„Władza absolutna” tom 2: „Ruch oporu” - recenzja

Autor: Jacek Szeląg Redaktor: Redakcja

Dodane: 11-05-2026 20:21 ()


Amanda Waller wspierana przez Failsafe’a oraz Brainiac Queen wypowiedziała wojnę wszystkim istotom obdarzonym nadludzkimi zdolnościami. Do akcji wkroczyła Task Force VII, grupa Amazo zdolnych do przejmowania mocy superbohaterów. W efekcie najpotężniejsi obrońcy Ziemi zostali zmuszeni do odwrotu, a świat, który dotąd potrzebował ich pomocy, zaczął patrzeć na nich z lękiem i podejrzliwością. 

W tym tomie otrzymujemy właśnie ten etap wielkiej historii, w którym bohaterowie muszą policzyć straty, zebrać siły i zdecydować, co dalej. Nie jest to więc finałowy szturm, lecz środkowy akt opowieści. A jak wiadomo, środkowe akty eventów komiksowych bywają zdradliwe. Pierwszy tom ma przyciągnąć czytelnika mocnym uderzeniem, ostatni ma zapewnić satysfakcjonujące rozwiązanie. Drugi musi utrzymać napięcie, choć z góry wiadomo, że nie wszystkie karty mogą zostać jeszcze odkryte. Na szczęście „Ruch oporu” w większości wychodzi z tego zadania obronną ręką.

Bohaterowie są w rozsypce. Superman, Batman, Wonder Woman i reszta herosów nie znajdują się już w pozycji tych, którzy dyktują warunki. To Amanda Waller rozdaje karty. Ma przewagę, zaplecze i propagandę, a do tego dysponuje bronią zdolną odebrać superbohaterom ich największe atuty. Właśnie dlatego ten tom czyta się tak dobrze. Nie chodzi wyłącznie o kolejne bijatyki, wybuchy i efektowne kadry. Najciekawsze jest obserwowanie, co zostaje z herosa, kiedy odbierze mu się moc, pewność siebie i społeczne zaufanie.

Mark Waid dobrze rozumie klasycznych bohaterów DC. Wie, że Superman nie jest wielki tylko dlatego, że potrafi latać i podnosić ciężary. Batman nie jest interesujący wyłącznie dlatego, że ma plan na każdą okazję, a Wonder Woman to nie tylko wojowniczka z mieczem i lassem. Każda z tych postaci niesie ze sobą określony zestaw wartości, a „Władza absolutna” sprawdza, czy wartości te są w stanie przetrwać pod naciskiem brutalnej polityki Waller. Można powiedzieć, że scenarzysta wykorzystuje event do zadania prostego pytania: czy bohater pozostaje bohaterem, kiedy nie ma już przewagi?

Amanda Waller wypada tu bardzo dobrze jako główna antagonistka. To nie jest złoczyńca, który chce podbić świat tylko dlatego, że tak wypada w komiksie superbohaterskim. Ona naprawdę uważa, że ma rację. Patrzy na herosów jak na problem, który przez lata wymknął się spod kontroli. W jej rozumowaniu jest coś przerażająco logicznego. Skoro ludzie z mocami mogą w każdej chwili zniszczyć miasto, przenieść konflikt na skalę planetarną albo wymknąć się każdej instytucji, ktoś powinien ich zatrzymać. Problem polega na tym, że Waller, walcząc z potencjalnym zagrożeniem, sama staje się czymś znacznie gorszym. Wprowadza porządek oparty na strachu, przymusie i totalnej kontroli.

Nie wszystkie fragmenty tomu są jednak równie mocne. Trzeba pamiętać, że jest to zbiór kilku zeszytów z różnych serii, a nie jednolita opowieść prowadzona od początku do końca jednym rytmem. Taki układ ma swoje zalety i wady. Z jednej strony czytelnik dostaje szeroki obraz konfliktu. Widzimy, że wojna Waller nie dotyczy tylko jednej drużyny czy jednego miasta, to kryzys obejmujący całe uniwersum DC. Z drugiej strony album bywa przez to poszarpany. Przeskakujemy między bohaterami, seriami i tonami. Jedne epizody są bardziej angażujące, inne sprawiają wrażenie dodatku potrzebnego głównie po to, by domknąć układankę.

