ISBN: 9788328190139
  • Cena: 169,99 zł

 Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji

 


comments powered by Disqus