„Kroniki X-Men”: „Z popiołów” - recenzja

Autor: Michał Chudoliński Redaktor: Redakcja

Dodane: 09-10-2026 21:10 ()


Są w popkulturze śmierci, które przestają być tylko zwrotem akcji i stają się wspólnym doświadczeniem odbiorców. Śmierć Jean Grey w „Sadze Mrocznej Phoenix” należy właśnie do tej kategorii. W 1980 roku Chris Claremont i John Byrne opowiedzieli historię o kobiecie, której moc wyrosła poza ludzką miarę, a zarazem o cenie, jaką ponosi wspólnota, gdy nie umie ochronić jednej ze swoich osób. „Kroniki X-Men. Z popiołów” wracają do tej rany kilka lat później. Tom obejmujący „Uncanny X-Men” #168–176 oraz pierwszą miniserię „Wolverine’a” nie jest prostym dopiskiem do słynnej sagi. To komiks o tym, co dzieje się po katastrofie: gdy bohaterowie wracają do domu, muszą znów pracować, kochać, wybaczać i zdecydować, czy wolno im w ogóle myśleć o przyszłości.

Tytuł polskiego wydania trafia w sedno. „Z popiołów” nie oznacza tutaj efektownego resetu, tak częstego w świecie superbohaterów. Oznacza raczej ostrożne zbieranie siebie. X-Men Claremonta nie są w tym momencie bezbłędną drużyną z plakatu. Są grupą ludzi, których niezwykłe możliwości nie usuwają lęku, żałoby ani konfliktów interesów. Profesor Xavier odzyskuje ciało zdolne chodzić, ale musi nauczyć się go od początku. Kitty Pryde słyszy, że powinna zejść o szczebel niżej, do zespołu młodszych mutantów, i reaguje tak, jak reaguje nastolatka, która właśnie dowiedziała się, że dorośli nie ufają jej ambicji. Rogue prosi o schronienie tych samych ludzi, którym wyrządziła krzywdę. A Cyclops poznaje Madelyne Pryor — pilotkę łudząco podobną do zmarłej Jean. Każdy z tych wątków pyta o możliwość drugiej szansy, lecz żaden nie oferuje jej za darmo.

Największą siłą tomu jest właśnie ta emocjonalna gęstość. Claremont, scenarzysta kojarzony dziś z długimi monologami i rozległą mutancką sagą, prowadzi fabułę tak, jakby pod kostiumami krył się serial obyczajowy o rodzinie po przejściach. Czasem potrafi być przesadny: dialogi z początku lat osiemdziesiątych lubią nazywać to, co obraz już pokazuje, a spiętrzenie dramatów bywa niemal operowe. Zarazem ta metoda świetnie służy X-Men. Mutacja jest tu metaforą odmienności, lecz nie zamienia postaci w figury tezy. Pozwala pokazać, że wspólnota powstaje nie z podobieństwa, tylko z trudnej decyzji, by zrobić miejsce komuś niewygodnemu.

To ważne także dla historii samego gatunku. Wczesne komiksy Marvela nauczyły odbiorców, że herosi mogą mieć rachunki do zapłacenia, kłótnie z przyjaciółmi i zmęczenie rolą zbawcy. Claremont rozwija tę obietnicę dalej: nie pyta już tylko, jak drużyna pokona zagrożenie, ale co zwycięstwo zrobi z jej członkami następnego ranka. Dlatego w tym albumie miejsce obok pojedynków z superzłoczyńcami zajmują kolacje, treningi, niezręczne rozmowy i śluby. W rękach słabszego autora podobne przystanki rozbiłyby tempo. Tutaj budują stawkę. Gdy przychodzi walka, nie walczą abstrakcyjne kostiumy, lecz osoby, których wzajemne zobowiązania czytelnik zdążył poznać.

