„Władcy wszechświata” (2026) - recenzja
Dodane: 09-06-2026 21:30 ()
Pamiętacie może slogan z okazji premiery filmu „Star Trek” (2009) J.J. Abramsa?
„To nie jest Star Trek naszych ojców”.
Teraz mamy do czynienia z czymś analogicznym i śmiało można powiedzieć:
„To nie jest He-Man naszych ojców”.
Albo inaczej – to nie do końca jest He-Man, jakiego pamiętamy z dzieciństwa.
Czy to rozczarowuje? Czy to źle, czy przeciwnie – dobrze, bo przykład wspomnianego „Star Treka” czy „Gwiezdnych wojen” pokazuje, że franczyza, żeby żyć, musi rozwijać się i ewoluować? Na to pytanie wcale niełatwo jest odpowiedzieć. Istnieje co najmniej tylu zwolenników, co przeciwników uwspółcześnionych kontynuacji. Patrząc na to, co studio Disney zrobiło z „Gwiezdnymi wojnami”, można mieć spore wątpliwości. „Star Trek”, przynajmniej kinowy, wypadł nieco lepiej, choć nowe seriale prezentują często wręcz żałosny poziom i skutecznie psują markę. Popełniają kardynalny grzech – skutecznie zrażają starych fanów, a nowych nie przyciągają.
Czy teraz „Władcy wszechświata” pogrzebią He-Mana, tak jak już próbowały to zrobić dwa kompletnie nieudane seriale Netflixa, z których jeden przedstawiał alternatywną Eternię w topornej animacji komputerowej, a drugi znęcał się niemiłosiernie nad postacią i historią She-Ry? Netflix w ogóle oddał franczyzie niedźwiedzią przysługę, bo o ile kreskówka „Władcy wszechświata: Objawienie” trzymała jakoś klimat serii, to potem było już tylko gorzej. Kinowa wersja miała naprawić te szkody, ale czy to zrobiła?
Ośmioletni książę Adam z Eternii ma ciężkie życie. Surowy ojciec, typowy przemocowiec, wymaga od niego, by stał się, jak on sam, twardym wojownikiem, i daje mu wciąż do zrozumienia, że syn jest jego porażką. Matka również nie staje po jego stronie, a rówieśnicy go dręczą. Niespodziewany atak sił demonicznego Skeletora zmienia wszystko. Książę zostaje teleportowany w magiczny sposób na Ziemię razem z Mieczem Mocy, który ma mu umożliwić powrót do domu. Niestety cudowna broń ginie i chłopiec jest zmuszony dorastać na całkowicie obcej planecie, wśród ludzi, którzy mają go za dziwaka i mitomana. Jego obsesja na punkcie utraconego miecza powoduje, że ma również kłopoty w pracy, której i tak nienawidzi. Nie ustaje w poszukiwaniach i któregoś dnia wpada na ślad magicznego artefaktu. Próba aktywacji mocy kończy się jednak ściągnięciem mu na kark Bestii i potwornym zamieszaniem, z którego ratuje go Teela, przyjaciółka z dzieciństwa. Uradowany perspektywą powrotu do domu książę przekonuje się wkrótce, że trafił w sam środek piekła, do czego zupełnie nie jest przygotowany. Musi jak najszybciej stać się tym, czego od niego zawsze wymagał ojciec – wojownikiem – i to nie byle jakim. Tyle tylko, że zupełnie tego nie potrafi...
Film „Władcy wszechświata” można określić jako dość przyjemny akcyjniak, najlepiej dla kogoś, kto nie oglądał ani kreskówki z lat osiemdziesiątych, ani ekranizacji z Dolphem Lundgrenem, a w każdym razie nie jest z nimi uczuciowo związany. Mamy pełno bitew przy użyciu różnorakiej broni, dużo strzelaniny i wybuchów, sporo humoru, niestety nie najlepszej próby, przyzwoite efekty specjalne – film z 1987 roku, z powodu rozpaczliwie ciasnego budżetu, nie mógł się nimi pochwalić – i kostiumy niemal dokładnie skopiowane z serialu rysunkowego. To samo dotyczy charakteryzacji. Twórcy nawet nieco przefajnowali w tej kwestii. Coś, co w kreskówce wygląda efektownie i nawet naturalnie, w filmie aktorskim razi sztucznością i niepraktycznością. Uzyskanie niezbędnego balansu jest bardzo trudne i mam wrażenie, że twórcom „Władców wszechświata” nie do końca się to udało. Jest to jednak moja subiektywna i być może niezbyt sprawiedliwa ocena.
Sprawą niezaprzeczalną pozostaje jednak całkowicie beznadziejny scenariusz, sprawiający wrażenie ciągu posklejanych ze sobą scen, pisanych na kolanie przez różne, całkowicie niewspółpracujące ze sobą osoby i na końcu byle jak złożonych w całość. Dialogi są często pompatyczne, drewniane i zwyczajnie bezsensowne. Logika również kuleje (co by się stało, gdyby ośmiolatek nie zgubił miecza, wrócił z jego pomocą na Eternię i wpadł na Skeletora? Jakie miałby szanse? Czemu dorosły Adam upiera się, by wciąż opowiadać wszystkim, kim jest i skąd jest, choć przecież widzi, że Ziemianie traktują go przez to jak chorego psychicznie? Widząc potwornych wojowników, uzbrojonych po zęby i agresywnych, chce... porozmawiać. Serio? I tak dalej). Ale to akurat najmniej ważne w tego typu produkcji.
