„Niepisane” tom 1 - recenzja

Autor: Paweł Ciołkiewicz Redaktor: Redakcja

Dodane: 19-12-2025 22:54 ()


„Niepisane” to opowieść o opowieściach. Mike Carey, trochę jak Alan Moore czy Neil Gaiman, oddaje hołd narracji jako najważniejszej praktyce w dziejach ludzkości. To bowiem dzięki opowieściom, najpierw przekazywanym z ust do ust, następnie zaś utrwalanych na pergaminie, papirusie, papierze czy nośnikach elektronicznych, kształtuje się tożsamość wspólnot i społeczeństw. To opowieści gwarantują ciągłość tradycji oraz zapewniają ludziom rozmaite emocje. Tak było, tak jest i zapewne tak już będzie. Charakter opowieści oczywiście się zmienia, ale na przestrzeni tysiącleci pojawiają się w nich pewne uniwersalne elementy. W nurcie naukowym analizował te elementy Joseph Campbell, zwracając uwagę na rolę powtarzających się struktur narracyjnych, archetypów oraz uniwersalnej figury herosa, który ma do wykonania ważne dla wspólnoty zadanie. Natomiast od strony praktycznej, czysto literackiej idee te ożywiał na kartach swych powieści Michael Moorcock, opisując tułaczkę Wiecznego Wojownika. Nic zatem dziwnego, że od czasu do czasu, szczególnie wyczuleni na ten fenomen twórcy, w centrum zainteresowania stawiają właśnie samą opowieść bądź jej uniwersalnego bohatera, by dzięki temu uchwycić jej specyfikę oraz poddać analizie mechanizmy jej tworzenia oraz wpływu na rzeczywistość. I właśnie z taką próbą mamy do czynienia w serii „Niepisane”, której publikację na polskim rynku rozpoczyna właśnie Egmont.

Mike Carey znany jest polskim czytelnikom komiksu przede wszystkim jako autor wydawanej przez Vertigo serii o Lucyferze. Swoją przygodę z Gwiazdą Zaranną rozpoczął w roku 1989, pisząc scenariusz do magazynu „The Sandman Presents”, w którym ukazywały się opowieści o rozmaitych postaciach z uniwersum Sandmana. Zaproponował wówczas trzyodcinkową historię zatytułowaną „Lucyfer: The Morningstar Option”. Pisząc ją, Carey miał już plany na kontynuację i postanowił zainteresować włodarzy Vertigo rozwinięciem wątków ze swojej opowieści. Okazał się na tyle przekonujący, że powierzono mu pracę nad regularną serią. Licząca 75 odcinków seria „Lucyfer” ukazywała się w USA od czerwca 2000 roku do sierpnia roku 2006. W Polsce komiks wydał Egmont – najpierw w jedenastu albumach (2008-2015) a później w trzech opasłych tomiszczach (2021-2023).

Trzy lata po zakończeniu publikacji „Lucyfera” Carey powrócił z nowym projektem wydawanym pod szyldem Vertigo. Wspólnie z Peterem Grossem, z którym rozpoczął współpracę przy okazji tworzenia „Lucyfera”, powołał do życia Toma Taylora – głównego bohatera serii „Unwritten”. Nowa opowieść doczekała się 71 odcinków publikowanych latach 2009-2015. Do Polski trafia zatem „Niepisane” niemal dziesięć lat po zakończeniu publikacji w USA. Długo trzeba było czekać, ale wreszcie Egmont uznał, że poza masowym publikowaniem i uporczywym wznawianiem kolejnych dziesiątków kilogramów komiksów superbohaterskich, warto dać szansę projektom być może mniej popularnym, ale zdecydowanie bardziej oryginalnym i wartościowym. Bo właśnie do tej kategorii należy, w moim przekonaniu, inspirowana życiem prawdziwych i wymyślonych postaci seria skłądająca hołd praktyce opowiadania.

