„Cylinder van Troffa” - recenzja

Autor: Krzysztof Księski Redaktor: Redakcja

Dodane: 16-08-2026 21:39 ()


Janusz A. Zajdel należy do autorów, bez których trudno wyobrazić sobie polską fantastykę socjologiczną. Był mistrzem dystopii, potrafiącym pod kostiumem science fiction opowiadać o mechanizmach władzy, kontroli, konformizmie i cenie, jaką jednostka płaci za życie w systemie zaprojektowanym przez innych. Najpełniej widać to w „Limes inferior”, jednym z jego najwybitniejszych utworów. Na tym tle „Cylinder van Troffa” jest książką interesującą, ale wyraźnie mniej udaną.

Punktem wyjścia jest powrót załogi „Heliosa” z wyprawy międzygwiezdnej. Podróż trwała znacznie dłużej, niż planowano, a na Ziemi minęły ponad dwa stulecia. Zamiast na rodzinnej planecie kosmonauci lądują na Lunie, gdzie działa podziemna kolonia ludzi. Szybko okazuje się, że panuje tam system totalitarny: liczba mieszkańców jest regulowana, prokreacja reglamentowana, a ludzi po osiągnięciu określonego wieku eliminuje się pod eufemistyczną nazwą „emerytury”. Zajdel pokazuje system, który w imię racjonalności i dobra zbiorowego odbiera jednostce prawo decydowania o własnym życiu.

Główny bohater ucieka jednak na Ziemię. Chce poznać sytuację na planecie i pomóc towarzyszom, którzy zostali na Lunie, ale ma także cel prywatny: przed wylotem pozostawił ukochaną kobietę, która miała czekać na niego w wynalazku profesora van Troffa. Tytułowy cylinder zakrzywia czasoprzestrzeń tak, że czas wewnątrz płynie niezwykle wolno. Dzięki temu dziewczyna mogła przeczekać lata jego podróży bez starzenia się.

Wątek miłosny nadaje wyprawie osobisty wymiar. Bohater, który przed odlotem nie był nawet całkowicie pewny swoich uczuć, po setkach lat czyni z dawnej miłości fetysz, główny punkt zaczepienia w świecie, którego już nie rozumie. Gdy dociera do cylindra, ukochanej w nim nie ma. Opuściła urządzenie, nie wiedząc, dlaczego jego powrót tak się opóźnia, a bohater spotyka jedynie kobietę stworzoną na jej podobieństwo. Ostatecznie sam zamyka się w cylindrze, licząc, że przyszłość przyniesie technologię pozwalającą mu odzyskać utraconą przeszłość. Wynalazek, który miał ocalić miłość przed czasem, staje się narzędziem ucieczki od rzeczywistości.

Interesująca wydaje się wizja Ziemi przedstawiona przez autora. Miasta funkcjonują dzięki automatyce i robotom, które produkują żywność, naprawiają urządzenia i wykonują pracę za ludzi. Z dzisiejszej perspektywy łatwo widzieć w tym także przestrogę przed oddawaniem kolejnych obszarów życia automatom i sztucznej inteligencji. Zajdel nie twierdzi jednak, że technologia sama w sobie jest zła. Problem pojawia się wtedy, gdy człowiek pozbawiony odpowiedzialności, obowiązków i wpływu na własne życie zaczyna rozpadać się psychicznie i społecznie. Maszyny podtrzymują biologiczne istnienie ludzi, ale nie są w stanie podtrzymać ludzkiej cywilizacji.

Najmocniejszym pomysłem powieści pozostaje inżynieria społeczna. Próba rozwiązania problemu przeludnienia przez sterowanie płodnością, selekcję „najlepszych” genetycznie jednostek i projektowanie przyszłych pokoleń prowadzi do katastrofy. Zamiast doskonalszej ludzkości powstaje społeczeństwo biologicznie i moralnie rozszczepione. Zajdel pokazuje fundamentalny błąd utopistów: przekonanie, że człowieka można zaprogramować jak maszynę, a skomplikowane procesy społeczne naprawić jednym technicznym rozwiązaniem.

Cylinder ma podobny wymiar symboliczny. Pozwala ominąć naturalny bieg czasu, ale nie rozwiązuje problemów bohatera. Przeciwnie – pogłębia jego wyobcowanie. Można zachować ciało i przeskakiwać między epokami, lecz nie da się zachować świata, relacji ani własnego miejsca w społeczeństwie. Nieśmiertelność okazuje się samotnością.

I właśnie tutaj „Cylinder van Troffa” powinien być powieścią naprawdę wielką. Pomysły są znakomite: eugenika, automatyzacja, przeludnienie, totalitaryzm, samotność człowieka wyrwanego z własnej epoki i pokusa technicznego „naprawiania” natury ludzkiej. Niestety, Zajdel nie połączył tych elementów w równie przekonującą całość jak w „Limes inferior” czy „Paradyzji”. Książka bywa zwyczajnie nudna, tempo często siada, a partie refleksyjne rozczarowują. Literacko jest to proza raczej przeciętna, pozbawiona większej stylistycznej siły.

Ostatecznie „Cylinder van Troffa” jest ciekawszy jako zbiór pytań niż jako dzieło literackie. Zajdel chciał pokazać, jak pozornie zbawienny wynalazek może zniszczyć człowieka oraz jak inżynieria społeczna, podejmowana w imię racjonalności i postępu, może doprowadzić do rozpadu cywilizacji. To przesłanie pozostaje mocne. Szkoda, że jego realizacja nie dorównuje sile pomysłu. To jedynie tło dla niezbyt zajmującej fabuły. Aż chciałoby się otrzymać nową wersję powieści, z rozbudowaną fabułą, ale jednocześnie rozwiniętą częścią prezentującą wypaczone systemy społeczne, którym główny bohater stara się przeciwstawić. A tak mamy ciekawy tekst, nad którym powinno się jeszcze długo pracować.


comments powered by Disqus