Najmocniej wybrzmiewa to w rozdziałach poświęconych Rogue. Jej pojawienie się w rezydencji Xaviera ma w sobie coś z wejścia oskarżonej na salę sądową: dziewczyna nie może cofnąć tego, co zrobiła Carol Danvers, a Wolverine nie ma najmniejszego powodu, by uwierzyć w jej skruchę. Xavier widzi jednak w niej osobę, której nikt wcześniej nie nauczył, jak inaczej korzystać z siły. To bardzo claremontowskie: etyczny problem nie zostaje rozwiązany jedną przemową, tylko przeniesiony do kolejnych scen, spojrzeń i ryzykownych decyzji. Z dzisiejszej perspektywy łatwo dostrzec, jak ważny jest ten ruch dla całej późniejszej mitologii Marvela. Rogue nie zostaje „oczyszczona” przez fabułę; otrzymuje możliwość pracy nad sobą, a zaufanie trzeba będzie budować długo.

Podobnie rzecz ma się z Storm. Starcie z Callisto i Morlokami — mutantami żyjącymi pod Nowym Jorkiem, odrzuconymi nawet przez społeczność odrzuconych — należy do najważniejszych sekwencji tego zbioru. Claremont opowiada o klasie, ciele i widzialności bez wygłaszania wykładu. Morlokowie nie są po prostu kolejną ekipą złoczyńców; są konsekwencją świata, w którym „inność” może być akceptowalna tylko wtedy, gdy jest efektowna, piękna albo użyteczna. Storm, dotąd niemal wyniesiona na piedestał jako pogodowa bogini i moralny punkt oparcia drużyny, musi skonfrontować się z własną przemocą. Gdy później wraca z Japonii w skórzanej kurtce i z irokezem, zmiana fryzury nie jest marketingowym zabiegiem. To widzialny znak przejścia od roli ikony do roli kobiety, która nie chce już stale ucieleśniać cudzych oczekiwań.

W tym miejscu „Z popiołów” zdradza, dlaczego klasyczne przygody X-Men wciąż wydają się żywe. Przemiana Storm nie zostaje podana jako proste „wzmocnienie” postaci. Jest niepokojąca również dla jej przyjaciół, zwłaszcza dla Kitty. Komiks dopuszcza, że emancypacja jednej osoby może zachwiać poczuciem bezpieczeństwa drugiej. Relacja Ororo z Yukio, zarysowana także w miniserii „Wolverine”, ma przy tym podskórny erotyczny ładunek i energię, której ówczesny mainstream Marvela nie umiałby jeszcze nazwać wprost. To nie pełna reprezentacja według dzisiejszych standardów, lecz wyraźny ślad tego, jak autorzy szukali szczelin w ograniczeniach epoki.

Jest w tym również coś niezwykle współczesnego. Dzisiejsze opowieści o superbohaterach często mylą dojrzałość z cynizmem, a zmianę z jednorazową traumą, po której bohater wraca do sprawnego działania. Claremont jest bardziej cierpliwy. Storm nie zmienia się dlatego, że scenariusz potrzebuje nowego kostiumu; jej nowe oblicze wyrasta z nagromadzonych doświadczeń, z kontaktu z przemocą, ze stratą i z fascynacją wolnością Yukio. Analogicznie Rogue nie staje się częścią drużyny po jednej bohaterskiej akcji, a Wolverine nie przestaje być groźny tylko dlatego, że poznał kodeks honorowy. To właśnie ciągłość emocjonalna, nie lista „kultowych momentów”, sprawia, że powrót do tych zeszytów ma sens.

Druga część tomu przenosi ciężar na Logana. Czterozeszytowy „Wolverine” Claremonta i Franka Millera jest dziełem, które zasadniczo zmieniło rozumienie tej postaci. Przed nim Wolverine bywał przede wszystkim nieokiełznanym berserkerem z pazurami; po nim stał się bohaterem napiętym między zwierzęcą wściekłością a aspiracją do honoru. Japonia nie jest tu jedynie egzotyczną dekoracją ani katalogiem samurajskich rekwizytów. To przestrzeń próby: Logan musi pojąć, że samą skutecznością i brutalnością nie odzyska szacunku Mariko ani własnego. Miller rysuje Tokio z filmową dynamiką — wyraziste cienie, ciasne kadry, pęd ciał — a jednocześnie umie zatrzymać akcję w geście i spojrzeniu. Z dzisiejszej perspektywy można dyskutować o komiksowej orientalizacji, ale trudno przecenić, jak ta historia otworzyła superbohaterski mainstream na bardziej surowe, opowieści noir o cenie przemocy.

