„Pułkownik Domino” - recenzja

Autor: Michał Chudoliński Redaktor: Motyl

Dodane: 10-09-2026 21:18 ()


Polski komiks historyczny często zachowuje się tak, jakby przed rozpoczęciem zabawy musiał zdać egzamin przed nauczycielem. Najpierw daty, nazwiska i kostiumy, dopiero potem przygoda. Pułkownik Domino odwraca tę kolejność. Artur Grzenda i Wojciech „CIHY” Cichoń wpuszczają czytelnika w sam środek świata, w którym ciągle ktoś dokądś jedzie, przed kimś ucieka albo szykuje fortel. Historia nie znika, lecz przestaje być gablotą. Zaczyna pachnieć kurzem drogi, skrzypieć siodłem i grozić tym, że za najbliższym zakrętem czeka oddział o niezbyt pokojowych zamiarach.

Tytułowy pułkownik Pankracy Domino i wachmistrz Pietrucha należą do starej, niezawodnej rodziny komiksowych duetów. Jeden może pchnąć akcję naprzód, drugi sprowadzić ją na ziemię; jeden reprezentuje fason, drugi praktyczny instynkt. Nie potrzebują rozbudowanej psychologii, bo ich zadaniem jest ustanowienie rytmu: rozkaz, komplikacja, gonitwa, puenta. Dla dorosłego taka konstrukcja bywa przewidywalna. Dla dziecka jest natomiast czytelną poręczą. Pozwala bez trudu rozpoznać bohaterów, wejść w tempo opowieści i czekać na kolejne odwrócenie sytuacji. Komiks dla najmłodszych nie powinien być przecież prosty dlatego, że jego odbiorca rzekomo niewiele rozumie. Powinien być klarowny, ponieważ dziecko dopiero uczy się, jak obraz, dialog i następstwo kadrów wspólnie opowiadają historię.

Rodowód Pułkownika Domino autorzy wskazują uczciwie. Są tu echa Asteriksa, Lucky Luke’a i Binio Billa, a z polskiej pamięci zbiorowej odzywają się Sienkiewiczowska Trylogia oraz telewizyjne Czarne chmury. Nie chodzi jednak o kopiowanie konkretnych gagów czy bohaterów. Ważniejszy jest wspólny pomysł: przeszłość może stać się samodzielnym światem komediowym. Czytelnik nie musi znać wszystkich nazw, aby zrozumieć stawkę sceny, ale przy okazji oswaja się z kontuszem, chorągwią, wachmistrzem i rozległością dawnej Rzeczypospolitej. Dobra popkultura edukuje właśnie w ten sposób. Nie zatrzymuje akcji, by odpytać z materiału, tylko podsuwa słowo albo obraz, który może później obudzić ciekawość.

Najlepszy żart tomu kryje się już w jego założeniu. Rzeczpospolita nie należała do NATO, ale sama była Unią. Ten anachroniczny skrót nie służy poważnej publicystyce; ustawia perspektywę. Dawne państwo zostaje oglądane jednocześnie z bliska i z naszego, współczesnego brzegu. Dzięki temu monumentalna przeszłość traci odświętną sztywność. Pułkownik może być dzielny, a zarazem trochę teatralny; misja może być niebezpieczna, a jednak prowadzić do farsy. Humor rozbraja patos bez odbierania światu atrakcyjności. To ważne zwłaszcza w opowieści dla dzieci, którym kultura zbyt często proponuje tylko dwa obrazy historii: szkolną powinność albo bezkrytyczną paradę narodowych symboli.

Cichoń wybiera kreskę komunikatywną, lekko staroświecką w najlepszym znaczeniu tego słowa. Sylwetki dają się szybko rozpoznać, gest jest wyrazisty, a kostium i sceneria tworzą epokę bez przygniatania kadru muzealnym detalem. Widać przywiązanie do europejskiego albumu humorystycznego i do polskiej szkoły komiksu popularnego: rysunek ma przede wszystkim nieść akcję. Nie każda poza jest równie swobodna i nie każdy kadr ma tę samą energię, lecz narracja pozostaje czytelna. Przy młodym odbiorcy to zaleta podstawowa. Dziecko nie powinno przedzierać się przez planszę jak przez instrukcję obsługi; powinno odruchowo wiedzieć, gdzie spojrzeć i co wydarzyło się między jednym obrazem a następnym.

