„Ghost Rider. Duchy zemsty: Świt synów nocy” - recenzja

Autor: Dawid Śmigielski Redaktor: Motyl

Dodane: 31-07-2025 21:43 ()


Dziwną naturę ma Ghost Rider, co najlepiej widać po przygodach zawartych w niniejszym tomie. Dziwota ta wynika ze scenopisarskich umiejętności (lub może ich braku) Howarda Mackiego, balansującego nieustannie na granicy superbohaterskiego horroru i kiczu rodem z kościelnego odpustu. Zadziwiające jest to, że pomimo kilkudziesięciu zeszytów na karku amerykański twórca nadal nie wiedział, w którą stronę ma podążać jego bohater. I mam wrażenie, że nawet wbudowany w piekielny motocykl Ducha Zemsty GPS nie pomógłby mu rozwiązać tej kwestii. Tak jakby ślepa wędrówka miała być celem samym w sobie, choć przecież trudno nazwać „Ghost Ridera” komiksem drogi, mimo że ten zdecydowanie miał ku temu zadatki. Podróż po utrapionej Ameryce lat dziewięćdziesiątych Płonącej Czachy i partnerującego mu Johnny’ego Blaze’a przy odrobinie odwagi mogłaby zaowocować komiksowym „Easy Riderem” (przesada?) lub chociaż powtórzyć sukces cyklu „Green Lantern/Green Arrow: Włóczęga bohaterów” Denisa O’Neila i Neala Adamsa. Ostatecznie to w 1996 roku Zarathos wystąpił gościnnie w serialu drogi, a mianowicie w niedocenianej, aczkolwiek bardzo ciekawej, spowitej atmosferą grozy animacji „Niesamowity Hulk”, w odcinku „Niewinna krew”…

Krew jest czymś, co z pewnością miało wyróżniać serię o Ghost Riderze. Zresztą jest to syndrom ówczesnych czasów. Antybohaterowie, przemoc, brutalność i mrok. Czynniki, które wymieszane razem miały charakteryzować nowy głównonurtowy komiks dla dojrzalszego czytelnika, czyli nastolatka znudzonego grzecznymi przygodami innych przebierańców. Cała ta otoczka to zaledwie kostium, bo w rzeczywistości przygody brutalnych mścicieli w warstwie scenariuszowej wcale nie odchodziły od znanych schematów. Pewnych granic nie dało się przekroczyć, można było tylko markować ciosy. Mackie czynił to nieustannie, a dobre historie napisane przez niego były zaledwie wypadkiem przy pracy. Chaos i brak wizji są czymś, co charakteryzuje jego scenopisarstwo. Toteż Duch Zemsty i wcielający się w niego Danny Ketch, pozbawieni charyzmatycznej osobowości, nadal błąkają się po mieście niczym zagubione owieczki w poszukiwaniu Deatchwatcha, pokrzykując co rusz: „zemsta”, „krew niewinnych” itp., itd. Wyraźnie od początku serii między oboma nie było chemii. Tylko jeden z nich był atrakcyjnym – przede wszystkim wizualnie – bohaterem, który przyciągał publikę. Problem podwójnej (nudnej) tożsamości został rozwiązany w 25. zeszycie, w którym Danny zostaje wyeliminowany z gry przez Blackouta, a na placu boju pozostaje jedynie Płonąca Czacha. Dzięki temu na scenę w pełnej krasie mógł wkroczyć Johnny Blaze („Ghost Rider” #27). Tym samym na amerykańskim rynku zadebiutowała seria „Ghost Rider/Blaze: Spirits of Vengeance” (zakończona po zaledwie 23 numerach). Należało kuć żelazo, póki gorące.