Mike Carey, opowiadając w różnych wywiadach o swoich inspiracjach, wskazywał przede wszystkim dwa źródła: biografię Christophera Robina Milne’a, czyli syna autora książek „Kubuś Puchatek” oraz „Chatka Puchatka” oraz serię o Harrym Potterze. To właśnie postać stworzona przez K.K. Rowling stała się prototypem Tommy’ego Taylora – bohatera serii książek napisanych przez ojca głównego bohatera serii „Niepisane” – Wilsona Taylora. Wygląda on bowiem dokładnie jak postać z książek brytyjskiej autorki. Z kolei relacja pomiędzy Tommym Taylorem (czyli postacią z książek) a Tomem Taylorem (czyli synem autora tych książek), przypomina wypisz wymaluj, relację pomiędzy Krzysiem (czyli postacią z książek Alana Alexandra Milne’a) a Christopherem Robinem, czyli synem pisarza.

Scenarzysta często przywoływał słowa Christophera Robina Milne o tym, że „dorastał, czując, że ojciec ukradł mu dzieciństwo, zarobił na nim, a następnie zwrócił mu w formie, której nie mógł już wykorzystać”. Zresztą już na pierwszych planszach komiksu, ukazujących głównego bohatera podczas sesji autografowej na „TommyConie”, czyli zlocie fanów Tommy’ego Taylora, słyszymy złośliwy komentarz pod jego adresem nawiązujący do postaci ze Stumilowego Lasu. Siedzący obok pisarz, sfrustrowany zapewne tym, że kolejka do niego jest znacznie krótsza niż kolejka obok, mówi z przekąsem: „Myślałem, że jesteś fikcyjną postacią. Jak Krzyś z Kubusia Puchatka”. Są to – nawiasem mówiąc – słowa, które w złowieszczy sposób zapowiadają dalszy rozwój wypadków. Komiksowy Tom Tylor jest bowiem w podobnej sytuacji, gdy go poznajemy, ale jego późniejsze przygody znacznie wykraczają – w końcu mówimy o komiksie – poza to, co stało się udziałem Christophera Robina. To rozróżnienie na postać fikcyjną i jej pierwowzór warto zachować w pamięci, bo na planszach komiksu Carey i Gross rozkładają tę relację na czynniki pierwsze.

Przed lekturą komiksu warto zatem dowiedzieć się, co nieco, o tym kontekście, bo bez wątpienia wzbogaci to doświadczenia czytelnicze i pozwoli wyłowić z opowieści wątki, które bez tego zaplecza mogłyby pozostać niezauważone. O skomplikowanej relacji ojca i syna powiedziano już niemało. Sam Christopher Robin, już jako dorosły mężczyzna, opisał własne doświadczenia z dzieciństwa w kilku książkach autobiograficznych. Na polskim rynku wydawniczym ukazał się wybór fragmentów z tych publikacji, zatytułowany „Poza światem Puchatka”. Swoją wersję przedstawił także twórca postaci ze Stumilowego Lasu – „Its Too Late Now”. Na polskim rynku księgarskim swego czasu ukazała się również opublikowana w dwóch tomach biografia Milne’a autorstwa Ann Thwaite. O tych wątkach pisze również Nadia Cohen a książce „Extraordinary Life of A.A. Milne”. Warto przypomnieć także film „Żegnaj Christopher Robin” z roku 2017, w którym okazane zostały kulisy powstania historii o Kubusiu Puchatku oraz doświadczenia dziecka, które dorastało w poczuciu straconego dzieciństwa. W 2018 swoją premierę miał natomiast kolejny film o Krzysiu wyprodukowany przez Disneya. „Krzysiu, gdzie jesteś?” to jednak raczej bajka o powrocie do dzieciństwa, niż próba pokazania życia chłopca, który stał się pierwowzorem książkowego Krzysia.

