„Amazing Spider-Man” tom 4: „Mroczna sieć” - recenzja
Dodane: 18-04-2026 21:39 ()
Jest coś przewrotnie trafnego w tym, że historia zatytułowana „Mroczna sieć” sprawia wrażenie opowieści lepkiej, splątanej i celowo niewygodnej. Czwarty tom runu Zeb’a Wellsa nie próbuje być ani klasyczną historią o Spider-Manie, ani czystym widowiskiem eventowym. To raczej punkt kolizyjny. Z jednej strony Peter Parker znów zostaje wrzucony w sam środek chaosu przerastającego zwykłą superbohaterską codzienność. Z drugiej strony, komiks wyraźnie pokazuje, że największe zagrożenia nie zawsze przychodzą z zewnątrz. Czasem rodzą się z urazy, niedopowiedzianego bólu i tożsamości, która zaczyna pękać od środka.
I właśnie wtedy album okazuje się ciekawszy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Bo choć na poziomie fabularnym mamy tu demoniczną inwazję, Limbo wdzierające się do Nowego Jorku, opętane przedmioty i kolejną odsłonę marvelowskiego szaleństwa na sterydach, prawdziwe napięcie nie bierze się z samego widowiska. Rodzi się z emocjonalnego osadu. Z rzeczy wiszących nad bohaterami od dawna. Z poczucia, że Peter Parker nie tyle walczy z kolejnym zagrożeniem, ile po raz kolejny brodzi w konsekwencjach cudzych ran i własnych zaniedbań.
Punkt wyjścia jest mocny. Ben Reilly funkcjonuje dziś jako Chasm, postać zbudowana z gniewu, utraty i poczucia wywłaszczenia z własnego życia. U jego boku stoi Madelyne Pryor, Królowa Goblinów, i razem uruchamiają wydarzenia zamieniające Nowy Jork w demoniczny teatr uraz. Limbo nie niszczy miasta w klasyczny, apokaliptyczny sposób. Ono raczej je zatruwa. Sprawia, że codzienność staje się złośliwa, znajoma przestrzeń zaczyna odbijać emocjonalną deformację bohaterów, a zwyczajne przedmioty nabierają niepokojącej, agresywnej symboliki.
Najbardziej obiecującym elementem tomu jest bez wątpienia Ben Reilly. I trudno się temu dziwić. Ben od lat był w mitologii Spider-Mana figurą szczególną, nie tylko sobowtórem czy alternatywną wersją Petera, ale również ucieleśnieniem pytania, które w tych historiach stale powraca: kim jesteśmy, jeśli odebrać nam pamięć, ciągłość i pewność własnego „ja”? Ben jako postać tragiczna ma ogromny potencjał. Ben jako ktoś wymazany, wypchnięty na margines i zredukowany do roli błędu systemu jeszcze większy. W teorii „Mroczna sieć” powinna więc być jego wielkim, bolesnym krzykiem. W praktyce wypada to bardziej nierówno.
Wells dobrze rozumie, że źródłem konfliktu nie musi być sama przemoc. Znacznie ciekawsze jest to, co dzieje się wtedy, gdy ból zaczyna gnić i zamienia się w pretensję. Problem w tym, że scenariusz zbyt często zatrzymuje się na poziomie deklaracji. Ben cierpi — to wiemy. Ben ma powody, by nienawidzić świata i czuć się oszukanym, to również jest jasne. Tyle że komiks rzadko pozwala temu wybrzmieć naprawdę. Zamiast tragedii dostajemy momentami serię prostych komunikatów o złości i zdradzie, po których fabuła pędzi dalej. Emocjonalny rdzeń tej historii istnieje, ale nie zawsze ma dość przestrzeni, by zacząć naprawdę pulsować.
Nie znaczy to jednak, że ten tom jest pusty. Wręcz przeciwnie. Wells całkiem sprawnie pisze Petera Parkera jako człowieka skrajnie zmęczonego własnym życiem. To zresztą jeden z najbardziej charakterystycznych rysów jego runu. Ten Spider-Man nie jest figurą lekkości ani pogodnego hartu ducha. Nie przypomina bohatera, który panuje nad chaosem, nawet jeśli czasem narzeka. To człowiek przeciążony fizycznie, emocjonalnie i moralnie. Ktoś, kto nieustannie znajduje się o krok od kompletnego wypalenia, a mimo to nie przestaje działać, bo alternatywa byłaby jeszcze gorsza.
