„Venom. Czerń, biel i krew” - recenzja

Autor: Jacek Szeląg Redaktor: Redakcja

Dodane: 21-06-2026 21:39 ()


Venom, jaki jest, każdy widzi. Wielki, czarny, uzębiony i zawsze gotów udowodnić, że określenie „zabójczy obrońca” nie jest tylko efektownym hasłem reklamowym. A jednak przy całej tej pozornej prostocie jest to postać wyjątkowo pojemna. Można ją wpisać w horror, sensację, superbohaterską nawalankę, dramat psychologiczny, a nawet w groteskową przypowieść o zemście. Właśnie dlatego antologia „Venom: Czerń, biel i krew” okazuje się propozycją więcej niż sensowną.

Dla przypomnienia: Venom narodził się z odrzucenia. Obcy kostium, który niegdyś związał się ze Spider-Manem, po porzuceniu przez Petera Parkera znalazł nowego nosiciela w osobie Eddiego Brocka. Z połączenia krzywdy, gniewu, nienawiści i przedziwnej potrzeby bliskości powstał jeden z najbardziej rozpoznawalnych antybohaterów Marvela. Z czasem Venom przeszedł długą drogę, od koszmaru Spider-Mana, przez brutalnego strażnika ulic, po postać uwikłaną w wielką mitologię symbiontów. Album „Czerń, biel i krew” nie próbuje jednak streszczać całej tej historii. Zamiast tego wybiera formę krótkich opowieści, w których różni twórcy pokazują Venoma z odmiennych stron.

Historie utrzymane są w ograniczonej palecie barw: czerni, bieli i czerwieni. W przypadku Venoma to nie tylko ozdobnik. Czerń jest jego ciałem, cieniem i kryjówką. Biel to oczy, zęby i pajęczy znak. Czerwień oznacza krew, gniew, alarm i konsekwencje. W praktyce daje to komiks bardzo efektowny wizualnie, momentami wręcz stworzony do większego, albumowego formatu. Twarda oprawa i zbiorcze wydanie dodatkowo wzmacniają wrażenie, że mamy do czynienia nie z dodatkiem do głównej serii, ale z osobnym pokazem możliwości tej postaci.

Album otwiera zestaw historii, które od razu pokazują rozpiętość przyjętej formuły. David Michelinie, jeden z twórców najmocniej kojarzony z Venomem, zabiera czytelnika w dżunglę, gdzie Eddie Brock i symbiont stają przeciwko paramilitarnej organizacji zainteresowanej wykorzystaniem obcej materii. Jest tu prostota dobrego komiksowego horroru: źli ludzie wchodzą na teren, którego nie rozumieją, a w ciemności czeka coś znacznie gorszego od nich. Jonas Scharf bardzo dobrze wykorzystuje ograniczoną kolorystykę. Dżungla staje się plątaniną cieni, a Venom może dosłownie wyłaniać się z czerni planszy. To klasyczne, mocne otwarcie, które przypomina, że zanim Venom stał się bohaterem skomplikowanych kosmicznych historii, działał najlepiej jako potwór z własnym kodeksem.

W podobnie ciekawy sposób wypada opowieść Ryana Northa i Creeesa Lee. Venom pomagający dziecku w zemście brzmi jak pomysł balansujący na granicy żartu, ale właśnie ta granica jest tutaj najciekawsza. North dobrze rozumie, że komizm Venoma nie polega na tym, że postać świadomie żartuje. Przeciwnie, Venom jest zabawny, bo jest śmiertelnie poważny. Chce pomagać, ale jego wyobrażenie o pomocy zwykle zakłada natychmiastową eskalację i bardzo ostre zęby. Creees Lee nadaje tej historii lekkość i czytelność, dzięki czemu całość nie tonie w mroku, lecz pokazuje absurd wpisany w moralność „zabójczego obrońcy”.

Jednym z najlepszych fragmentów tomu pozostaje historia J.M. DeMatteisa i Dave’a Wachtera, w której Eddie mierzy się nie tylko z przemocą świata zewnętrznego, ale także z raną rodzinną. To opowieść po wydarzeniach „Maximum Carnage”, lecz jej siła nie wynika z odwołania do wielkiej superbohaterskiej awantury. Najważniejsze jest tu spotkanie z bólem, którego symbiont nie potrafi po prostu zagryźć. DeMatteis od lat świetnie czuje takie psychologiczne rejestry, a Wachter rysuje tę historię z odpowiednim ciężarem. Czerwień nie jest tu tylko krwią. Bardziej przypomina siniak, który nie chce zejść. W tomie pełnym zębów, pazurów i wybuchów to właśnie ta bardziej kameralna opowieść zostaje w pamięci na dłużej.

Dalej album skręca w stronę czystej superbohaterskiej energii. Erik Larsen wraca do wczesnej rywalizacji Spider-Mana i Venoma, czyli do czasów, gdy symbiont był dla Petera Parkera jednym z najbardziej osobistych koszmarów. Larsen nie bawi się w subtelności. Liczy się impet, przesada i poczucie, że Venom narusza wszystkie reguły, do których Spider-Man przywykł. Jest silny, zna jego sekrety i potrafi obejść pajęczy zmysł. W czerni, bieli i czerwieni ta konfrontacja ma bardzo czytelny, niemal plakatowy charakter.

