„Wyjście awaryjne” - recenzja

Autor: Krzysztof Księski Redaktor: Redakcja

Dodane: 30-04-2026 21:57 ()


Na film „Wyjście awaryjne” trafiłem zupełnym przypadkiem. Był wieczór, skakałem po kanałach, pragnąc znaleźć coś ciekawego do oglądania. Nie miałem pomysłu, co chcę obejrzeć. Nagle moją uwagę przykuł rozpoczynający się film na jednej z polskich stacji telewizyjnych, a konkretnie Bożena Dykiel grająca jakąś urzędniczkę w peerelowskiej scenerii. Szybko wkręciłem się w fabułę i tak dotrwałem do końca z poczuciem lekkiej satysfakcji. Ale po kolei.

Roman Załuski w 1982 roku stworzył film, który jest ciekawym i trafnym obrazem polskiej rzeczywistości lat osiemdziesiątych. Podobnie jak „Miś” czy „Zmiennicy”, „Wyjście awaryjne”, choć znacznie mniej znane, to nie tylko komedia, która miejscami bawi do łez, ale także wnikliwe przedstawienie życia w PRL-u, gdzie absurdy codzienności atakują mieszkańców naszego pięknego kraju na każdym kroku.

Akcja filmu rozgrywa się w prowincjonalnym miasteczku na początku lat 80. XX wieku. W centrum intrygi znajduje się rodzina Kolędów. Jadwiga Kolędowa jest energicznym i despotycznym naczelnikiem gminy. Nie naczelniczką, gdyż władza ludowa skutecznie walczyła z feminatywami. Jej mąż, Władysław, zajmuje się domową hodowlą kaczek i uprawą kwiatów w szklarni. Mieszkają z córką Dorotą. Ognisko rodzinne jest zdominowane przez ekspansywną panią domu, która podporządkowuje sobie rodzinę w podobnym stopniu, jak podległych jej urzędników.

Do tego może nie idyllicznego, ale w pewnym sensie ustabilizowanego życia bohaterów wkrada się rewolucja. Gdy pani naczelnik dowiaduje się, że zostanie babcią, wpada w panikę. Strach przed utratą autorytetu, skandalem obyczajowym i kompromitacją podsuwa jej iście piekielny pomysł. Skoro ojciec dziecka jest nieznany, a przynajmniej córka nie chce zdradzić jego personaliów, a on sam nie poczuwa się do ojcostwa, trzeba działać. Jadwiga nakazuje mężowi, by ten znalazł męża dla córki za wszelką cenę. Trzeba „kupić” narzeczonego z opłaconym rozwodem. Lawinowy przebieg wypadków obraca się, jak to często w komedii bywa, przeciwko sprawczyni całej intrygi.

Zaryzykuję twierdzenie, że Bożena Dykiel w roli Jadwigi Kolędowej stworzyła jedną z najbardziej ikonicznych postaci w historii polskiej komedii. Jej naczelnik gminy to kobieta z żelaza – twarda, stanowcza, przyzwyczajona do wydawania rozkazów i kontrolowania każdego aspektu życia rodziny i podwładnych. Po prostu jest rewelacyjna!

Dykiel nie gra jednak karykatury. Jej postać jest ludzka, wielowymiarowa i pełna sprzeczności. Z jednej strony to despotka, która rządzi gminą żelazną ręką, z drugiej – matka zdesperowana, gotowa na wszystko, by ochronić córkę przed „skandalem”. Z jednej strony urzędniczka, która w pracy musi zachować powagę i autorytet, z drugiej – kobieta, która w domu musi radzić sobie z mężem-marzycielem i zbuntowaną córką. Z trzeciej strony to prawdziwa kobieta z własnymi potrzebami i żądzami, których nie może zrealizować w tradycyjnym małżeństwie.

Film świetnie pokazuje rzeczywistość późnego PRL-u. Podobnie jak u Barei, tu również mamy do czynienia z cyklem absurdów utrudniających życie ludziom, do których ci jednak są przyzwyczajeni i – z charakterystyczną dla Polaków skutecznością – potrafią z nimi żyć. Wszystko to bawi, a jednocześnie obrazuje, w jakim kraju żyli nasi przodkowie i my sami.

Scenariusz jest dopracowany, choć muszę przyznać, że zakończenie rozczarowuje i pozostawia pewien niedosyt. Dialogi są dobrze napisane: ostre, cięte i pełne charakterystycznych dla epoki zwrotów. Najbardziej rozśmieszają widza sceny z udziałem Dykiel, jednak cała obsada gra bardzo dobrze.

„Wyjście awaryjne” po ponad czterdziestu latach od premiery nadal bawi i uczy. To film, który przetrwał próbę czasu. Dla współczesnego widza jest cennym dokumentem epoki, a jednocześnie komedią, która daje półtorej godziny dobrej zabawy. Mimo małej rozpoznawalności to kawał dobrego polskiego kina komediowego.

Ocena: 7,5/10


comments powered by Disqus