Na szczęście komiks ma jeszcze jeden silny atut: Johna Romitę Jr. I choć to nazwisko od lat budzi skrajne reakcje, trudno odmówić jego pracom charakteru. Romita nie rysuje Spider-Mana w sposób gładki, lekki ani elegancki. Jego kreska jest twarda, kanciasta, momentami brutalnie uproszczona. Sylwetki mają ciężar, twarze bywają szorstkie, a ruch nie zawsze zachowuje pełną płynność. I właśnie tutaj ten styl działa zaskakująco dobrze. Romita daje temu tomowi fizyczność. Jego Nowy Jork nie jest baśniowo spaczoną krainą grozy, lecz miastem napadniętym, zabrudzonym i pozbawionym komfortu. Demony nie są tu eteryczne. Są nachalne. Przedzierają się przez kadry tak samo, jak przez codzienność bohaterów. I to naprawdę działa.
Oczywiście nie wszystko działa równie dobrze. Tam, gdzie opowieść potrzebowałaby większej emocjonalnej miękkości i psychologicznej delikatności, jego styl bywa zbyt twardy. Madelyne Pryor świetnie wypada jako figura wściekłości i gotyckiego przepychu, ale bardziej kruche rejestry emocji nie zawsze wybrzmiewają równie mocno. Ben Reilly również momentami bardziej przypomina symbol gniewu niż postać z wnętrzem, które naprawdę pęka. To jednak problem nie tylko rysunków, ale całego tomu.
Największa słabość tej historii leży chyba właśnie w konstrukcji eventu. Bo choć pojedyncze sceny potrafią działać, a atmosfera ma w sobie lepki urok czegoś celowo nieprzyjemnego, całość rozwija się bardziej w zrywach niż w ramach pełnego, dobrze poprowadzonego łuku narracyjnego. Kolejne fragmenty nie tyle pogłębiają konflikt, ile dokładają następne elementy chaosu. Spider-Man mierzy się z jedną komplikacją, potem z drugą, potem z trzecią, podczas gdy sedno konfliktu rozprasza się przez wymogi crossoveru.
Wells wydaje się bardzo zainteresowany jednym tematem: tym, że życie Spider-Mana zostawia po sobie emocjonalne gruzy w innych ludziach. Peter nie porusza się przez świat samotnie, ale nieustannie generuje wokół siebie wersje życia, które się rozszczepiły, odpadły albo zostały skażone. Ben Reilly jest najdobitniejszym przykładem takiego rozszczepienia. To nie tylko przeciwnik. To niemal odrzucona odnoga tej samej tożsamości. Uboczny skutek mitu Spider-Mana. Dowód na to, że w tym uniwersum nawet własne odbicie może wrócić jako oskarżenie. I to jest naprawdę mocny materiał. Szkoda tylko, że komiks tak rzadko pozwala mu wybrzmieć w pełni. To zresztą dobrze pokazuje szerszy problem runu Wellsa. To seria mocno zainteresowana bólem, ale znacznie mniej zainteresowana przemianą. Bohaterowie cierpią, miotają się i tkwią w emocjonalnym zawieszeniu, a każde nowe wydarzenie raczej przetwarza stare rany w świeży konflikt, niż naprawdę coś domyka. W krótkiej perspektywie potrafi to być angażujące. W dłuższej bywa męczące. „Mroczna sieć” jest pod tym względem tomem bardzo reprezentatywnym: gęstym od frustracji, napięcia i pretensji, ale niekoniecznie dającym poczucie pełnego katharsis.
„Amazing Spider-Man: Mroczna sieć” nie jest tomem spełnionym. To nie jest ani wielka tragedia o Benie Reillym, ani definitywna opowieść o Peterze Parkerze, ani bezbłędnie skonstruowany event. Ale jest to album, który coś po sobie zostawia. Nie zachwyt, nie ulgę i nie czystą satysfakcję. Raczej ciężar oraz poczucie, że pod warstwą crossoverowego hałasu kryje się historia ciekawsza, niż finalnie udało się ją opowiedzieć.
Tytuł: Amazing Spider-Man tom 4: Mroczna sieć
- Scenariusz: Zeb Wells
- Szkic: John Romita Jr., Ed McGuinness, Adam Kubert
- Tusz: Scott Hanna
- Kolory: Marcio Menyz, John Romita Jr., Scott Hanna
- Tłumaczenie z języka angielskiego: Bartosz Czartoryski
- Wydawca wersji oryginalnej: Marvel Comics
- Wydawca wersji polskiej: Story House Egmont
- Data publikacji wersji polskiej: 11.03.2026 r.
- Oprawa: miękka ze „skrzydełkami”
- Format: 167 x 255 mm
- Druk: kolor
- Papier: kredowy
- Liczba stron: 168
- Cena: 69,99 zł
Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji.
comments powered by Disqus
























