„Robin Hood: Koniec legendy” - recenzja
Dodane: 18-06-2026 21:05 ()
Są filmy, które budzą w człowieku jedną główną wątpliwość, a raczej pytanie: po co w ogóle powstały? W jakim celu, jeśli nie liczyć osobistych ambicji reżysera? I naprawdę czasem trudno znaleźć na to odpowiedź. Takim właśnie filmem jest „Robin Hood. Koniec legendy”. Przez cały seans zadawałam sobie to pytanie i nie znalazłam odpowiedzi. W swoim życiu obejrzałam dziesiątki, jeśli nie setki filmów i seriali czerpiących z legend o szlachetnym banicie z Sherwood. Przeczytałam również każdą dostępną książkę na jego temat. Trzeba przyznać, że jest to motyw wyjątkowo chwytliwy i wykorzystywany niemal od początków kina na wiele różnych sposobów. Najczęściej powstawały dynamiczne filmy przygodowe, ale zdarzały się także dzieła bardziej filozoficzne, filmy fantasy czy komedie. Nie brakowało również kreskówek i programów telewizyjnych dla dzieci, wśród których warto wspomnieć ciekawy eksperyment pt. „Marion i jej wesoła kompania”, brytyjski serial komediowy dla młodych widzów. Oczywiście można też pójść w przeciwnym kierunku i uczynić z tej historii dramat. Była już taka próba. „Robin i Marian” z Seanem Connerym i Audrey Hepburn poruszał tematy trudne i – niestety – bardziej zgodne z duchem epoki niż wesołe legendy. A przecież średniowiecze było czasem niezwykle brutalnym. Czy jednak naprawdę ktokolwiek potrzebuje Robin Hooda, który jest po prostu bandytą i niczym więcej?
Młoda dziewczyna podąża tropem starego człowieka. Wydaje się niegroźną, zagłodzoną sierotą, dla której postać legendarnego banity jest czymś na kształt opoki i ulgi w codziennej nędzy. Okazuje się jednak kimś zupełnie innym. Jej spotkanie z bohaterem ballad i opowieści kończy się tragicznie. Robin Hood, posępny stary mężczyzna, dawno zostawił za sobą lata opiewane przez bardów. Co więcej, jak sam twierdzi, nic z powszechnie znanych wydarzeń nie miało miejsca w rzeczywistości. On i jego ludzie byli po prostu bandą rabusiów i morderców, którym wiek oraz płeć ofiar nie robiły żadnej różnicy. Obdarty starzec, w jakiego zmienił się legendarny łucznik, nie ma zamiaru niczego żałować ani szukać odkupienia. Nie ma już żadnych planów ani pragnień, po prostu włóczy się po okolicy, która niegdyś przed nim drżała. Tam odnajduje go dawny kompan i prosi o pomoc w odzyskaniu rodziny oraz kawałka ziemi zdobytej kosztem kolejnego morderstwa w jego krwawej karierze. Sąsiedzi wreszcie rozpoznali w nim dawnego bandytę i zmusili go do ucieczki właśnie wtedy, gdy niemal uwierzył w swoje szczęście. Nic więc dziwnego, że zwraca się do jedynej osoby, którą wciąż uważa za przyjaciela. Robin niechętnie zgadza się jeszcze raz stanąć do walki z ludźmi, którym – jak się okazuje – sam kiedyś odebrał najbliższych. Efektem jest bezpardonowa rzeź. Tym razem jednak stary zbójca nie wychodzi z niej bez szwanku. Ciężko ranny zostaje przewieziony przez Małego Johna i jego córkę do tajemniczego klasztoru, gdzie opiekuje się nim młoda przeorysza Brigid. Nim banita odkryje, jaka makabryczna historia łączy go z tą kobietą, będzie musiał po raz pierwszy w życiu stawić czoła samemu sobie i własnym grzechom.
Pytanie, które zadałam we wstępie, jest jak najbardziej zasadne. Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że nasz bohater nie tyle nigdy nie istniał, ile najprawdopodobniej nie był jedną osobą. Określenie „Robin Hood”, a właściwie „rob in hood”, było skrótowym mianem, którym określano zakapturzonych opryszków napadających na podróżnych na gościńcach. Wiemy o tym ze średniowiecznych brytyjskich kronik sądowych. Zawierają one również podstawowe dane tych podsądnych, których udało się zidentyfikować. Wśród nich znajdują się osoby mogące stanowić pewne źródło inspiracji dla legend. Jednym z przykładów jest Robert Hode, dzierżawca wyjęty spod prawa w 1225 roku. Oskarżano go głównie o kłusownictwo, będące wówczas ciężkim przestępstwem zagrożonym karą śmierci, ale także o inne występki. Obok pojawia się również nazwisko lub przydomek „Little John”, można więc przypuszczać, że ktoś taki rzeczywiście był towarzyszem bądź wspólnikiem banity. W nieco późniejszej kronice Jana z Fordun obaj zostali określeni wprost jako groźni przestępcy i mordercy, których prosty lud uczynił bohaterami legend. Istniał również Roger Godberd, który wprawdzie pasuje do niektórych elementów opowieści – został wydziedziczony za udział w wojnie baronów i wówczas zszedł na drogę przestępstwa – jednak i on był zwykłym rzezimieszkiem. Tak czy inaczej, określenie „Robin Hood” stosowano wobec wielu przestępców i niemal na pewno nie odnosiło się ono do jednej konkretnej osoby. Mianem tym określano nawet Guya Fawkesa i jego wspólników. Trudno więc doszukiwać się tutaj analogii z Janosikiem, który – choć wbrew powszechnemu przekonaniu nie był Polakiem – przynajmniej istniał jako konkretna postać historyczna.
