„New X-Men” tom 1 - recenzja

Autor: Tomek Kleszcz Redaktor: Motyl

Dodane: 29-12-2019 23:53 ()


Najpierw były zeszyty spod szyldu DK – chociaż nie przedstawiono w nich całej serii. Następnie kilka lat temu dwa albumy w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Teraz Mucha wypuszcza trzecie już wydanie historii Z jak Zagłada. Całość w jednym tomie w twardej oprawie. Jeśli do tej pory nie zapoznaliście się z Zagładą, to jest ku temu idealna okazja. Bo to jedna z najlepszych opowieści ze świata mutantów.

Tradycyjnie rozpocząłem album od końca. Jest tam mały smakołyk w postaci „Planu Morrisona”. Scenarzysta przedstawia w nim swoją wizję przyciągnięcia nowych czytelników (oraz streszczenie kilku zeszytów, ale akurat do tego nie zaglądajcie przed lekturą). Grant Morrison wiedział od początku, że aby uczynić drużynę Xaviera ponownie ciekawą, musi odejść od utartych schematów i tchnąć w niezwykle popularnych kiedyś bohaterów nowe życie. Ambitne zadanie. Posłużył się w tym celu teorią ewolucji oraz doboru naturalnego (a przynajmniej taką wersją, jaką chciał, bo interpretacje tej fundamentalnej naukowej konstrukcji bywają różne, tak samo, jak wysnuwane z niej wnioski, które zmieniają się w czasie). Czyż mutanci nie są postrzegani jako zagrożenie właśnie dlatego, że traktuje się ich jako wyższy, a co za tym idzie doskonalszy element na drabinie ewolucyjnej zagrażający dominacji homo sapiens?

Drugim niezmiernie ważnym elementem było powołanie do życia nowego antagonisty, który umożliwił wejście w świat homo superior świeżych czytelników. Dzięki temu nie musieli oni nadrabiać innych historii i orientować się w skomplikowanym, narastającym przez lata panteonie. I tutaj moim zdaniem drzemie największa siła tego albumu. Niepozorna, mała kobieta jest bowiem wykreowana w sposób genialny. Jej spektakularne działania mają taki rozmach, że możemy prawie poczuć, z jak niebezpieczną i potężną siłą muszą zmagać się podopieczni Charlesa, który zresztą sam ma nie lada problemy. Nie trafiają do mojego przekonania wymyśleni na potrzeby tej historii młodzi mutanci. Jest to jednak zrozumiały zabieg demitologizujący. Do tej pory, poza Beastem - i może kilkoma pomniejszymi wyjątkami, chociaż w sumie nie przychodzą mi do głowy te wyjątki... – prawie wszyscy mutanci niezależnie od płci byli piękni i dobrze zbudowani. Ci „dobrzy” oczywiście. Więc raczej trudno byłoby się z nimi bezpośrednio utożsamiać, zwłaszcza w świecie coraz silniej zmieniających się kanonów piękna, ideałów oraz gustów. Znacznie łatwiej osiągnąć takie relacje z niedoskonałymi istotami, do jakich sami się zaliczamy. Obszerna historia zawiera wiele wątków oraz porusza szeroką tematykę, dlatego lektury nie zabraknie na naprawdę długi wieczór. Moim zdaniem autor nie w pełni wykorzystuje wymyśloną przez siebie postać, zaniedbując ją w drugiej części albumu na rzecz wielokrotnie przewijającej się również w innych przygodach tematyki szeroko pojętej nietolerancji, głównie etnicznej. Ale - chociaż nie jestem fanem Morrisona - muszę przyznać, że szkocki pisarz pokazuje tutaj klasę.

Z jak Zagłada ma już ponad piętnaście lat. Co za tym idzie, stanowi specyficzny wehikuł czasu. Dla aktywnych rysowników to sporo czasu. Trzech z czterech artystów pracujących nad serią możemy obejrzeć w najnowszych wydawnictwach. Na pierwszy ogień idzie twarz tego projektu, czyli wyrastający już wtedy na gwiazdę Quitely. Tego pana dziś raczej nie trzeba przedstawiać. Warto porównać jego prace z wydanego w zeszłym roku Jupiter's Legacy z tym, co prezentował na początku XXI wieku. Przy czym warto podkreślić, że wtedy jego wizja X Men była niezwykle nowoczesna. I sądzę, że dziś nadal tak się prezentuje. Świadczy to oczywiście o niezwykłej oryginalności tego twórcy. Leinil Francis Yu wykonał świetną pracę przy Hickmanowskim niekończącym się tasiemcu Avengers. W New X-Men jednak jego umiejętności są jeszcze niewielkie i widać, jak gigantyczne postępy zrobił ten filipiński rysownik. Van Sciver pracował choćby przy Green Lanternie wydawanym w ramach Odrodzenia. Solidny, precyzyjny rzemieślnik. Na koniec Igor Cordey. Podobno – jak zostałem kiedyś doinformowany – ten gość miał wtedy kilka projektów na głowie. Cóż... być może jest to jakieś usprawiedliwienie, jeśli się o tym wie i ma się miękkie sumienie. Nie zmienia to jednak faktu, że jest najsłabszym elementem całego projektu. Ilustracje jego autorstwa są po prostu brzydkie i niechlujne.

Istnieje obiegowa opinia, że o sile historii decyduje antagonista. Z tej perspektywy opowieść Morrisona jest mocarna, chociaż nie pozbawiona wad. Oprawa graficzna jest nierówna, przez co słabsi rysownicy zaniżają nieco jakość doznań. Pomimo tego na pewno warto sprawdzić ten projekt, bo to porządna, momentami ponadprzeciętnie dobra robota. Jakość wydania na najwyższym poziomie, niemniej przy takim wznowieniu byłoby miło, gdyby wydawca pokusił się o odrobinę dodatkowych materiałów, co np. dało radę zrobić wydawnictwo Hachette (no dobra, jest „Plan...”, ale trudno te kilka stron tekstu uznać za satysfakcjonujące). Niewielkie przybliżenie sylwetek twórców również byłoby fajnym dopełnieniem albumu.

 

Tytuł: New X-Men tom 1

  • Scenariusz: Grant Morrison
  • Rysunki: Frank Quitely, Leinil Francis Yu, Ethan Van Sciver i Igor Kordey
  • Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
  • Wydawnictwo: Mucha Comics
  • Liczba stron: 248
  • Oprawa: twarda
  • Papier: kredowy
  • Druk: kolor
  • ISBN 978-83-65938-82-4
  • Wydanie pierwsze
  • Premiera: 18 grudnia 2019 r.
  • Cena: 99 zł

  Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Galeria


comments powered by Disqus