„Świt synów nocy”, będący centralną opowieścią omawianego wydania zbiorczego, jest idealnym przykładem produktu swoich czasów. Mackie kreuje wielkie zagrożenie dla świata, mające nadejść z rąk przebudzonego prastarego zła – Matki Demonów Lilith. Oczywiście niebezpieczeństwo jest tu tylko zarysowane. Osobowość głównej antagonistki została wyprana z jakichkolwiek niuansów (czy kogoś to dziwi?). To zaledwie figura, dzięki której wydarzenie zahaczające o pięć serii mogło się odpowiednio rozrosnąć, by podnieść sprzedaż komiksów i rozpromować nowych mrocznych herosów. A więc na scenę wkraczają takie osobistości jak Morbius, Blade, Hannibal King, Frank Drake, a przede wszystkim Dr Strange, będący swoistym gwarantem olbrzymiego zagrożenia. Jednak Mackie nie umie nadać opowieści dramatyzmu ani mocniej zarysować skutków działania Lilith. Nie potrafi skupić się na emocjach i relacjach interpersonalnych. Wszak różnorodność charakterologiczna protagonistów jest pozorna. Wszyscy oni ociekają testosteronem, a za oręż służą im wielkie giwery, łańcuchy, katany i kły. Mackie pisze w stylu niedawno zmarłego Jima Shootera. Opisuje zagrożenie zamiast je przedstawić. Nie interesuje go żadna głębia. Jego komiks jest dobrą zabawą dorosłych dzieciaków szukających poklasku u młodszych dzieciaków. Panowie autorzy zamiast plastikowych i gumowych figurek używają do zabawy rysunków.

I ponownie, tak jak w przypadku pierwszego wydania zbiorczego, dochodzimy do niezaprzeczalnego waloru tych komiksów – warstwy graficznej. W tym wymiarze także objawia się dziwota omawianego przedsięwzięcia. Znakomity Mark Texeira, operujący brudną, dynamiczną kreską, odpowiada za zaledwie trzy zeszyty, ale tworzy prawdziwy spektakl za pomocą tysięcy rozedrganych linii. Jego rysunki są ostre, przeszywające, pełne bólu i cierpienia niczym wieczorne wiadomości emitowane po zamachu terrorystycznym. Plansze kipią gniewem, ale znajdziemy na nich także kadry pełne miłosierdzia. Styl Texa początkowo próbował naśladować Ron Wagner, który szybko zaczął rysować bardziej realistycznie, w duchu Dave’a Gibbonsa i braci Kubertów. Ci drudzy odrzucili zupełnie chaos Texeiry, idąc w stronę kinowego, wysokobudżetowego widowiska. Ich plansze nie wymykają się spod kontroli. Wszystko mają zaplanowane. Nie stronią od detalu, a nawet od precyzyjnego przedstawienia drugiego planu. Bohaterowie trzymani są w ryzach. Anatomia, perspektywa, bogate i pomysłowe kadrowanie, choreografia walk oraz dbałość o scenografię nadają tym wszystkim fantastycznym bohaterom niezbędną dawkę realizmu, tak potrzebnego do przeżywania widowiska, które chciał zaserwować Mackie.

I o ile „Świt synów nocy” to przeważnie nużąca lektura, o tyle „Dusze Venoma” są komiksem pełnym nieustającej akcji. Co ciekawe, Mackie nie miał żadnego problemu z oddaniem charakteru Venoma, Spider-Mana, Hobgoblina i Demogoblina. Blaze i Ghost Rider również nabierają tu ikry, jakby szaleństwo kosmicznego symbiota, obłędnie narysowanego przez Adama Kuberta (nikt nigdy nie zrobił tego lepiej), oddziaływało stymulująco na drętwych do tej pory herosów. Niepostrzeżenie w ich zachowanie wkradł się naturalny luz, a dialogi zaczęły brzmieć lepiej. I owszem, „Dusze Venoma” to kolejna zabawa dużych chłopców znanymi i lubianymi postaciami, ale nikt z nich nie ukrywa tego faktu. Nikt nie buduje fałszywego poczucia niebezpieczeństwa przy pomocy prastarego zła, które summa summarum zostaje powstrzymane za pomocą pstryknięcia palca. A trzeba wspomnieć, że współodpowiedzialny za rysunki tej opowieści jest wyśmienity Alex Saviuk, hołdujący klasycznej kresce mistrzów tworzących uniwersum Marvela.

