„Mam na imię Józia” - recenzja

Autor: Jacek Szeląg Redaktor: Redakcja

Dodane: 27-04-2026 21:04 ()


Są komiksy tworzone dla rozrywki i takie, które od pierwszych stron dają poczucie obcowania z czymś znacznie trudniejszym. „Mam na imię Józia” Sławomira Zajączkowskiego i Roberta Konsztata to właśnie taki album. Komiks, który nie próbuje być przyjemny, efektowny czy łatwy w odbiorze. Komiks, który od pierwszych stron daje do zrozumienia, że jego stawką jest pamięć.

Wydany przez Komiks i My album podejmuje temat bolesny i nadal żywy w polskiej świadomości historycznej. Relacje polsko-ukraińskie na Kresach Wschodnich w czasie II wojny światowej ze szczególnym cieniem wydarzeń wołyńskich. Już sam wybór tej tematyki sprawia, że twórcy wchodzą na teren wyjątkowo wymagający. Nietrudno tu o uproszczenia, publicystyczną dosłowność czy moralizatorstwo. „Mam na imię Józia” nie wybiera jednak najłatwiejszej drogi. To nie jest komiks napisany po to, by kilkoma mocnymi scenami potwierdzić znane emocje. To raczej próba pokazania świata, który jeszcze przed chwilą wydawał się zwyczajny, a następnie krok po kroku zostaje niszczony przez strach, nienawiść i przemoc.

Sławomir Zajączkowski od lat kojarzony jest z komiksem historycznym i w „Mam na imię Józia” wyraźnie widać jego doświadczenie. Historia nie jest tu dekoracją ani tłem dla fabuły. To siła, która bezpośrednio wpływa na życie bohaterów, zmienia relacje, język i poczucie bezpieczeństwa. Wojna nie istnieje obok bohaterów, lecz stopniowo wdziera się w ich codzienność, aż w końcu niszczy samą możliwość normalnego życia.

Początkowe partie albumu są szczególnie ważne, bo pokazują świat jeszcze nie do końca rozbity. Mamy wspólnotę, rodzinę, wieś, sąsiedztwo i codzienne rytuały. Nie jest to rzeczywistość idealna, ale rozpoznawalna. I właśnie dlatego późniejszy rozpad tej wspólnoty boli bardziej. Gdyby od pierwszych stron wszyscy byli jedynie figurami konfliktu, album szybko zamieniłby się w ilustrację tezy. Tymczasem scenarzysta pokazuje, że tragedia wyrasta z konkretnego świata i relacji między ludźmi.

Jedną z największych zalet komiksu jest sposób budowania napięcia. Twórcy nie potrzebują tanich chwytów ani ciągłego epatowania przemocą. Album działa najmocniej wtedy, gdy pokazuje powolne narastanie zagrożenia. Coś zmienia się w spojrzeniach, rozmowach i codziennych gestach. Znane miejsca przestają być bezpieczne, a sąsiad zaczyna stawać się kimś obcym i potencjalnie groźnym.

Bardzo dobrze wypada również warstwa graficzna Roberta Konsztata. Czarno-białe ilustracje nadają albumowi surowy, niemal dokumentalny charakter. Rysunki nie są tylko dodatkiem do tekstu, budują atmosferę, napięcie i emocje. Szczególnie dobrze działają sceny niedopowiedzeń, ciszy i pustki między kadrami. Rysunki nie są jedynie ilustracją scenariusza. Budują napięcie, prowadzą emocje i zmieniają atmosferę wraz z rozwojem fabuły. Kiedy historia pokazuje codzienność, kreska jest spokojniejsza i bardziej zakorzeniona w realiach miejsca. Kiedy narasta groza, plansze stają się cięższe i bardziej duszne.

Zaletą albumu jest również to, że nie epatuje cierpieniem dla samego efektu. Twórcy unikają zamieniania tragedii w makabryczne widowisko. Groza wydarzeń wybrzmiewa mocno właśnie dlatego, że komiks często operuje niedopowiedzeniem. Czasem bardziej przeraża świadomość tego, co dzieje się poza kadrem niż dosłowny obraz przemocy. Właśnie ta powściągliwość sprawia, że album zostaje w pamięci. Nie próbuje za wszelką cenę szokować odbiorcy. Zamiast tego pokazuje rozpad codzienności, świata domów, rodzin i sąsiedztwa. Wojna nie spada na bohaterów jak nagły fabularny zwrot, ale wyrasta z ich rzeczywistości. „Mam na imię Józia” mocno wybrzmiewa również jako opowieść o pamięci. Nie próbuje łagodzić tragedii ani udawać, że nie było sprawców. Jednocześnie unika publicystycznej agresji i prostych oskarżeń. Jest w tym komiksie przede wszystkim smutek, żal i potrzeba nazwania rzeczy po imieniu. Nie jest to jednak komiks idealny. Momentami chciałoby się lepiej poznać część bohaterów drugoplanowych i mocniej pogłębić ich motywacje. Nie zmienia to jednak faktu, że emocjonalny rdzeń historii pozostaje bardzo wyraźny.

„Mam na imię Józia” to wymagająca lektura, momentami bolesna, ale zdecydowanie warta uwagi. Nie daje czytelnikowi komfortu i właśnie dlatego działa tak mocno.

 

Tytuł: Mam na imię Józia

  • Scenariusz: Sławomir Zajączkowski
  • Rysunki: Robert Konsztad
  • Wydawnictwo: Komiksy i My
  • Data wydania: 30.09.2024 r. 
  • Druk: czarno biały
  • Oprawa: twarda
  • Format: 165x235 mm
  • Stron: 114
  • Cena: 60 zł

                  Dziękujemy wydawnictwu Komiksy i MY za udostępnienie komiksu do recenzji.

 


comments powered by Disqus