„Kroniki X-Men”: „Wolverine & Gambit. Ofiary” - recenzja
Dodane: 06-10-2026 20:59 ()
Jest lato 1997 roku, mam 10 lat. Pamiętam dokładnie: jestem niedaleko domu, w miejscu, gdzie teraz jest nowe osiedle, a kiedyś były pola. Leżę sobie na kocu, obok stoi rower, mam ze sobą przekąski, figurki superbohaterów i komiks, który czytam raz za razem. Tym komiksem jest kupiony parę miesięcy wcześniej „Mega Marvel” 2/1997, zatytułowany „Wolverine/Gambit: Ofiary”. Komiks, na który wówczas byłem zdecydowanie za młody, którego nie w pełni rozumiałem i z którego aluzje do Kuby Rozpruwacza były prawdopodobnie moim pierwszym zetknięciem się z tą postacią. Nie czytałem zeszytówek z mutantami od TM-Semic, a do premiery kultowego „X-Men TAS” miało dopiero dojść w przyszłym roku i o ile Wolverine’a kojarzyłem, to było to moje pierwsze zetknięcie się z Gambitem. Tutaj akurat mam coś wspólnego z rysownikiem, który przed tym projektem również nie znał nowoorleańskiego mutanta.
Bardzo lubię komiksy duetu Jeph Loeb & Tim Sale. Niezmiennie od lat podtrzymuję opinię, że najlepsze komiksy napisane przez Loeba to te, które właśnie narysował Sale. Panowie działali sprawnie niczym alchemiczne połączone małżeństwo. Pamięć mnie zawiodła, bo sądziłem, że pierwszym komiksem, za którego sprawą poznałem ten artystyczny duet, był wydany w ramach wydań specjalnych DC „Top Komiks: Batman: Halloween”, stanowiący część zawartości albumu „Batman: Nawiedzony Rycerz”. Okazuje się jednak, że nie, bo rzeczony „Top Komiks” ukazał się dopiero w roku 1999. Co za tym idzie, moim pierwszym komiksem od tej dwójki były właśnie „Ofiary”.
W cartoonowej kresce Sale’a było coś takiego, że nawet po dłuższej przerwie i moim powrocie do komiksów pod koniec liceum/na początku studiów Tim Sale z miejsca stał się jednym z ulubionych artystów, obok poznanego wówczas Dave’a McKeana, Alexa Rossa czy niezmiennie mojego ulubionego od lat szczenięcych bat-artysty Norma Breyfogle’a. Sale, nawet jeśli rysuje tę samą postać, ale robi to w innym komiksie, to dostosowuje ją do historii i wygląda ona trochę inaczej. Jego bohaterowie są anatomicznie niesymetryczni i jedno oko zawsze jest wyżej.
Wracając może do meritum, powrót do tego komiksu po latach był dla mnie przedsięwzięciem ryzykownym, bo jednak siła nostalgii jest przepotężna. Przekonałem się o tym nie tak dawno temu przy historii „Spider-Man: Rzeź maksymalna”, która okazała się paskudna i retroaktywnie popsuła mi dzieciństwo. Obawiałem się, że powrót do „Ofiar” również sprawi, że na moich wspomnieniach pojawią się rysy i pęknięcia. Powiem tak: nie było źle, ale starając się odłożyć tutaj na bok gogle nostalgii, uważam ten komiks za ni mniej, ni więcej OK. Na tle innych prac tego duetu wypada przeciętnie, ale na pewno jest lepszy od ich pierwszego wspólnego projektu, tj. „Pogromcy Nieznanego muszą zginąć!”. „Ofiary” mają ciekawy pomysł wyjściowy i ciekawy klimat, ale sama rezolucja na tle obecnych komiksów wypada raczej blado.