Ta ilość gościnnych superbohaterskich występów, crossoverów i mnogość rysowników z jednej strony świadczą o tym, że Dom Pomysłów coraz bezczelniej zmuszał czytelników do kupowania serii, którymi ci wcale nie musieli być zainteresowani, z drugiej zaś pokazują, że Ghost Rider nadal nie wykształcił własnego mikroświata, charakterystycznego tylko dla niego. Mackie totalnie nie miał na to pomysłu. Atmosfera grozy była charakterystycznym elementem pisanych przez niego komiksów, a co dalej? Jakoś to będzie. Na szczęście są tu dwie znakomite historie z dreszczykiem. O dziwo jedną z nich napisał właśnie Mackie, a mianowicie zamykające ten tom „Oczyma patrzącego”, do którego rysunki sporządził Klaus Janson (co dla wielu czytelników może być już wystarczająco przerażające). Autorzy wykorzystują narrację prowadzoną z pierwszoosobowej perspektywy tajemniczego mordercy zabijającego mieszkańców Tarrytown. Umiejętne operowanie kolorem (niezrównany Gregory Wright), koślawa, oszczędna kreska Jansona i pomysłowa fabuła Mackiego składają się na solidną porcję przeżyć. Drugą nowelką wymykającą się schematowi jest, o dziwo, jeden z rozdziałów „Świtu synów nocy”, niedrukowany wcześniej w Polsce przez TM-Semic. „Czarny list” („Darkhold” #1, 1992) pióra Christiana Coopera i ołówka Richarda Case’a to opowieść, która mogłaby spokojnie ukazać się w Vertigo lub posłużyć za materiał dla jednego z odcinków „Z Archiwum X”. Ghost Rider i Blaze zostają sprowadzeni do roli bohaterów drugoplanowych i na dobrą sprawę mogłoby ich tu nie być w ogóle, ponieważ Vicki Montesi, Louise Hastings i Sam Buchanan tworzą zajmujące trio mierzące się ze zjawiskami wykraczającymi poza ludzkie pojmowanie. Z chęcią przeczytałbym całą serię po polsku, choć wątpię w jej marketingowy potencjał.

„Duchy Zemsty: Świt synów nocy” to zbiór chaotyczny niczym główny bohater. Intrygujący, nużący, śmieszny, głupi, zadziwiający, ale niemal zawsze obłędnie wyglądający. Być może gdyby Ghost Rider trafił w ręce utalentowanego scenarzysty i lepszych redaktorów, a nie zwykłych wyrobników, jego historia potoczyłaby się inaczej. Należy jednak pamiętać, że od początku istnienia Duch Zemsty był konstruktem dziwnym, nawet jak na komiksowe standardy. Bohaterem trudnym do zaadaptowania do głównego nurtu komiksowego. Za dużo w nim powagi, za mało autoironii. Za dużo superbohaterstwa, za mało grozy. Za dużo demona, za mało człowieka. Za dużo ozdobników, a za mało dobrze napisanej fabuły. Myśl o tym, że dało się to zrobić inaczej, jest jednak tylko mrzonką. Taki był czas. Ghost Rider przede wszystkim miał się dobrze prezentować. I tak właśnie było. Cała plejada ówczesnych gwiazd, która założyła Image, nie miała startu do artystów rysujących Płonącą Czachę ubraną w czarną skórę.

Ciąg dalszy nastąpi?

 

Tytuł: Ghost Rider. Duchy zemsty: Świt synów nocy
  • Scenariusz: Howard Mackie, Len Kaminski, Christian Cooper, D.G. Chichester

  • Rysunki: Andy Kubert, Adam Kubert, Ron Wagner, Richard Case, Ron Garney, Alex Saviuk, Klaus Janson, Mark Texeira

  • Tusz i kolor: Joe Kubert, Adam Kubert, Mike Witherby, Chris Warner, Mark Mckenna, Tom Palmer, Josef Rubinstein, Bill Reinhold, Klaus Janson, Arthur Adams, Tom Mandrake, Dan Panosian, Michael Bair, Vince Evans, Ariane Lenshoek, Jimmy Palmiotti, Mark Texeira, Gregory Wright, Glynis Oliver, Tom Palmer

  • Tłumaczenie: Robert Lipski

  • Wydawca: Mucha Comics

  • Data publikacji: 23.06.25 r.

  • Liczba stron: 560

  • Format: 180 mm x 275 mm

  • Oprawa: twarda

  • Papier: kredowy

  • Druk: kolor

  • ISBN  978-83-67571-51-7

  • Wydanie pierwsze
  • Cena okładkowa: 269 zł

  Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji. 


comments powered by Disqus