Miniseria działa tym lepiej, że nie została wklejona do tomu mechanicznie. Jej konsekwencje wracają w „Uncanny X-Men”: do relacji Logana z Mariko, do wejścia Yukio, do innego ustawienia Wolverine’a wobec reszty drużyny. Claremont pokazuje tu rzadką dziś dyscyplinę narracyjną. Poszczególne tytuły Marvela nie udają, że dzieją się w hermetycznych bańkach, ale również nie zmuszają czytelnika do studiowania mapy crossoverów. Wystarczy wiedzieć, że wydarzenia zostawiają ślad, bo ludzie pamiętają to, co ich spotkało.

Najbardziej ryzykowny wątek wiąże się z Madelyne Pryor. Czy podobieństwo do Jean Grey jest przypadkiem, żałobną projekcją Cyclopsa, czy zapowiedzią powrotu Phoenix? Claremont umiejętnie podkręca napięcie, korzystając z pamięci czytelników o „Sadze Mrocznej Phoenix”. Wie, że nikt nie zaufa tu spokojnej scenie flirtu, skoro w tle czai się widmo kosmicznej zagłady. Zarazem nie sprowadza Madelyne do samej zagadki. Ma zawód, temperament i wystarczająco dużo ironii, by nie dać się zamknąć w roli fantomu zmarłej kobiety. Współczesny czytelnik zna zapewne późniejsze, wielokrotnie przepisywane losy tej bohaterki i może odczuć pewien dyskomfort wobec tempa romansu. Warto jednak pamiętać, że w momencie publikacji stawką tej opowieści było przede wszystkim pytanie, czy Cyclops ma prawo przeżyć żałobę bez zdrady pamięci o Jean.

Właśnie dlatego motyw Phoenix wybrzmiewa tu ciekawiej niż w wielu późniejszych historiach o powrotach zmarłych. Claremont nie chce natychmiast unieważnić finału wielkiej sagi. Przeciwnie: wykorzystuje niepewność, by pokazać, jak pamięć o zmarłej osobie kolonizuje teraźniejszość. Jean wraca w spojrzeniu Scotta, w podejrzliwości X-Men i w lęku przed tym, że każdy znak bliskości okaże się zapowiedzią kolejnej katastrofy. Taka strategia ma niemal gotycki charakter. Madelyne jest jednocześnie realną kobietą i figurą nawiedzającą fabułę; im mocniej bohaterowie próbują rozstrzygnąć, „kim naprawdę jest”, tym wyraźniej widać, że nie uporali się jeszcze z tym, kim była Jean.

Finał nie dorównuje rozmachem oryginalnej „Sadze Mrocznej Phoenix”, ale świadomie stawia na mniejszą skalę. To historia o traumie, która podszywa się pod dawną fabułę. X-Men muszą stawić czoła nie tyle potędze Phoenix, ile własnej podatności na powtórzenie. Bardzo dobrze wypada Cyclops, zwykle traktowany przez popkulturowe skróty jako chłodny dowódca w wizjerze. Claremont przypomina, że jego opanowanie jest formą pracy nad sobą, nie brakiem uczuć. W kulminacji Scott wygrywa nie większą siłą ognia, lecz zdolnością uporządkowania chaosu i zaufaniem do ludzi obok.

Wizualnie album jest fascynującym zapisem chwili przejścia. Paul Smith nadaje zespołowi lekkość, elegancję i niezwykłą czytelność. Jego postaci nie pozują wyłącznie do okładki: reagują twarzami, ustawieniem dłoni, dystansem między ciałami. Dzięki temu nawet zatłoczona scena w rezydencji lub kłótnia przy stole mają własny rytm. Frank Miller w „Wolverine” przynosi odwrotną energię — bardziej nerwową, poszarpaną, świadomie dramatyczną. Zestawienie tych stylów może brzmieć jak redakcyjny kompromis, lecz w tym tomie działa na korzyść całości: mutancka opera domowa zderza się z miejskim thrillerem i obie formy mówią o tym samym, o ludziach próbujących przejąć kontrolę nad własnym życiem.

