„Ghost Rider. Nocna masakra” - recenzja
Dodane: 06-09-2026 21:21 ()
Bez wątpienia dołączenie Breta Blevinsa do ekipy odpowiadającej za przygody Płonącej Czachy dodało warstwie wizualnej „Ghost Ridera” punkowej nonszalancji. Kadry w wykonaniu Amerykanina w przeważającej mierze pozbawione są superbohaterskiej teatralności. Tej pozy niemal stworzonej dla kogoś o wyglądzie głównego bohatera. Postaci rysowane przez Blevinsa charakteryzują się gibkością. Jego kreska jest swobodna, dynamiczna, oszczędna, ale potrafi też być efektowna, lecz w żadnym wypadku efekciarska. Ogółem nadaje serii lekkości, będącej przeciwwagą dla – z założenia – mrocznych scenariuszy Howarda Mackiego. Człowieka niepozbawionego wyobraźni i ciekawych pomysłów z niej płynących. Jednak brak mu talentu i umiejętności, aby przekuć swoje idee w dzieło (nawet jeżeli tylko skierowane do dzieciaków), które można by postawić obok klasyki komiksu amerykańskiego. W jego opowieściach nieustannie panuje chaos. Brakuje mocnej puenty czy cliffhangerów z prawdziwego zdarzenia. „Ghost Rider” jest serią, która toczy się przed siebie, nie zważając na dziury napotkane na swojej drodze. Siła głównego bohatera jest paliwem dla motocykla Mackiego stojącego na rozdrożu między superbohaterską konwencją a horrorem rodem z Tromy.
Dla kameralnej głównej serii kontrapunktem jest wybuchowy cykl „Ghost Rider/Blaze: Spirits of Vengeance”, gdzie Mackie może dać upust fantazji, współpracując z Adamem Kubertem. Paradoksalnie, choć scenarzysta odnajduje się lepiej w klimatach „wielkiego zagrożenia”, to jest to seria o wiele mniej ciekawa od „Ghost Ridera”. W jakimś stopniu przypomina ona nieudolną kopię X-Men. Pierwszy plan zasłany jest wybuchami, giwerami, supermocami, testosteronem i koronkowymi halkami. Oczywiście trzeba mieć na uwadze, że takie to były wtedy czasy. Jednak ilość głupich pomysłów przy odpowiedniej redakcji mogłaby zostać zredukowana do minimum. Nic to, w końcu przedstawienie musi trwać. A Adam Kubert wie, jak to się robi. Z jednej strony rozbuchane, czasem wręcz monumentalne kadry, pełne akcji, z drugiej – precyzja zaklęta w każdej kresce. Nowoczesne kadrowanie, pełne horyzontalnych ramek, a jednocześnie hołdowanie tradycji. Dbanie o kompozycję, o elegancję planszy. Wszak nazwisko zobowiązuje.
Co ciekawe, a może znamienne, okazuje się, że crossover, którego tytuł widnieje na grzbiecie omawianego wydania zbiorczego, czyli „Nocna masakra”, jest najgorszym elementem całej układanki. Łączący ze sobą wspomniane wyżej serie, jak i „Nightstalkers”, „Darkhold” oraz „Morbius The Living Vampire”, opowiada o starożytnym zagrożeniu – Pożeraczu Bogów, dążącym do zabicia wszystkich posługujących się paranormalnymi umiejętnościami, a następnie wchłonięcia ich mocy. W owego Pożeracza wciela się nie kto inny, jak Blade, mający obsesję na punkcie swojej misji, co komplikuje sprawę jego towarzyszom z „Dziewiątki”, która niedawno poradziła sobie z Lilith („Duchy zemsty: Świt synów nocy”). I tu należy spuścić zasłonę milczenia, ponieważ chyba trudno będzie znaleźć gorzej napisaną i wydaną opowieść super-antybohaterską w Polsce. Te pięć zeszytów można sobie śmiało odpuścić dla zachowania dobrego samopoczucia. Chyba że jest się fanem obciachowych one-linerów.
W prezentowanym zbiorze znalazła się jedna znakomita nowelka pióra Larry’ego Hamy i ołówka Vince’a Giarrano pod tytułem „Pocałunek Kobiety Pająka”, utrzymana w atmosferze grozy, z elementami body horroru i opowieści spod znaku noir, w której główne skrzypce gra Johnny Blaze, uciekający od trudów codziennego życia. Jednak życie szybko dogania kaskadera władającego ogniem piekielnym. Hama udowadnia, że nawet najbardziej absurdalny pomysł można przekuć w interesującą, trzymającą w napięciu historię, pod warunkiem posiadania scenopisarskiego warsztatu i wyczucia medium.
Szkoda, że na przestrzeni trzech opasłych wydań zbiorczych, na przeszło tysiącu stron, takie perełki można policzyć na palcach jednej ręki. Trudno, tak wyglądał wtedy mainstreamowy komiks amerykański, który zmienił się dopiero na początku następnego stulecia. Lata 90. XX wieku rządziły się własnymi prawami, a może własnym bezprawiem? Żyć szybko, umierać młodo. Najlepiej na pędzącym motocyklu, ku jak największej sprzedaży poszczególnych numerów. A najlepsze jest to, że po trzech dekadach niewiele się w tej kwestii zmieniło.
Dlatego bezrefleksyjna krytyka tamtego okresu nie ma zupełnie sensu. Chociażby dlatego, że z tak spektakularnie narysowanymi i pokolorowanymi (genialny Gregory Wright) komiksami Marvela, jak „Ghost Rider” i „Spirits of Vengeance”, życzyłbym sobie obcować przy czytaniu współczesnych tworów Domu Pomysłów.
-
Scenariusz: Howard Mackie, Chris Cooper, D.G. Chichester, Larry Hama, Mort Todd, Gregory Wright
-
Rysunki: Ron Wagner, Andy Kubert, Adam Kubert, Joe Kubert, Ron Garney, Bret Blevins, Mike Manley, Vincent Giarrano, Kirk Van Wormer, Rurik Tyler, Bart Sears
-
Tusz: Mike Witherby, Joe Kubert, Bret Blevins, Al Williamson, Fred Fredericks, Mike Manley, Chris Ivy, Klaus Janson, Bill Reinhold, Vincent Giarrano, Mark Badger, Bob Downs, Jimmy Palmiotti, Dan Green, Frank Spinks
- Kolor: Gregory Wright, Glynis Oliver, John Kalisz, Paul Becton
-
Tłumaczenie: Robert Lipski
-
Wydawca: Mucha Comics
-
Data publikacji: 12.06.2026 r.
-
Liczba stron: 528
-
Format: 180 mm x 275 mm
-
Oprawa: twarda
-
Papier: kredowy
-
Druk: kolor
-
ISBN: 978-83-67571-70-8
- Wydanie pierwsze
- Cena okładkowa: 269 zł
Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
comments powered by Disqus
