Także humor działa najlepiej wtedy, gdy wynika z ruchu, charakterów i zderzenia wysokiego tonu z przyziemną przeszkodą. Słabiej wypadają momenty, w których dowcip nazbyt wyraźnie czeka na oklaski albo opiera się na skojarzeniu czytelniejszym dla rodzica niż dla dziecka. To częsta pułapka literatury familijnej: mruganie do dorosłego potrafi stać się ważniejsze od opowieści prowadzonej dla właściwego adresata. Pułkownik Domino na ogół utrzymuje właściwe proporcje, choć przydałoby się miejscami większe zaufanie do komizmu samej sytuacji. Najmłodsi nie potrzebują stałego dopowiadania puenty. Często śmieją się najmocniej wtedy, gdy mogą odkryć ją o pół sekundy wcześniej niż bohater.

Barwna galeria Tatarów, Kozaków, Turków i Szwedów otwiera jeszcze jedną możliwość. Rzeczpospolita Obojga Narodów pojawia się nie jako jednolita dekoracja, lecz jako obszar spotkań, napięć i ciągłego ruchu. Album nie jest oczywiście wykładem o wieloetnicznym pograniczu, a przygodowa karykatura z konieczności upraszcza. Warto o tym pamiętać: kolorowy korowód postaci nie zastępuje pełnego obrazu epoki, a egzotyczny kostium łatwo może zamknąć drugoplanowego bohatera w stereotypie. W formule przeznaczonej dla najmłodszych ważne jest jednak samo uchylenie drzwi. Dobra kontynuacja mogłaby pozwolić postaciom z różnych stron tego świata być nie tylko przeszkodami na trasie Domina, lecz także sprytnymi uczestnikami przygody, posiadającymi własne cele i własny humor.

Album ma również wartość międzypokoleniową. Dorosły rozpozna w nim pogłos lektur, seriali i komiksów, które przez dekady kształtowały polskie wyobrażenie XVII wieku. Dziecko nie musi znać żadnego z tych źródeł. Dostaje bohaterów, wyrazisty świat i obietnicę następnej wyprawy. Między tymi dwoma sposobami lektury może powstać rozmowa: dlaczego szlachcic tak się ubierał, kim był wachmistrz, gdzie leżały Dzikie Pola i czy dawna Rzeczpospolita naprawdę wyglądała jak w komiksie. To więcej niż dydaktyczny przypis, ponieważ pytanie rodzi się z przyjemności, a nie z obowiązku.

Pułkownik Domino nie przepisuje historii polskiego komiksu i nie próbuje tego udawać. Jego znaczenie jest skromniejsze, ale konkretne: przypomina, że rodzima opowieść płaszcza i szpady może być lekka, czytelna i przeznaczona dla odbiorcy, który dopiero buduje własny komiksowy kanon. W czasach, gdy półki dziecięce zdominowały tłumaczone marki, własny duet awanturników przemierzający krajobraz dawnej Rzeczypospolitej ma w sobie coś odświeżającego. Nie dlatego, że wszystko, co lokalne, jest automatycznie lepsze, lecz dlatego, że dzieci zasługują również na przygody wyrastające z nazw, obrazów i kulturowych żartów obecnych wokół nich.

Najmłodszym czytelnikom można więc wręczyć ten album bez wykładu wprowadzającego. Wystarczy powiedzieć, że dawno temu dwóch rezolutnych żołnierzy ruszyło przez wielki, niespokojny kraj, w którym za każdym chutorem mogły czekać kłopoty. Resztę zrobią kadry. A jeśli po ostatniej stronie padnie pytanie „co było dalej?”, pułkownik Domino wygrał swoją najważniejszą potyczkę.

 

Tytuł: Pułkownik Domino

  • Scenariusz: Artur Grzenda
  • Rysunki: Wojciech "Cihy” Cichoń
  • Wydawca: Prószyński Media
  • Data publikacji: 09.2026 r.
  • Format: 215 x 303 mm
  • Liczba stron: 56
  • Oprawa: twarda
  • Druk: kolor
  • ISBN: 9788384441015
  • Cena: 68,90 zł

comments powered by Disqus