Smith jest przy tym mistrzem ekonomii. W komiksie pełnym telepatów, pazurów i błyskawic jego najważniejszym narzędziem bywa czytelne rozstawienie osób w kadrze. Kto stoi z boku, kto komu odwraca się plecami, kto wchodzi za blisko — te drobiazgi nie tylko ozdabiają scenę, ale porządkują relacje w zespole. Miller w miniserii szuka z kolei ostrego kontrastu między dyscypliną a wybuchem. Dzięki tuszowi Josefa Rubinsteina jego Japonia jest zarazem elegancka i klaustrofobiczna, jak miasto, które obiecuje bohaterowi nową tożsamość, lecz stale przypomina mu o cenie przynależności. Obaj artyści nie ilustrują scenariusza z zewnątrz: każdy inaczej definiuje, co znaczy być X-Men.

Początek tomu, domykający wcześniejsze kosmiczne perypetie, zakłada sporą wyrozumiałość wobec obcych ras, dawnych konfliktów i wyjaśnień, które dla nowego odbiorcy mogą być mętne. Część rozwiązań fabularnych — zwłaszcza dotyczących ciała profesora Xaviera — ma tę beztroską umowność, którą w komiksie superbohaterskim albo się kupuje, albo odrzuca. Również Madelyne dostaje mniej czasu, niż zasługiwałaby jako pełnoprawna bohaterka. Nie są to jednak wady niszczące lekturę. Raczej przypomnienie, że „Kroniki” są żywym fragmentem wielkiego serialu, a nie perfekcyjnie zamkniętą powieścią graficzną.

Warto zresztą czytać ten album nie jako muzealny zestaw „obowiązkowych zeszytów”, ale jako zapis szczególnej chwili w amerykańskim komiksie. Marvel wciąż pracował wtedy w rytmie miesięcznika, który musiał dostarczyć przygodę tu i teraz, ale mógł też odkładać znaczenia na lata. Claremont zostawia haczyki, podprowadza postaci pod wybory i ufa, że odbiorca zapamięta nie tylko cliffhanger, lecz także emocję. Dzisiejsza kultura serialowa, oparta na sezonowych planach i natychmiastowym komentowaniu każdego odcinka, często odziedziczyła tę metodę, choć nie zawsze odziedziczyła jej cierpliwość. „Z popiołów” przypomina, że wielowątkowość nie polega na mnożeniu informacji; polega na tym, by każda kolejna historia pogłębiała poprzednią.

Najważniejsze jest to, że tom nie wymaga od czytelnika encyklopedycznej znajomości mutantów. Znawcy odnajdą tu fundamenty późniejszych konfliktów, ikonografii i charakterów; nowi odbiorcy dostaną opowieść, w której nadludzkie moce nigdy nie są ciekawsze od emocjonalnych konsekwencji ich użycia. Można wejść w nią dla Wolverine’a i japońskiej przygody z Frankiem Millerem, dla punkowej przemiany Storm, dla pierwszych kroków Rogue po stronie X-Men albo dla mrocznego echa Jean Grey. W każdym przypadku wychodzi się z poczuciem, że klasyka nie polega na nietykalności. Polega na tym, że po latach nadal potrafi wyjaśnić, dlaczego utrata boli, a nadzieja nie jest po prostu kolejną supermocą.

 

Tytuł: Kroniki X-Men: Z  popiołów

  • Scenariusz: Chris Claremont
  • Rysunki: Paul Smith, Frank Miller, Walter Simonson, John Romita Junior
  • Tusz: Bob Wiacek, Josef Rubinstein
  • Kolory: Glynis Wein, Bob Sharen, Paul Becton, Janine Casey
  • Ilustracja na okładce: Arthur Adams
  • Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz (Uncanny X-Men #168–176), Jacek Drewnowski (Wolverine vol. 1 #1–4)
  • Wydawca: Mucha Comics
  • Data publikacji: 29.09.2026 roku
  • Druk i oprawa: EDICA, Poznań
  • Papier: kreda, kolor
  • Format: 180 mm x 275 mm
  • Stron: 336
  • ISBN: 978-83-67571-77-7
  • Cena: 189 zł

  Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji. 

 

comments powered by Disqus