Osobna kwestia to bohaterowie. Nicholas Galitzine jako Adam/He-Man nie jest zły. Może trochę za mało jest zaakcentowana fizyczna różnica między jedną postacią a drugą, ale nie jest to potrzebne, skoro w tej wersji wszyscy praktycznie od samego początku wiedzą, kto jest kim. Warsztatowo na pewno mamy do czynienia z lepszym aktorem niż Dolph Lundgren, znany z poprzedniej kinowej wersji, ale – jakby dla równowagi – Nicholasowi zdecydowanie brakuje charyzmy Lundgrena. Jego interpretacja jest oczywiście wymuszona przez scenariusz i nie jest winą Galitzine’a, że jego książę Adam jest skończoną fujarą. Przypomnijmy, że w kreskówce książę tylko udawał fajtłapę i lekkoducha, a w pierwszej kinowej wersji w ogóle go nie było, więc problem nie zaistniał. Sympatyczny książę w nowym filmie nic nie udaje, po prostu jest irytującym niedojdą i wręcz idiotą, pozbawionym nawet podstawowego sprytu życiowego. Powtarzam jednak, że nie jest to wina aktora, który zapewne zrobił, co tylko mógł.
Jeśli chodzi o jego ikonicznego wroga, Skeletora, to mamy tu dwie sprawy – warsztat i charakteryzację. I w jednym, i w drugim Frank Langella bije Jareda Leto na głowę. Jego Skeletor z 1987 roku był naprawdę groźnym antagonistą o pogłębionym portrecie psychologicznym, doskonale odegranym tak, by przerażał i fascynował jednocześnie. Jared Leto, co jest po części winą zbyt dosłownej charakteryzacji, wypada przy nim groteskowo i płasko. Nie jest ani groźny, ani zabawny, tylko nieprawdziwy. Strrrrraszliwy złol, który wścieka się jak rozpuszczony bachor i co chwilę wybucha demonicznym śmiechem, to postać wystarczająco papierowa, by nie brać jej na poważnie.
Trzecim aktorem, nad którym warto się zatrzymać, jest Idris Elba jako Duncan, czyli Man-at-Arms. W wielu fanach dawnej animacji ta kandydatura budziła największe wątpliwości, gdyż w kreskówce była to postać bez wątpienia rasy kaukaskiej. Myślę jednak, że po obejrzeniu filmu zmienią zdanie. Idris Elba to świetny aktor i moim zdaniem wywiązał się ze swego zadania bez zarzutu. Zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że to właśnie on trzyma cały film w kupie.
I żeby skończyć porównania – dwie postacie kobiece. Camila Mendes jako Teela robi naprawdę dobrą robotę i jest dużo lepsza niż jej poprzedniczka w tej roli, Chelsea Field. Jej energia i urok osobisty to niezaprzeczalny plus filmu, choć niestety chemii między nią a Galitzinem nie ma za grosz. Natomiast Alison Brie w roli Evil-Lyn jest, w porównaniu z ostrą jak brzytwa Meg Foster (1987), mdła i nijaka, równie bezwymiarowa co Skeletor Jareda Leto. Meg Foster zdawała się niewypowiedzianie groźna nawet wtedy, gdy nic nie robiła. Alison Brie, nawet w środku akcji, wygląda jak wycięta z gazety, a to, że kopiuje niemal jeden do jednego zachowanie Evil-Lyn z serialu rysunkowego, wcale nie pomaga.
Trzeba przyznać, że scenografowie, specjaliści od CGI i efektów specjalnych, kostiumolodzy i montażyści odrobili lekcję na medal. Ich praca jest godna podziwu, podobnie jak ludzi odpowiedzialnych za oprawę muzyczną, chwilami mgliście przypominającą soundtrack do „Flasha Gordona”, stworzony przez zespół Queen. Tymi, którzy zdecydowanie zawiedli, są scenarzyści, do końca nie całkiem pewni, jaki i dla kogo chcą zrobić film. Praca reżysera też nie wypada dobrze, biorąc pod uwagę to, jak pokierował aktorami i czego nie udało mu się z nich wykrzesać.
Czy zatem „Władcy wszechświata” to zły obraz i szkoda na niego czasu? Może nie ferujmy tak ostrych wyroków. Ma kilka jasnych punktów, parę bardzo miłych mrugnięć pod adresem starych fanów, a także szczyci się galerią postaci, które dzisiejsi ojcowie i dziadkowie pamiętają, a które młodym widzom nic nie powiedzą (swoją drogą, dlaczego zmieniono „płeć” Roboto, czemu to miało służyć, bogowie Eternii tylko raczą wiedzieć). Z czasem ten film pewnie stanie się kultowy, podobnie jak jego poprzednik. Zwłaszcza że w tym przypadku na sequel też raczej nie ma co liczyć – box office jest nieubłagany.
Ocena: 7/10
Tytuł: Władcy wszechświata
Reżyseria: Travis Knight
Scenariusz: Chris Butler, Adam Nee. Aaron Nee, Dave Callaham
Obsada:
- Nicholas Galitzine
- Camila Mendes
- Idris Elba
- Alison Brie
- Jared Leto
- Morena Baccarin
- Dolph Lundgren
- Jóhannes Haukur Jóhannesson
- Sam C. Wilson
- Charlotte Riley
- James Purefoy
Muzyka: Daniel Pemberton
Zdjęcia: Fabian Wagner
Montaż: Paul Rubell
Scenografia: Dominic Capon
Kostiumy: Richard Sale
Czas trwania: 142 minuty
comments powered by Disqus

