Krótko mówiąc, Alan Alexander Milne po powrocie z frontu pierwszej wojny światowej przeżywał kryzys. Blokada twórcza była zaledwie jednym z jego przejawów. Remedium na bolączki miał być powrót do sielskiego wiejskiego życia. W 1925 Milne’owie zakupili otoczoną przepięknym lasem posiadłość Cotchford Farm w Sussex. Jak pisał w swoich wspomnieniach Christopher, od tego czasu stali się „wieśniakami, a dokładniej półwieśniakami”, bo większość czasu nadal spędzali w Londynie. Wieś stała się ich przystanią w weekendy, święta oraz letnie wakacje, ale i tak, jak pisze Milne junior, to miejsce wzięło ich we władanie. To właśnie tu pisarz odnalazł spokój i inspirację podczas zabaw ze swoim synem, choć dla niego wieś – jak wspomina Christopher – nie była miejscem, gdzie się mieszka, tylko, gdzie się jeździ. I właśnie dzięki tym weekendowym i wakacyjnym pobytom Milne wrócił do pisania. Zaczął od publikowanych w prasie wierszy dla dzieci, których wydania książkowe cieszyły się ogromną popularnością. Później spisywał przebieg swoich zabaw z synem. Kluczową rolę odgrywały w nich pluszowe zabawki – misiek, prosiaczek, osiołek, tygrys i inne, które pojawiały się z czasem w pokoju Christophera. I tak z tych zabaw zaczął wyłaniać się wspaniały świat Stumilowego Lasu i jego fantastycznych mieszkańców – pluszowych zabawek oraz Krzysia.

Co było później, wszyscy wiemy. W roku 1926 na księgarskich półkach zagościł „Kubuś Puchatek”, a dwa lata później dołączyła do tej książki „Chatka Puchatka”. Obie pozycje odniosły oszałamiający sukces, wywracając do góry nogami życie pisarza oraz, co istotniejsze, Christophera. Życie chłopca zmieniło się nieodwracalnie. „Lubiłem być Krzysiem i lubiłem być sławny. Naprawdę był czas, kiedy mnie to ekscytowało i sprawiało, iż czułem się wspaniały i ważny” – pisał w swojej autobiografii. Jednak to co początkowo wydawało się wspaniałą zabawą, czyli ogromne zainteresowanie mediów, czytelników i wszystkich wokół, stopniowo zaczęło przysparzać dziecku wielu problemów. Brak normalnego dzieciństwa i prywatności zaczęły wywoływać niepokój. Później, jak sam pisał już jako dorosły mężczyzna, było tylko gorzej. Stopniowo zacierała się granica pomiędzy rzeczywistymi zabawami i zdarzeniami a ich wersją przedstawioną w książkach. Jednak kluczową rolę odegrało napięcie pomiędzy Christopherem Robinem, a jego książkową wersją – Krzysiem. W pełnym emocji wywiadzie, jakiego udzielił dziennikarzowi „Sunday Dispatch” w roku 1952, tuż po tym, gdy jego ojciec trafił do szpitala z powodu wylewu, Christopher Robin powiedział: „Już jako mały chłopiec nienawidziłem bycia Krzysiem”. Wiele lat później, w pierwszej odsłonie swojej autobiografii pisał w bardziej wyważony sposób: „W domu nadal go lubiłem i naprawdę czułem dumę, że dzielimy imię i mogę się pławić w jego sławie. Jednak w szkole zacząłem go nie lubić i moja antypatia pogłębiała się wraz z wiekiem”. Nie tylko antypatia, ale także poczucie wyobcowania i osamotnienia narastały wraz z wiekiem. Christopher Robin całe swoje życie zmagał się ze swoją książkową wersją i próbował się od niej uwolnić. Niestety bezskutecznie