Najlepiej wypada oczywiście główna oś pisana przez Marka Waida. To właśnie tam czuć największą stawkę i najbardziej klarowny kierunek. Waid potrafi pisać klasycznych bohaterów bez ironicznego dystansu, a to w dzisiejszych komiksach wcale nie jest takie oczywiste. Jego Superman, Batman czy Wonder Woman mogą przegrywać, mogą wątpić i popełniać błędy, ale nie stają się przez to cynicznymi parodiami samych siebie. Nadal pozostają bohaterami. I właśnie dlatego ich upadek oraz późniejsze próby podniesienia się mają odpowiednią wagę.

Ciekawie wypadają też partie związane z Batmanem. Chip Zdarsky od pewnego czasu konsekwentnie pokazuje Bruce’a Wayne’a jako człowieka zaplątanego we własne systemy zabezpieczeń i obsesje. W kontekście „Władzy absolutnej” brzmi to szczególnie dobrze. Failsafe i cała logika prewencyjnego neutralizowania zagrożeń są przecież bardzo bliskie temu, co sam Batman robił przez lata. Różnica polega na tym, że Waller bierze podobny sposób myślenia i zamienia go w politykę totalnej kontroli. Batman musi więc walczyć nie tylko z zewnętrznym przeciwnikiem, ale też z koszmarną wersją własnych metod.

Warto wspomnieć również o Jonathanie Kencie. Wykorzystanie syna Supermana jako zagrożenia to mocny zabieg, bo uderza w samą ideę dziedzictwa. Jon miał być przecież przyszłością, kontynuacją nadziei i wartości symbolizowanych przez Supermana. Kiedy zostaje zamieniony w narzędzie w rękach przeciwnika, stawka robi się bardziej osobista. Nie chodzi już tylko o odzyskanie mocy — chodzi o ocalenie sensu tego, czym superbohaterowie w ogóle są.

Za rysunki w najważniejszych partiach odpowiada Dan Mora i trzeba przyznać, że jest to jeden z największych atutów tomu. Mora świetnie czuje widowiskowy komiks superbohaterski. Jego plansze są dynamiczne, czytelne i pełne energii. Kiedy trzeba pokazać wielki moment, robi to z rozmachem. Kiedy trzeba zwolnić i skupić się na postaci, również sobie radzi. To rysownik, który potrafi sprawić, że nawet najbardziej zatłoczona scena pozostaje zrozumiała. A przy takim evencie jest to rzecz nie do przecenienia. Mike Hawthorne prezentuje inną kreskę: bardziej szorstką i mniej efektowną od stylu Mory. Nie każdemu musi to odpowiadać, zwłaszcza gdy zestawi się jego plansze z dopracowanymi kadrami głównego rysownika. Jednak w kontekście tego tomu taka zmiana nie przeszkadza aż tak bardzo. Hawthorne dobrze pasuje do bardziej przyziemnych i nerwowych fragmentów historii. Jego rysunki może nie mają tej samej elegancji, ale potrafią oddać chaos i niepokój sytuacji, w której bohaterowie nie kontrolują już pola gry.

Największym problemem albumu pozostaje jego eventowa natura. Czytelnik, który nie śledzi aktualnych wydarzeń w DC, może momentami poczuć się wrzucony w sam środek większej układanki. Postaci jest dużo, wątków również, a nie każdy z nich zostaje rozwinięty w sposób pozwalający funkcjonować mu samodzielnie. To nie jest najlepszy komiks dla osoby, która dopiero chciałaby rozpocząć przygodę z uniwersum DC. Lepiej znać pierwszy tom i mieć przynajmniej ogólne pojęcie o aktualnym statusie najważniejszych bohaterów.

Kontynuacja „Władzy absolutnej” nie jest pozbawiona wad, bywa poszarpana, chwilami przeładowana i mocno zależna od znajomości szerszego kontekstu. Jednocześnie ma wyraźny temat, bardzo dobrego antagonistę, kilka mocnych scen i świetne rysunki Dana Mory. Mark Waid potwierdza, że doskonale rozumie klasycznych bohaterów DC i potrafi prowadzić ich przez naprawdę trudne momenty bez odbierania im tego, co najważniejsze.

 

Tytuł: Władza absolutna tom 2: Ruch oporu

  • Scenariusz: Mark Waid, Tini Howard, Chip Zdarsky
  • Rysunki: Dan Mora, Amancay Nahuelpan, Mike Hawthorne, Claire Roe
  • Data wydania: 22.04.2026 r.
  • Wydawnictwo: Egmont
  • Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
  • Druk: kolorowy
  • Oprawa: twarda
  • Format: 170x260 cm
  • Stron: 312
  • Cena: 129,99 zł

                      Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji


comments powered by Disqus