„Więzy matczynej krwi” - recenzja

Autor: Dawid Śmigielski Redaktor: Redakcja

Dodane: 26-03-2026 22:16 ()


Jeżeli ktoś spodziewał się romantycznej historii o kowbojach wymierzających sprawiedliwość na Dzikim Zachodzie, to już okładka „Więzów matczynej krwi” dobitnie wyprowadza go z błędu. Na tle zachodzącego słońca (a może w przedsionku piekła?) widzimy przestraszonych chłopców (głównych bohaterów niniejszej opowieści), nad którymi górują sylwetki trzech jeźdźców w nonszalanckich, lekceważących pozach. Linia między dobrem i złem została zarysowana wyraźnie, ale czy na pewno? Czy odpowiedzialny za scenariusz Briana Azzarello i rysownik Eduardo Risso nie pokazują nam tu czegoś innego? Czy chłopcy nie ujrzeli własnej przyszłości? Tego, kim mogą się stać lub się staną, jeżeli los skieruje ich na tę jedną konkretną ścieżkę? Twórczy duet nie daje nam łatwych odpowiedzi na wszystkie zadane pytania, bo takie nie istnieją. Surowość Dzikiego Zachodu nie pozostawiała wielu możliwości ludziom pozbawionym rodziny, ekonomicznym wyrzutkom, samotnym kobietom i dzieciom. Ciężka praca, hazard, bandyterka. Niewiele szans na sukces, wiele dróg wiodących ku przegranej. To świat brutalny, pełen okrutnej, bezmyślnej dzikiej przemocy. Jednym z jej heroldów jest opuszczający po pięciu latach meksykańskie więzienie – Carter – pragnący tylko jednego – odzyskania swojej ukochanej Anny, która obecnie wiedzie spokojne życie w górniczej osadzie jako żona pastora i matka trójki chłopców.

Azzarello wprowadza nas w tę rzeczywistość w bezpardonowy, typowy dla siebie sposób, jednocześnie wykorzystując cały sztafaż westernowej mitologii. Carter ze swoją bandą szybko odnajdują Annę, zabijają jej męża, pozostawiając latorośle przy życiu. Odjeżdżają ku niepewnej przyszłości naznaczonej przeszłością pełną niedomówień. Osamotnionym Danielowi, Simonowi i Jackowi zwanemu Królikiem nie pozostaje nic innego, jak ruszyć śladem matki. Będzie to dla nich podróż inicjacyjna, w ten lub inny sposób staną u progu dorosłości, lecz go nie przekroczą. Przejdą przyśpieszoną szkołę życia, gdzie brutalna ludzka natura będzie ich nauczycielką, ale nie zamienią się w krwawych morderców posługujących się skutecznie bronią. Zresztą czy umiejętność zabicia bliźniego czyni z kogoś mężczyznę? Tak czy owak, celem chłopców jest nie zemsta, lecz odnalezienie „porwanej” matki. I to Anna będąca katalizatorem wydarzeń jest obok innej kobiety – Szalonej Sowy – najciekawszą, najbardziej skomplikowaną charakterologicznie bohaterką „Więzów matczynej krwi”. Obie dostają od autorów najmniejszą ilość „czasu antenowego”. Wypowiadają niewiele słów, jednak ich czyny wżynają się pod naszą skórę. Dlatego, że są to zachowania wykraczające poza stereotypowy obraz kobiecości. Zarówno Anna, jak i Szalona Sowa utknęły w męskim świecie, zostały wpisane na stałe w przeznaczone im role, osaczone i osądzone (mniejsza o to, czy słusznie) – także przez Daniela, Simona i Jacka.

Paradoksalnie jako jedyne wydają się wolne, bo decydują o swoim życiu, choć już niekoniecznie o własnej śmierci. Azzarello nie ocenia ich wyborów, mimo że te – szczególnie Anny – naznaczone są piętnem tragedii. Squaw jest niczym dobry duch, głos rozsądku dla dzieciaków. Głos z wyrokiem śmierci na karku. Ta niejednoznaczność, charakterystyczny dla spaghetti westernu i antywesternu brak klarownego podziału na dobro i zło jest największą zaletą niniejszego dzieła. Zresztą amerykański scenarzysta przyzwyczaił nas do swojej fascynacji mroczną naturą człowieka. Chłopcy szukający matki są światełkiem w tej rzeczywistości rządzącej się prawem dżungli. Światełkiem, które wiatr dziejów może zdmuchnąć w mgnieniu oka, o czym przekonują się bardzo szybko, kiedy są świadkiem powieszenia niewiele starszego od Daniela Emila. Słodka, lekko łobuzerska twarzyczka, na sekundy przed ostatecznością zmienia się nie do poznania. Zapłakana i zakrwawiona. Oczy wypełnione nadchodzącą nicością… Szubienica, która jeszcze kilka chwil wcześniej służyła chłopcom jako huśtawka, stała się dla nich ponurą przestrogą. Ilustrujący ten spektakl okrucieństwa Risso przytępił swój ostry kanciasty styl. Wyzbył się zbędnego detalu, by w znacznej mierze skupić się na postaciach. Tak jakby przeniósł je na deski objazdowego, tandetnego teatru, którego scenografię stanowią od czasu do czasu zapierające dech w piersiach pejzaże. Jednakże przeważnie są to jedynie fragmenty przyrody. Martwe głazy i równie pozbawione życia zwierzęta. Samotne krzewy i ludzkie ciała w początkowym studium rozkładu. Tam, gdzie zawędrował człowiek – wszystko umiera – zdają się mówić autorzy. Nawet miłość, choć przecież ta jest siłą napędową tak Cartera, jak i trójki braci. Jej odcienie Risso uchwycił bezbłędnie, kreując krwawe przedstawienie, wykorzystując twórczo każdy kadr do uzyskania filmowej dynamiki.

„Więzy matczynej krwi” są opowieścią ponurą. Wycinkiem z życia wschodzącej cywilizacji ukazującym walkę o wartości, które tłamsiły lub które nie mogły się ziścić jeszcze przez wiele kolejnych dekad. Wartości prowadzących do śmierci daremnej i pozbawionej chwały. Liczyło się przetrwanie, a miłość była tylko romantyczną mrzonką kryjącą się gdzieś w spękanych niczym pustynia ludzkich sercach. Choć ostatecznie Azzarello i Risso znaleźli dla niej miejsce. Bo czymże jest umieranie w czyichś objęciach, jeżeli nie miłością?

 

Tytuł: Więzy matczynej krwi

  • Scenariusz: Brian Azzarello
  • Ilustracje: Eduardo Risso
  • Tłumaczenie: Robert Lipski
  • Wydawnictwo: Mucha Comics
  • Liczba stron: 224
  • Format: 215 mm × 276 mm
  • Oprawa: twarda
  • Papier: kredowy
  • Druk: kolor
  • ISBN: 978-83-67571-65-4
  • Cena: 139 zł

  Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji. 

Galeria


comments powered by Disqus