Lektura wspomnień Christophera Robina Milne’a uświadamia skalę problemów, z jakimi musiał mierzyć się w swoim życiu. Problemów, których zapewne ani on, ani jego rodzice nie mogli przewidzieć. I choć jego losy w prawdziwym świecie wydają się rzeczywiście dramatyczne, to warto pamiętać, że nie on jeden był dzieckiem, które zainspirowało dorosłych do napisania książek dla dzieci do dziś bijących rekordy popularności. Owszem, Chridtopher Robin doświadczył negatywnych konsekwencji sławy w największym stopniu, ale w historii literatury dziecięcej nie brakuje podobnych, mniej lub bardziej kontrowersyjnych przypadków, które nierzadko stawiają kultowe książki w nowym świetle. Spójrzmy chociażby na Charlesa Lutwidge Dodgsona zafascynowanego córkami swojego przyjaciela Henry’ego Lidella. To przecież kilkuletnia Alicja i jej dwie siostry sprawiły, że narodziła się najpierw „Alicja w krainie czarów” (1862), będąca rezultatem wspólnej wyprawy łódką, a później kontynuacja tej opowieści, czyli „Alicja po drugiej stronie lustra” (1865). Obie napisał Dodgson pod pseudonimem Lewis Carroll, nie chciał bowiem, by jego działalność literacka była kojarzona z naukową karierą profesora matematyki wykładającego na Oxfordzie. Albo zajrzyjmy do pięknej posiadłości Kinnaird w surowej szkockiej miejscowości Pitlochry. To właśnie tu latem 1881 roku Robert Louis Stevenson próbował podreperować swe wątłe zdrowie w towarzystwie niedawno poślubionej żony i jej nastoletniego syna z pierwszego małżeństwa. To z Samuelem Lloydem Osbourne’em bawił się w poszukiwania ukrytego skarbu, a później zapisał te zabawy w postaci „Wyspy skarbów” (1883). Podobieństwo pomiędzy książkowym Jimem Hawkinsem i przybranym synem wydaje się oczywiste. Nie zaszkodzi również wybrać się do Ogrodów Kensingtońskich, by zobaczyć jak James Mathew Barrie regularnie spotyka się z Arthurem i Sylvią Llewelyn Davies oraz ich synami. Bawił się z nimi w Indian i piratów, by opisać później te zabawy jako przygody Piotrusia Pana (1911). Możemy również zajrzeć przez ramię Kennethowi Grahame’owi, który z kolejnych hoteli, w których zatrzymywał się wraz z żoną podczas kilkumiesięcznej podróży w roku 1907, przesyłał do swojego syna listy, z kolejnymi opowieściami o przygodach niesfornego Pana Ropucha i jego leśnych przyjaciół. To dzięki tym listom pisanym do małego Alastaira, zwanego przez rodziców Myszką, możemy do dziś cieszyć się opublikowaną w roku 1908 opowieścią „O czym szumią wierzby”. No i dodajmy do tej listy jeszcze Rudyarda Kiplinga, który zresztą pojawia się w komiksie „Niepisane”. Ujrzymy go, gdy wieczorami opowiada swojej córce Jospephine bajki na dobranoc, a później, po jej tragicznej śmierci, zrozpaczony pisarz tka z nich „Takie sobie bajeczki” („Just so stories”, 1902).

Te dwa punkty odniesienia – Christopher Robin zamieniony przez swojego ojca w książkowego Krzysia i Harry Potter – to oczywiście nie jedyne nawiązania, jakie można odnaleźć w komiksie. Na planszach pojawia się mnóstwo opowieści i ich bohaterów – od „Pieśni o Rolandzie”, poprzez „Frankensteina” i „Alicję w Krainie czarów”. Zanim jednak spróbujemy zastanowić się nad ich znaczeniem, zerknijmy na zdarzenia opisane w pierwszym wydaniu tomu zbiorczego. Toma Taylora, jak wspominałem powyżej, poznajemy podczas „TommyConu”, czyli konwentu miłośników książek napisanych przez Willsona Taylora. Stworzył on aż trzynaście tomów poczytnej serii, która stała się popkulturowym fenomenem. Nic zatem dziwnego, że jego nagłe i tajemnicze zniknięcie wywołało niemałą sensację, a zniecierpliwieni fani zadają sobie pytanie, czy dane im będzie przeczytać jeszcze kiedyś kolejny tom ulubionej serii. W oczekiwaniu na powrót autora, przemysł kulturowy produkuje kolejne filmy i gadżety związany z książkami wyciskając ile się da z tego dzieła. W jego tryby wciągnięty został również syn pisarza, Tom Taylor, który stał się pierwowzorem książkowego Tommy’ego, a teraz odcina kupony od tej popularności.

