„Król Skorpion” - recenzja

Autor: Michał 'Saladyn' Misztal Redaktor: milkszejk

Dodane: 15-07-2006 01:15 ()


 

Kiedy do kin trafiła "Mumia", recenzenci piali z zachwytu, wieszcząc "powrót do łask kina awanturniczego w stylu Indiany Jonesa". W zasadzie się z nimi zgadzam - "Mumia" jest całkiem przyzwoitym filmem kontynuującym stare, dobre tradycje. W świecie wykreowanym na potrzeby "Mumii" osadzono kontynuacje oraz "Króla Skorpiona", o którym zamierzam napisać kilka slow.

"Król Skorpion" nie jest filmem, który absolutnie trzeba zobaczyć. Nikt nie będzie zbierał szczeki z podłogi po jego obejrzeniu, nikt nie poczuje się mądrzejszy ani oświecony. Ale przynajmniej twórcy nie mieli zamiaru nikomu wciskać takich głupot, więc szanuje ich za szczerość. "Król Skorpion" to po prostu rozrywka w stylu wspomnianych przygód Indiany Jonesa, ale przeniesiona w czasie (a więc poniekąd kopiująca klimat) do epoki Conana Barbarzyńcy (fani przywołanych tytułów mogą się czasem poczuć rozczarowani — nawiązania miejscami graniczą z plagiatem albo jego granice przekraczają — np. scena z ucieczką z haremu przy użyciu wielkiego gongu jako tarczy). W wyimaginowanych krainach, gdzie samotny, półnagi heros jest w stanie rozgromić całą armię, na wiele "przegięć" można przymknąć oko.

Efekty stoją na przyzwoitym poziomie i nie przesadzono z ich ilością, niektóre scenerie są naprawdę imponujące. Jeżeli chodzi o realizm, to jest go raczej mało — popuszczono wodze fantazji i główny bohater (w tej roli sławny zapaśnik The Rock) już w otwierającej scenie wspina się po stromym zboczu góry z przywiązanym do pleców wielkim głazem, którego nawet człowiek jego postury normalnie nie byłby w stanie ruszyć z miejsca, a co dopiero podnieść.

Cóż — nie po to ogląda się te filmy. Ogląda się je dla akcji, scen walk (niektóre całkiem niezłe, choć nad choreografią mogliby trochę popracować. W pamięć zapada scena finałowej walki, w której to główny niegodziwiec używa dwóch płonących mieczy) i pięknych kobiet (Kelly Hu!) w opałach. Sporo tutaj stereotypowych rozwiązań — bohater okazuje się wybrańcem, którego nadejście przepowiedziano już dawno, zalezie za skórę czarnemu charakterowi i będzie miał z tego powodu kłopoty, ale uda mu się uciec i wrócić, by wypełnić proroctwo.

Ot, takie sobie filmidło, które można obejrzeć bez uszczerbku na zdrowiu, a jeśli się nie widziało, to żadna strata. W zasadzie wiadomo, czego po filmie się spodziewać - wybór należy do was.

Ocena: 5/10


Komentarze do starszych artykułów tymczasowo niedostępne...