Hobbit w akwareli
Dodane: 08-10-2026 21:21 ()
Bilbo Baggins ma wygląd człowieka, który przed ratowaniem świata wolałby sprawdzić, co będzie na obiad. W rysunkach Davida Wenzela jego zaokrąglona sylwetka i nieco komiczna twarz zachowują tę zwyczajność, dzięki której opowieść Tolkiena wciąż działa. Odwaga kogoś takiego kosztuje więcej niż brawura zawodowego pogromcy potworów. Komiksowy „Hobbit” Chucka Dixona i Wenzela przekonuje właśnie wtedy, gdy pozwala nam odczuć odległość między bezpieczną norą a światem, w którym trzeba radzić sobie bez domowych wygód.
Adaptacja powstała u schyłku lat osiemdziesiątych, na długo przed filmowym Śródziemiem Petera Jacksona. Warto o tym pamiętać, bo jej obrazy wyrastają z tradycji ilustrowanej baśni. Akwarele Wenzela mają miękkość i drobiazgowość, które sprzyjają oglądaniu krajobrazów, wnętrz oraz fizjonomii przybyszów. Zieleń Shire obiecuje odpoczynek; tłok krasnoludów przy stole zamienia wizytę w zabawne naruszenie domowego porządku. Już tutaj widać, ile Bilbo ma do stracenia, wychodząc za próg. Przytulność początku nadaje późniejszym niebezpieczeństwom właściwą miarę. Wenzel dobrze rozumie, że czytelnik powinien najpierw polubić dom bohatera, żeby później razem z nim za tym domem zatęsknić.
Dixon zachowuje zasadniczy kierunek tej przemiany: gospodarz wciągnięty w cudzą wyprawę stopniowo zdobywa prawo do własnego zdania. Podróż po skarb staje się także lekcją niezależności wobec towarzyszy, ich ambicji i przekonania o słuszności swoich roszczeń. Jest w tym dyskretna przewrotność. Ktoś uznany za mało przydatnego potrafi dostrzec to, co umyka pewnym siebie uczestnikom ekspedycji. Baśniowa umowność rysunków pomaga przyjąć tę perspektywę bez poczucia, że oglądamy pomnikowe narodziny herosa. Bilbo pozostaje kimś, z kim chętnie usiedlibyśmy przy stole.
Gorzej wypada samo przełożenie literatury na język komiksu. Dixon tak pieczołowicie przenosi narrację, że obszerne bloki tekstu chwilami konkurują z obrazem o uwagę. Opowieść bywa jednocześnie pośpieszna w przechodzeniu między przygodami i powolna w lekturze poszczególnych stron. To cena próby zachowania możliwie wielu elementów książki: wydarzenia zostają odnotowane, lecz nie zawsze dostają przestrzeń, by wybrzmieć. Najbardziej szkoda chwil ciszy, w których krajobraz, gest czy spojrzenie mogłyby opowiedzieć więcej bez pomocy narratora. Szacunek dla Tolkiena staje się tu chwilami zbyt ostrożnym podejściem do możliwości nowego medium.
Mimo tego „Hobbit” broni się jako ciepła, starannie malowana interpretacja, do której warto zajrzeć również po lekturze powieści. Zapowiedziane w polskim wydaniu szkice i materiały o pracy Wenzela dodatkowo kierują uwagę ku największemu atutowi albumu. To dobry powód do powrotu, choć sama uroda ilustracji nie usuwa nierównego rytmu adaptacji. Najdłużej zostaje z nami jej Bilbo: człowiek domowych przyzwyczajeń w ciele hobbita, który odkrywa, że można tęsknić za spokojem i mimo wszystko zrobić coś odważnego.
Ocena: 7/10
J.R.R. Tolkien, „Hobbit albo tam i z powrotem”. Adaptacja: Charles (Chuck) Dixon; ilustracje: David Wenzel; przekład: Paulina Braiter. Zysk i S-ka, 2026, 186 s.
comments powered by Disqus
