Mężczyzna czerpie z tej sytuacji niemałe korzyści, głównie finansowe, jednak równocześnie popada w coraz większe przygnębienie i frustrację. Uczestnicząc w spotkaniach autorskich i podpisując książki uświadamia sobie ciężar tej niechcianej sławy. I właśnie podczas jednego z takich spotkań ma miejsce zdarzenie, które nieodwracalnie zmienia jego sytuację. Otóż niejaka Lizzie Hexam, młoda dziewczyna pisząca doktorat o fenomenie Tommy’ego Taylora, zadaje mu pytanie o jego prawdziwą tożsamość. Dziewczyna uważa bowiem na podstawie własnego śledztwa, że Tom Taylor nie jest synem pisarza. Spotkanie szybko zostaje przerwane, ale mleko już się rozlało. Media podchwytują temat i zaczynają stawiać pytania o to, kim naprawdę jest Tom Taylor. Fanom wiele nie potrzeba, by od uwielbienia przejść do nienawiści i tego doświadcza nasz bohater. Pod adresem mężczyzny padają oskarżenia i groźby, księgarnie zaczynają rezygnować ze spotkań autorskich, a ogólnokrajowe media rozpoczynają swoje śledztwa. Pętla wokół zdezorientowanego mężczyzny zaczyna się zacieśniać, a on sam zadaje sobie pytanie, kim naprawdę jest. W obliczu coraz bardziej szalonych zdarzeń dopuszcza nawet możliwość, że może faktycznie jest… postacią fikcyjną.

A trzeba przyznać, że twórcy nie szczędzą swojemu bohaterowi niezwykłych zdarzeń, które taką interpretację czynią całkiem prawdopodobną. Fundują mu na przykład niezwykły pobyt w Villi Diodati. Dla Toma Taylora to przede wszystkim miejsce, w którym spędził dzieciństwo wraz ze swoim ojcem, ale to przecież także miejsce kultowe dla każdego miłośnika literatury. Tom wie, że to właśnie tu podczas szalonego lata w 1816 roku Mary Shelley zaczęła tworzyć i rozwijać pomysł, który ostatecznie przybrał postać powieści „Frankenstein”. To również tu, znacznie wcześniej bo w roku 1638, przebywał John Milton i niewykluczone, że tu narodził się pomysł „Raju Utraconego”, wydanego w 1664 roku. Ale, czy aby na pewno? Musimy zachować czujność, bo Mike Carey, tka swoją narrację, przeplatając fakty i zmyślenia. O ile bowiem szalone spotkania lorda Byrona, Percy’ego Shelleya i Mary Shelley faktycznie miały miejsce i przeszły do legendy, to pobyt Miltona w Villi Diodati należy włożyć raczej między bajki. Budynek powstał bowiem najprawdopodobniej w roku 1710, zatem na długo po śmierci poety. Tak czy inaczej, Villa Diodati jawi się w komiksie jako surrealistyczne miejsce, w którym rzeczywistość nieustannie przenika się z fikcją. Z jednej strony, widzimy przebieg organizowanych przez firmę „Prometheus” (!) warsztatów dla pisarzy, którzy chcą poczuć aurę tego miejsca i podnieść swoje pisarstwo na zupełnie nowy poziom, z drugiej zaś obserwujemy dramat Toma, który konfrontuje się tu z duchami przeszłości. Duchami, które – dodajmy – nabierają bardzo konkretnych kształtów i doprowadzają do zdarzeń wzmacniających złowieszczą aurę otaczającą posępny budynek. Nie mniej intrygujący jest pobyt Taylora w więzieniu, do którego trafia po masakrze w Villi Diodtai oraz jego późniejsza wędrówka po ulicach nazistowskich Niemiec. Za każdym razem realny świat, w którym funkcjonuje bohater, przeplata się z rzeczywistościami fikcyjnymi, będącymi domeną wspomnień, opowieści oraz przeszłości. A może jest odwrotnie, może to opowieści wraz ze swoimi bohaterami wnikają do realnego świata?

Pomiędzy głównymi zdarzeniami, popychającymi akcję do przodu, autorzy umieszczają zeszyty, w których znajdziemy opowieści pozornie tylko poboczne, ale oczywiście kluczowe dla zrozumienia całej historii i wszystkich jej niuansów. Pierwszą z nich jest zatem opowieść o życiu wspomnianego powyżej Rudyarda Kiplinga. Większość czytelników zna go oczywiście jako autora „Księgi dżungli” i pisarza, do którego przylgnęła etykieta „piewcy imperium”. Jednak pewnie mało kto wie, że i on uwikłany był we współpracę z organizacją, która chciała rządzić światem za pomocą opowieści. Z zeszytu zatytułowanego „Skąd się wziął wieloryb” dowiadujemy się, jak doszło do tej współpracy i jakie były jej dramatyczne konsekwencje. Trzeba przyznać, że Carey doskonale wybrał w tym przypadku bohatera, bowiem życie i twórczość Kiplinga świetnie mieści się w nakreślonym schemacie. No i oczywiście zdobyta w roku 1907 Nagroda Nobla zyskuje zupełnie nowe znaczenie. Takie historie doskonale wpisują się w narrację i sprawiają, że fabuła zyskuje na wiarygodności. Oczom czytelnika ukazuje się bowiem powoli bardzo skomplikowana i misterna konstrukcja, w której kluczową rolę odgrywają opowieści.