Nie zabrakło także Flasha Thompsona jako Agenta Venoma. Ten wariant postaci zawsze różnił się od Eddiego. U Brocka symbiont jest niemal emocjonalnym przedłużeniem urazy i samotności. U Flasha staje się bronią, narzędziem wojskowym, ale też pokusą. Tom Waltz i Brian Level dobrze wykorzystują ten kontrast, zestawiając dyscyplinę żołnierza z chaosem obcej materii. Starcie z Jackiem O’Lanternem daje opowieści odpowiednią dawkę akcji i szaleństwa. Nie jest to najbardziej poruszająca część albumu, ale jako dynamiczny przerywnik sprawdza się bez zarzutu.

Największą zaletą albumu jest to, że nie udaje jednej zwartej powieści. To antologia, a więc zbiór krótkich, mniej lub bardziej udanych prób uchwycenia Venoma. Raz jest on drapieżnikiem z horroru, raz groteskowym mścicielem, raz tragicznym synem, raz wojskową bronią, a kiedy indziej figurą prawie mityczną. Szczególnie dobrze widać to w bardziej eksperymentalnych historiach, takich jak samurajska wariacja Takashiego Okazakiego. Nie trzeba jej długo tłumaczyć. Starożytna Japonia, symbiont jako demoniczna zbroja i Carnage w czerwieni. Brzmi jak fanowska fantazja, ale wykonanie broni ten pomysł. Okazaki ma styl na tyle wyrazisty, że jego opowieść czyta się bardziej jak legendę niż element regularnej ciągłości Marvela.

Lee Price w historii Ala Ewinga i Kei Zamy pozwala spojrzeć na Venoma od strony kontroli, manipulacji i chłodniejszego suspensu. Mac Gargan przypomina natomiast, że nie każdy, kto pragnie mocy symbionta, rozumie cenę takiego związku. To dobry zabieg, bo album nie zamyka Venoma wyłącznie w Eddiem Brocku, choć właśnie Eddie pozostaje jego najważniejszym i najbardziej nośnym wcieleniem. Dzięki temu całość działa trochę jak szybki przegląd historii marki, ale bez encyklopedycznego zacięcia.

Na osobną uwagę zasługuje oprawa graficzna. Przy takiej liczbie rysowników nierówności są nieuniknione, ale zarazem wpisane w założenie projektu. Jonas Scharf stawia na duszną atmosferę. Dave Wachter na ciężar emocjonalny. Erik Larsen na klasyczną, komiksową przesadę. Brian Level na poszarpaną akcję. Kei Zama na gęsty body horror i organiczno-mechaniczne napięcie. Chris Bachalo, wspierany tuszem Jaimego Mendozy, daje z kolei finał najbardziej rozbuchany, dziwny i świątecznie makabryczny. Nie każdy styl przypadnie każdemu do gustu, ale wszystkie korzystają z ograniczenia palety. Czerń, biel i czerwień wymuszają czytelne decyzje, a kiedy twórcy dobrze je wykorzystują, plansze mają siłę plakatu.

Antologie prawie zawsze są nierówne i tak jest również tutaj. Jedne historie sprawiają wrażenie pełnoprawnych krótkich form, inne wyglądają jak szkice większych pomysłów. Czasami powtarza się schemat, że ktoś lekceważy Venoma, Venom odpowiada, pojawia się dużo czerwieni. Są też fragmenty, które mocniej przemówią do czytelników znających konkretne etapy historii symbionta. Kto nie ma sentymentu do Agenta Venoma, Maca Gargana czy pobocznych wcieleń, może uznać część materiału za mniej angażującą. Nie jest to jednak poważny zarzut wobec albumu, który od początku działa na zasadzie przekrojowego zestawu atrakcji.

Podsumowując, „Venom: Czerń, biel i krew” to bardzo solidna propozycja dla sympatyków symbionta i dla czytelników lubiących komiksy graficznie wyraziste. Nie jest to album, od którego najlepiej zaczynać znajomość z Venomem, bo część przyjemności wynika z rozpoznawania różnych etapów jego historii. Jeśli jednak ktoś wie, kim jest Eddie Brock, zna podstawową relację symbionta ze Spider-Manem i lubi komiksowe horrory z superbohaterskim pazurem powinien być zadowolony.

Brać i czytać? Dla fanów Venoma zdecydowanie tak. Dla pozostałych również, pod warunkiem że nie szukają klasycznej, linearnej fabuły, lecz krwawej i stylowej antologii z jednym z najbardziej wdzięcznych potworów Marvela w roli głównej. Czerń jest tu gęsta, biel ostra, a czerwień pojawia się dokładnie wtedy, kiedy powinna.

 

Tytuł: Venom. Czerń, biel i krew

  • Tytuł oryginału: „Venom: Black, Wite & Blood #1-4”
  • Scenariusz: David Michelinie, J.M. DeMatteis, Ryan North, Eric Larsen, Karla Pacheco, Tom Waltz, David Dastmalchian, Al Ewing, Carl Potts, Takashi Okazaki, Rich Douek, Chris Bachalo
  • Rysunki: Jonas Scharf, Dave Wachter, Creees Lee, Erik Larsen, Pere Pérez, Kei Zama, Brian Level, Philip Tan, Damian Couceiro, Takashi Okazaki, Robert Gill, Chris Bachalo
  • Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
  • Wydawca: Mucha Comics
  • Data publikacji edycji polskiej: 23.06.2026 r. 
  • Oprawa: twarda
  • Format: 180 x 275
  • Druk: kolor
  • Papier: kredowy
  • Liczba stron: 152
  • Cena: 85 zł

Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji. 

Galeria


comments powered by Disqus