To wszystko jest jednak w gruncie rzeczy bez znaczenia. Postać legendarnego łucznika z Sherwood pełni określoną funkcję w kulturze i ludowej wyobraźni. Szlachetni banici nie pojawiali się przypadkiem – byli ludziom potrzebni, często wręcz rozpaczliwie potrzebni. Odzieranie ich dzisiaj z baśniowej otoczki nie służy niczemu konstruktywnemu. Najnowszy „Robin Hood” dobitnie pokazuje bezsensowność takich zabiegów. Jako samodzielny film mógłby się obronić. Pokazuje średniowiecze takim, jakie prawdopodobnie było: brutalnym, pozbawionym romantycznych ozdobników i dalekim od rycerskich ideałów. Dla widza, który nie jest pasjonatem historycznych realiów, jest to jednak obraz nużący i pozostawiający wyjątkowo nieprzyjemny posmak. Nie osładza tego nawet Hugh Jackman, który – pozbawiony pazurów Wolverine’a – miał okazję zaprezentować pełnię swoich aktorskich możliwości. Kilkoro widzów obecnych ze mną na seansie opuściło salę jeszcze przed połową filmu. Mnie na miejscu trzymał wyłącznie obowiązek recenzenta. Nie chodzi nawet o to, że film jest całkowicie pozbawiony wartości. Przeciwnie, sądzę, że broniłby się znacznie lepiej, gdyby nie odwoływał się do postaci Robin Hooda i jego towarzyszy. Jako opowieść o starym bandycie, który nie tyle żałuje swoich czynów, ile jest zwyczajnie zmęczony życiem i pozbawiony sił do dalszej walki, mógłby wypaść znacznie bardziej przekonująco. Takich ludzi było w średniowieczu wiele, podobnie jak w innych epokach. Po co jednak przyklejać do nich symbol szlachetności, honoru i odwagi? Czemu ma to służyć? Prawdzie historycznej? Przecież mówimy o bohaterze legend. Wiem, że od pewnego czasu modne stało się wywracanie znanych opowieści na drugą stronę i dekonstrukcja kultowych postaci, jednak w tym przypadku nie dostrzegam sensu takiego zabiegu. Mediewiści już dawno wykazali, że Robin Hood jest postacią legendarną w takim samym stopniu jak Jaś i Małgosia. Niech więc taki pozostanie. Nie niszczmy wszystkiego, co w naszej kulturze jest dobre i piękne.
Co dobrego można powiedzieć o filmie Michaela Sarnoskiego? Z pewnością na uwagę zasługuje interesujące wykorzystanie muzyki i ballad stylizowanych na średniowieczne. Również zdjęcia robią duże wrażenie. Surowe, zimne krajobrazy tchną posępnym urokiem i doskonale współgrają z atmosferą opowieści. Nie sposób pominąć także gry Hugh Jackmana, który po raz kolejny udowadnia, że potrafi udźwignąć rolę niezwykle trudną, wymagającą i niemal teatralną w swojej oszczędności środków wyrazu. Poza tym trudno jednak doszukać się w tym filmie większych zalet. Nie jest to – wbrew zapowiedziom – opowieść o odkupieniu, ponieważ żadnego odkupienia tutaj nie ma. Nie jest to również historia o żalu za popełnione grzechy, bo ten Robin Hood niczego nie żałuje. Nie jest to także film o przebaczeniu, ponieważ są czyny, których wybaczyć po prostu nie sposób. Jest natomiast opowieścią o tchórzostwie. Człowiek, który przez całe życie szafował cudzą śmiercią, sam nie potrafi stanąć twarzą w twarz z własnym końcem. Nie chcąc zdradzać szczegółów zakończenia, powiem jedynie, że do samego końca pozostaje egoistą i w gruncie rzeczy, tchórzem. Trzeba jednak przyznać, że zostało to zagrane znakomicie. Dla równowagi główna kobieca postać wypada dość blado i nieprzekonująco. Jej klasztorny azyl przypomina momentami baśniowy Avalon, co na tle niezwykle brutalnego i realistycznie ukazanego średniowiecza razi brakiem wiarygodności. Trudno uwierzyć, że obie te wizje należą do tego samego świata przedstawionego. Osobiście odradzam ten film zarówno fanom Robin Hooda, jak i widzom, którzy nie mają z tą postacią żadnych szczególnych związków. Końcową ocenę zawyżam nieco ze względu na wymienione wcześniej walory oraz osobistą sympatię do Hugh Jackmana. Nie są to jednak atuty, dla których warto kupować bilet do kina.
Ocena: 5/10
Tytuł: Robin Hood: Koniec legendy
Reżyseria: Michael Sarnoski
Scenariusz: Michael Sarnoski
Obsada:
- Hugh Jackman
- Jodie Comer
- Bill Skarsgård
- Murray Bartlett
- Noah Jupe
- Faith Delaney
Muzyka: Jim Ghedi
Zdjęcia: Pat Scola
Montaż: Andrew Mondshein
Scenografia: David Lee
Kostiumy: Lorna Marie Mugan
Czas trwania: 123 minuty
comments powered by Disqus
