Akcja rozgrywa się w Londynie. Ktoś morduje w brutalny sposób kobiety. Do stolicy Anglii przybywa Gambit, przywiedziony tym, że jedną z ofiar jest jego dawna znajoma policjantka. Okazuje się, że podejrzanym o te zbrodnie może być jego kolega z drużyny, Wolverine. Co jest o tyle prawdopodobne, że nawet sam Logan nie wyklucza tego, że jest mordercą, bo nie wie, skąd wziął się w Londynie. Zaniki pamięci i rozterki, czy jest bardziej człowiekiem, czy zwierzęciem, stanowią pożywkę dla jego wątpliwości. Brzmi intrygująco: potencjalny morderca sam nie wie, czy dokonał zbrodni, czy też ktoś go skutecznie wrabia. Podobnie jak jego kanadyjski kompan Gambit, to również samotny wilk, intrygujący i tajemniczy, nie ma szczęścia w miłości, jest twardym maczo lubianym przez kobiety (w tym także przez czytelniczki). Parafrazując Sale’a, są jak Heathcliff z „Wichrowych Wzgórz”, tylko że kopią tyłki. Obaj muszą niechętnie połączyć siły, by stawić czoło postaciom antagonistycznym. Jedna z nich była dla młodszego mnie przerażająca, obecnie jest on bardziej pranksterem, zabójczym, ale nie mrocznym. Może to wpływ tej słynnej londyńskiej pogody...
Niedopatrzeniem, na które jako dzieciak nie zwracałem uwagi, bo łykałem te treści jak młody pelikan, jest dość lakoniczne odniesienie do pewnych wydarzeń, które doprowadziły do obecnego status quo złoczyńców. Działy się w innym komiksie i choć oczywiście jest to nieodłącznym elementem superbohaterskich telenowel, to tutaj przydałoby się większe wprowadzenie. Spojrzenie do Wikipedii rozwiewa niejasności, ale nie o to chodzi i miniseria nie do końca broni się jako zamknięte dzieło. Inne „dzieci” Loeba i Sale’a tego błędu nie popełniły. Większy metraż mógłby pozytywnie wpłynąć na rozbudowanie złoczyńców ponad kilka dialogów i pogłębić wzajemną relację protagonistów. Tymczasem miniseria liczy sobie zaledwie cztery zeszyty, a nasi dwaj pochmurni mutanci spotykają się na końcu #1. Zabrakło w całości emocjonalnego rdzenia, tak charakterystycznego dla innych projektów Loeba i Sale’a, czy to w DC, czy w „kolorowych” komiksach stworzonych dla Domu Pomysłów.
Sam Tim Sale nie jest pobłażliwy dla tego komiksu. Widzi pewne rzeczy, które mógł poprowadzić lepiej. To raz. Dwa, że były to postacie, które w momencie tworzenia mało znał i niespecjalnie go one obchodziły. Po latach uważał tę historię za swoją artystyczną porażkę, a okładki za najgorsze, jakie zrobił w całej swojej karierze. Cóż, może nie najlepsza, ale ta zdobiąca wersję z „Mega Marvel” zapisała się na stałe w mojej pamięci. W wydaniu od Muchy znalazł się krótki szort z Bishopem, galeria okładek i fragment z artbooka Sale’a – najciekawszy z zawartych tutaj dodatków.
Reasumując, jest to pozycja dla fanów-komplecistów twórczości autorów, dla multrasów (ultrafanów mutantów) i dla pamiętających ten komiks z dzieciństwa – teraz możecie go mieć w nowym wydaniu. Jeśli jednak nie zaliczacie się do żadnej z tych grup, to lepiej zainwestować we wspomniane już w tym tekście tytuły. Ja mimo wszystko nie żałuję, nie był to bolesny powrót, za to pozwolił odżyć wspomnieniom z bardziej beztroskich czasów. Dla jednych takim wehikułem czasu są piosenki, dla mnie komiksy.
- Scenariusz: Jeph Loeb
- Rysunki: Tim Sale
- Tłumaczenie: Arek Wróblewski
- Wydawnictwo: Mucha Comics
- Data wydania: 28.08.2026 r.
- Liczba stron: 128
- Oprawa: twarda
- Papier: kredowy
- Druk: kolor
- Format: 180 mm x 275 mm
- Oprawa: Edica, Poznań
- ISBN 978-83-67571-76-0
- Wydanie pierwsze
- Cena okładkowa: 79 zł
comments powered by Disqus
