Podobną funkcję pełni ostatni, być może najbardziej upiorny ze wszystkich, zeszyt umieszczony w tomie zbiorczym – „Opowieści z Wierzbowego Lasu Elizy Mae Hertford”. Widzimy tu bowiem sielski, bajkowy świat, jakby żywcem wyjęty z opowieści Alana Alexandra Milne’a, Lewisa Carrolla lub Kenetha Grahame’a. Pewnego razu, jedno ze zwierzątek zamieszkujących to sielskie miejsce postanawia wyrwać się z bajkowych realiów. To Pan Trusiek, który uparcie twierdzi, że naprawdę nazywa się Pauly Bruckner. Biały królik rozpoczyna wędrówkę do domku autorki opowieści, by… ją zabić i dzięki temu znaleźć sposób na ucieczkę z bajkowego świata, którego ma już serdecznie dość. Podczas całej podrózy złorzeczy Wilsonowi Taylorowi, który – jak można się dmomyślać – przyczynił się do fatalnego położenia Pauly’ego Brucknera, czyli obecnie Pana Truśka.

No i wreszcie na deser, miłośnicy sztuki komiksowej otrzymują obszerną galerię dodatków. Przede wszystkim znajdujemy tu pierwszą wersję opisu serii przedstawioną włodarzom Vertigo, zatytułowaną jeszcze „Fakcja” oraz fragment prozy dotyczącej przygód „Tommy’ego Taylora”, która później stała się integralnym elementem komiksu. Osoby zainteresowane procesem twórczym bez wątpienia ucieszą się z fragmentów, w których rysownik Peter Gross opisuje, kolejne etapy pracy nad planszą komiksową. Oczywiście wszystko to zilustrowane zostało widokiem plansz w kolejnych stadiach rozwoju. I choć styl Grossa uznać należy raczej za prosty, pozbawiony jakichkolwiek fajerwerków i całkowicie podporządkowany samej narracji, to analiza poszczególnych faz pracy nad planszami dowodzi pewnej pieczołowitości i systematyczności, która charakteryzuje jego podejście. No i wreszcie otrzymujemy obszerną galerię szkiców do okładek przygotowanych przez Yuko Shimizu. Krótko mówiąc jest tu, co czytać i co oglądać. Ten wgląd w anatomię procesu twórczego wydaje się doskonale pasować do komiksu, w którym akt twórczy i wszelkie jego aspekty stanowią główny motyw opowieści. Przyjrzyjmy się zatem kilku wątkom, ponieważ seria „Niepisane” to prawdziwa kopalnia motywów, które aż proszą się o chwilę namysłu.  

(1) Przede wszystkim oczywiście chodzi o rolę, jaką w naszym życiu odgrywają opowieści. Wydaje się, że dziś stwierdzenie mówiące, że opowieści rządzą światem, to banał. Słyszymy wszak o tym zewsząd i nieustannie możemy obserwować dowody na ten stan rzeczy. Czy to w polityce, gospodarce, kulturze, czy jakiejkolwiek innej sferze życia, każdy chce przejąć narrację oponenta, lub też narzucić narrację własną. Jest to bowiem skuteczny sposób, by skłonić ludzi do utożsamienia się z jakimś punktem widzenia. Ta instrumentalizacja opowieści może smucić, ale w takim świecie przyszło nam żyć. Kwestia prawdziwości schodzi na drugi plan. Liczy się to, czy opowieść jest atrakcyjna i angażująca; czy odwołuje się do popularnych aktualnie motywów i wartości. Nie zaszkodzi również, gdy jej autor ukaże siebie w odpowiednim świetle – najlepiej, gdy jest osobą identyfikująca się jako ofiara wcześniejszych wykluczeń, represji i przemocy. Taki głos już w punkcie wyjścia zyskuje na atrakcyjności. Problem polega jednak na tym, że w tej atmosferze pośród wielu prawdziwych ofiar, przemykają tacy, którzy ofiary tylko cynicznie udają. Wszystkie te praktyki i strategie kreowania opowieści stanowią niezwykle złożoną całość, która domaga się skrupulatnych i cierpliwych analiz. Siłą komiksu „Niepisane” jest to, że do takiej refleksji skłania.

