„Supergirl” - recenzja

Autor: Michał Chudoliński Redaktor: Redakcja

Dodane: 26-06-2026 19:30 ()


Nowe DC obiecywało, że każdy film będzie miał własny ton, gatunek i temperament. Supergirl miała więc być czymś innym niż pogodny mit Supermana: kosmicznym westernem o dziewczynie po katastrofie, która nie tyle wierzy w nadzieję, ile musi ją sobie brutalnie wywalczyć. W tej koncepcji jest siła, a Milly Alcock rozumie jej nerw. Problem w tym, że film zbyt często brzmi jak echo cudzych pomysłów: trochę Strażników Galaktyki, trochę Prawdziwego męstwa, trochę kina zemsty, trochę franczyzowej zapowiedzi kolejnych atrakcji. Z tej mieszanki nie rodzi się osobowość, tylko zmęczenie.

Nowa Supergirl miała być dla DC czymś w rodzaju odtrutki na zmęczenie klasyczną formułą superbohaterską: kosmiczną balladą o gniewie, traumie i dziewczynie, która nie chce być jedynie jaśniejszą wersją Supermana. Kara Zor-El nie jest przecież prostym odbiciem Clarka Kenta. On został wychowany wśród ludzi, w domu, który nauczył go wiary w dobro. Ona nosi w sobie pamięć utraconego Kryptonu, dzieciństwa po katastrofie, świata, który nie tyle zniknął, ile pozostał w niej jak rana. W tej różnicy krył się materiał na opowieść mocniejszą, bardziej szorstką i mniej pocieszycielską niż kolejny film o ratowaniu planety. Problem polega na tym, że Supergirl Craiga Gillespiego bardzo chce być filmem „innym”, ale ta inność nie układa się w pełnoprawny ton. Bardziej przypomina zestaw póz: trochę kosmicznego westernu, trochę kina zemsty, trochę depresyjnej ballady, trochę punkowej nonszalancji i trochę obowiązkowego blockbusterowego hałasu.

Milly Alcock jest najlepszym argumentem filmu. Jej Kara ma w sobie coś interesująco niegotowego: zadziorność, zmęczenie, autoironię i emocjonalną szorstkość. To nie jest bohaterka, która nie chce być dobra. Raczej ktoś, kto nie ufa prostemu językowi dobra, bo zbyt dobrze wie, ile może kosztować każda opowieść o nadziei. Alcock gra Supergirl jak osobę, która słyszała już wszystkie wielkie słowa, ale nie ma cierpliwości do ludzi wypowiadających je bez konsekwencji. W najlepszych momentach widać w niej kogoś po końcu świata: dziewczynę, która wciąż lata, ale nie jest pewna, czy lot cokolwiek ocala. Tyle że film nie zawsze potrafi za nią podążyć. Aktorka sugeruje więcej, niż scenariusz potrafi unieść. Tam, gdzie potrzebna byłaby cisza, dostajemy skrót. Tam, gdzie trauma powinna pracować w rytmie scen, zostaje nazwana i przesunięta na dalszy plan.

Największym problemem Supergirl nie jest to, że film jest smutny. Problem polega na tym, że smutek staje się tu filtrem nałożonym na obraz, a nie zasadą organizującą opowieść. Depresyjna tonacja ma sens: Kara może być bardziej gorzka niż Superman, mniej pogodzona ze światem i mniej gotowa do heroicznej deklaracji. Ale depresyjność w kinie wymaga precyzji. Trzeba pokazać rytm wycofania, problem z bliskością, drażliwość, pustkę po utraconej wspólnocie i nieufność wobec przyszłości. Tymczasem film często poprzestaje na sygnalizowaniu bólu. Mówi: Kara cierpi. Rzadziej pokazuje, jak to cierpienie deformuje jej spojrzenie, decyzje, relację z Ruthye i własnym mitem.

