„Jętki” - recenzja
Dodane: 14-10-2026 21:48 ()
Jeff Lemire zaczyna Jętki jak kryminał rozgrywany w duszne, lepkie lato. W małym Belle River w Ontario napad na sklep kończy się tragedią, a za sprawcą rusza pościg. Szybko jednak okazuje się, że rzeczywistość tego miasteczka ma własne, znacznie starsze prawa. Zbieg trafia na dziewczynkę Franny, samotną i zdającą się na łaskę ojca, który sam nie radzi sobie z życiem. Ich nieprawdopodobne spotkanie prowadzi Lemire’a w stronę baśni o winie, przemianie i możliwości ocalenia - baśni celowo niepokojącej, bo jej potwór nie kryje się poza ludźmi, lecz wyrasta z tego, co zrobili sobie nawzajem.
Autor Opowieści z hrabstwa Essex i Łasucha po raz kolejny wraca do kanadyjskiej prowincji, lecz nie odtwarza sielankowego mitu małej wspólnoty. Belle River jest tu miejscem, w którym plotka biegnie szybciej niż policja, przeszłość nie chce dać się pogrzebać, a cudza krzywda łatwo zamienia się w lokalny spektakl. Tytułowe jętki, owady pojawiające się masowo i na krótko, są znakomitym znakiem tej opowieści: przypominają o cyklu natury, ale też o tym, jak uporczywie powracają niewypowiedziane lęki. Lemire zderza prowincjonalny noir z horrorem cielesnym, nie po to jednak, by produkować kolejne efektowne strachy. Fantastyka działa u niego jak lampa ustawiona pod niewygodnym kątem: wydobywa przemoc, wstyd i zaniedbanie, które wcześniej można było udawać, że nie istnieją.
Najmocniejsza pozostaje relacja Franny z istotą, którą inni bez namysłu nazwaliby potworem. Dziewczynka nie jest naiwną wybawicielką; dostrzega w niej raczej kogoś równie odrzuconego, zagubionego i spragnionego odrobiny łagodności. Lemire ma szczególny dar opowiadania o takich więziach bez sentymentalnego szantażu. Pozwala ciszy, spojrzeniom i drobnym gestom wykonać pracę, której w mniej cierpliwym komiksie dokonałyby deklaracje. Dzięki temu pytanie o odkupienie nie brzmi abstrakcyjnie, a dotyczy tego, czy człowiek może jeszcze wybrać inaczej, gdy stał się już dla wszystkich sumą własnych błędów.
Rysunek autora jest chropawy, szkicowy, chwilami niemal nieporządny, ale świetnie służy tej historii. Przygaszone zielenie i brudne barwy zamieniają lato w lepki koszmar, a twarze postaci noszą ślady zmęczenia, zanim bohaterowie zdążą je nazwać. Lemire nie szuka ilustracyjnej gładkości, a jego kreska jest nerwowa, jakby obraz nieustannie próbował wyrwać się spod kontroli. Właśnie dlatego Jętki warto czytać za jednym zamachem, gdyż tempo przewracania stron, ciężar kadrów i powracające obrazy owadów budują atmosferę nie gorzej niż sama intryga.
To nie jest najbardziej zwarta ani najlżejsza opowieść Lemire’a. Autor świadomie wraca do swoich stałych tematów - samotnych dzieci, pękniętych rodzin i dziedziczonego bólu, a niektóre tropy kryminalne są tu ważniejsze jako droga do emocjonalnego finału niż jako łamigłówka. Jednakże Jętki mają coś, czego od dobrej fantastyki oczekuje się najrzadziej: czułość wobec postaci, które łatwo byłoby skreślić. To komiks o potworze, który pyta przede wszystkim, kto i dlaczego potrzebuje potworów. A odpowiedź, jak zwykle u Lemire’a, jest bardziej ludzka niż wygodna.
Tytuł: Jętki
Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji. comments powered by Disqus
