(2) Drugi wątek związany jest z rolą mediów. Carey i Gross raz po raz wprowadzają do swojej opowieści narracje medialne dotyczące losów Tom Taylora. Pomiędzy poszczególnymi planszami widzimy zatem screeny z internetowych forów dyskusyjnych, artykuły publikowane w internetowych witrynach, telewizyjne serwisy informacyjne oraz programy publicystyczne, w których dyskutują eksperci z różnych dziedzin. Dzięki tym elementom poznajemy tło zdarzeń opisanych w komiksie. Widzimy jak reagują na nie zwykli ludzie oraz jaką opowieść na ich temat konstruują media. Nie są to jedynie dodatki, które podczas lektury można pominąć, bowiem wszystkie te relacje wywierają bezpośredni wpływ na bohaterów – głównie oczywiście na Toma Taylora, który na własnej skórze doświadcza tego, jak zmienne są nastroje społeczne. Metamorfoza z kozła ofiarnego w mesjasza jest bez wątpienia jednym z bardziej spektakularnych przejawów tego zjawiska. Czytając te relacje, można także lepiej zrozumieć logikę powstawania newsów oraz to, że tak naprawdę fakty, mają w tym przypadku drugorzędne znaczenie. Te historie medialne w gruncie żyją swoim życiem i zaczynają kreować alternatywną rzeczywistość.

(3) To nasuwa kolejną myśl, czyli problematykę relacji pomiędzy rzeczywistością i jej medialną czy też opowieściową wersją. W przypadku mediów, wciąż wiele osób wierzy dziś – co samo w sobie wydaje się dziwne – że są one w stanie przedstawić prawdziwą wersję zdarzeń. Serwisy informacyjne według całkiem sporej rzeszy odbiorców nadal mogą rzetelnie informować. No, nie wszystkie oczywiście. Tylko te, które przedstawią taką wersję zdarzeń, która pasuje do poglądów tychże odbiorców. Pozostałe media, jak wiadomo, kłamią. W ich kłamliwą wersję wierzą inni odbiorcy, z tym, że oni oczywiście nie uważają tej wersji za kłamliwą. Kłamią te drugie media. W świecie mediów społecznościowych ten problem przybiera na znaczeniu. Ich użytkownicy, oglądają krótkie filmiki, z których często czerpią wiedzę o świecie i tę wiedzę później puszczają dalej. No i tak sobie współczesny człowiek żyje, zanurzony w jakiejś absurdalnej hiperzeczywistości.

(4) Znacznie ciekawszy wariant tej tematyki dotyczy relacji pomiędzy rzeczywistością, a jej – z definicji – wersją fikcyjną; zawartą na przykład w serialach, filmach czy powieściach. Także powieściach dla dzieci. Czyż bowiem, wróćmy do kluczowej w tym przypadku książki, przygody Krzysia i jego misia nie miałby być z założenia fikcyjnymi opowieściami o fantastycznych przygodach, adresowanymi do dzieci? No miały! Przecież wszyscy o tym wiemy? Wszyscy? No niekoniecznie wszyscy, o czym przekonał się na własnej skórze syn Alana Alexandra Milne’a. Ileż to razy Billy Moon, bo tak nazywano chłopca i tak sam o sobie myślał przez pierwsze lata swojego życia, słyszał, że jest „prawdziwym” Christopherem Robinem, czyli po naszemu Krzysiem. Ileż to razy w akcie buntu krzyczał, nie jestem żadnym Krzysiem! Krzyś jest w tej przeklętej książce! Ja jestem Billy Moon! Niestety fani byli głusi na te okrzyki. Dla nich to był Krzyś, którego zabawy spisał jego ojciec. W dzisiejszej rzeczywistości to zjawisko przybrało na sile i niemal każdy oglądając w mediach perypetie mniej lub bardziej znanych osób, utożsamia medialny wizerunek z prawdziwą osobą. A to już jest dość niebezpieczne zjawisko.