Podobny kłopot dotyczy akcji. W teorii sekwencje walk powinny ujawniać charakter bohaterki. Batman walczy inaczej niż Superman, Wolverine inaczej niż Spider-Man, a Supergirl powinna walczyć jak ktoś, kto nie umie jeszcze odróżnić sprawiedliwości od odwetu. W praktyce akcja bywa tu widowiskowa w założeniu, ale pozbawiona dramaturgicznej geografii i emocjonalnej ceny. Zbyt często coś wybucha, zanim zdążymy poczuć, dlaczego miałoby nas to obchodzić. Film rozpada się na kolejne etapy podróży, lecz nie buduje z nich moralnej próby. Zemsta pozostaje pretekstem, a nie mechanizmem tragicznym.

A przecież relacja Kary i Ruthye mogła być sercem opowieści. Dziewczynka domagająca się sprawiedliwości i poraniona superbohaterka, która rozpoznaje w cudzym gniewie własny gniew, to materiał niemal samogrający. Supergirl mogła zapytać, kiedy heroizm staje się elegancko opakowaną przemocą, czym różni się sprawiedliwość od odwetu i czy Kara naprawdę ocala Ruthye, czy tylko używa jej jako lustra własnej traumy. Film wybiera jednak prostszą ścieżkę. Intryga jest funkcjonalna, lecz byle jaka; prowadzi od punktu do punktu, zamiast zaciskać się wokół bohaterki.

Nie pomaga antagonista. Krem powinien być figurą świata, który po katastrofie nie zna niewinności: kimś, kto zmusza Karę do konfrontacji z własnym mrokiem. Zostaje jednak raczej zadaniem do wykonania na końcu fabularnej listy. Matthias Schoenaerts ma ekranową fizyczność, ale jego postać nie nabiera ani mitologicznego ciężaru, ani magnetyzmu. Nie zatruwa wyobraźni po seansie. Nie jest problemem, tylko przeszkodą.

Jason Momoa jako Lobo miał być dziką kartą: kosmicznym barbarzyńcą, parodią macho, żywym reliktem komiksowej przesady lat 90. Charyzmy mu nie brakuje, ale jego Lobo zbyt często wygląda jak Aquaman, któremu zmieniono garderobę i dano motocykl. Szeroki gest, rockandrollowy luz i półironiczne macho — wszystko to znamy już z poprzedniego wcielenia Momoi w kinie DC. Lobo mógłby być krzywym zwierciadłem przemocy, kimś, kto robi bez skrupułów to, czego Kara boi się w sobie. Pozostaje jednak przede wszystkim atrakcją castingową.

Supergirl jest więc ciekawa głównie jako symptom. Pokazuje, gdzie znajduje się dziś kino superbohaterskie: po wielkim zmęczeniu formułą, po kryzysie uniwersów, po obietnicy, że każdy nowy film będzie miał własny gatunek, własną barwę i własną ranę. Tu ambicja jest widoczna, ale syntezy brakuje. To nie jest katastrofa, którą można z pasją rozbierać na części. To coś bardziej frustrującego: film, który przez chwilę wygląda, jakby mógł być ważny, po czym osuwa się w nijakość.

Najsmutniejsze w tej Supergirl nie jest to, że opowiada o bohaterce pogrążonej w mroku. Najsmutniejsze jest to, że nawet ten mrok wydaje się zaprojektowany bez wiary, że może nas dokądkolwiek zaprowadzić.

 

Tytuł: Supergirl

Reżyseria: Craig Gillespie

Scenariusz: Ana Nogueira

Obsada:

  • Milly Alcock
  • Eve Ridley
  • Matthias Schoenaerts
  • Jason Momoa
  • David Corenswet
  • David Krumholtz
  • Emily Beecham
  • Ferdinand Kingsley
  • Diarmaid Murtagh

Muzyka: Claudia Sarne

Zdjęcia: Rob Hardy

Montaż: Tatiana S. Riegel, Fred Raskin

Scenografia: Neil Lamont

Kostiumy: Anna B. Sheppard, Michael Mooney

Czas trwania: 107 minut


comments powered by Disqus