(5) W tym zestawie motywów, na jakich opiera się komiks, trzeba również odnotować relację pomiędzy ojcem i synem, która niezwykle istotny temat całej tej historii i nieustannie wraca w rozmaitych wariacjach. Tom Taylor ma zatem do swojego ojca uzasadnione pretensje o to, jak obecnie wygląda jego życie. Z jednej strony może i jest popularny, pewnie również bogaty, z drugiej jednak ta popularność i bogactwo stają się źródłem frustracji i irytacji. Tom Taylor wie przecież, że po prostu odcina kupony od dzieła swego ojca. Coraz bardziej irytuje go, gdy ludzie traktują go jak „prawdziwego” Tommyego, czyli postać, na której jego ojciec wzorował książkowego bohatera. W ten sposób nie przynależy on w pełni ani do realnego świata, ani do – co oczywiste – do świata fikcji. Chce żyć swoim życiem ale jest nieustannie spychany w literacki świat wykreowany przez ojca. Te negatywne emocje pogłębia zniknięcie ojca, bo Tom czuje się nie tylko zdradzony, ale także opuszczony. Jakkolwiek nie oceniałby swego ojca, to jako syn zapewne spodziewa się, że w trudnych sytuacjach ojciec powienen stać u jego boku. Czyż nie na tym polega rola ojca?

(6) Ciekawą wariacją na temat trudnych relacji rodzicielskich jest motyw Villi Diodtai, Mary Shelley oraz jej „Frankensteina”. Wiadomo bowiem, że relacje pisarki z ojcem nie należały do łatwych. Po tym, gdy młoda kobieta zdecydowała się na związek ze znacznie starszym od niej, żonatym ojcem dwójki dzieci – Percym Shelley’em, ojciec Mary odrzucił swoją córkę. Motyw opuszczenia stał się w konsekwencji głównym tematem samego „Frankensteina”, powieści, w której odnajdujemy bogactwo rozmaitych treści i refleksji, sprowadzonych przez późniejszą kulturę do krwawego horroru. Dzieło Victora Frankensteina, szpetne stworzenie obdarzone nadludzką siłą, ale także niesamowitą wrażliwością, opuszczone przez swego twórcę, przeżywa katusze, podobne być może do tych, jakie stały się udziałem młodej dziewczyny, opuszczonej przez ojca. Podobne do tych, które przeżywa Tom Taylor – również opuszczony przez ojca, który zanim zniknął, zamienił jego życie w farsę. Nic zatem dziwnego, że Tom i bezimienny stwór Frankensteina spotykają się na planszach komiksu. Kto wie, być może obaj są wytworami wyobraźni autorów, którzy jednak już ich opuścili.

I można tak bawić się w snucie rozmaitych interpretacji w nieskończoność. A dostaliśmy dopiero dwanaście pierwszych zeszytów tej niezwykłej serii. To co najlepsze zapewne jeszcze przed nami i bez wątpienia warto zagłębić się w tę opowieść i dać się porwać nieposkromionemu nurtowi narracji, który zaniesie nas zapewne do wielu intrygujących miejsc. Towarzysząc Tomowi Taylorowi będziemy mieć okazję zrozumieć na czym polega siła opowieści, a także zyskamy może pewien dystans, który pozwoli w zupełnie nowy sposób spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość. Ją bowiem również przenikają opowieści, które kształtują nasze codzienne życie.

 

Tytuł:Niepisane” tom 1

  • Scenariusz: Mike Carey
  • Rsyunki: Peter Gross
  • Tłumaczenie: Marek Starosta
  • Wydawca: Egmont
  • Data polskiego wydania: 2024
  • Wydawca oryginału: DC Comics/Vertigo
  • Objętość: 320 stron
  • Format: 170 x 260 mm
  • Oprawa: twarda
  • Druk: kolorowy
  • Dystrybucja: księgarnie/internet
  • Cena okładkowa: 129,99 złotych

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji.


comments powered by Disqus