„Uniwersum DC według Alana Moore’a” - recenzja
Dodane: 05-09-2026 21:38 ()
Alan Moore nie potrzebował wielkich crossoverów, aby zmienić uniwersum DC. Czasem wystarczało mu osiem stron, jedna przewrotna hipoteza i bohater, którego inni scenarzyści traktowali jak element wyposażenia firmowego magazynu. „Uniwersum DC według Alana Moore’a” pokazuje autora, który wchodzi do cudzej mitologii, rozpoznaje jej ukrytą zasadę, a następnie doprowadza ją do logicznej, często niepokojącej konsekwencji. Nie jest to jednak równy wybór samych arcydzieł. Obok opowieści o Supermanie, Mogo i Clayface’ie znalazły się znacznie słabsze historie WildStormu. Dzięki temu album działa nie tylko jako galeria przebojów, lecz także jako zapis drogi twórcy: od precyzyjnego reformatora superbohaterskiego komiksu do scenarzysty próbującego narzucić własny język hałaśliwej estetyce lat dziewięćdziesiątych.
Sam tytuł tomu jest trochę przewrotny. Moore nigdy nie zbudował w DC autorskiego zakątka na wzór późniejszej linii America’s Best Comics. W latach osiemdziesiątych pisał pojedyncze annuale, krótkie dodatki i gościnne historie rozrzucone po seriach o Supermanie, Green Lanternie, Vigilante czy Omega Men. Późniejsze utwory o Mister Majesticu, Voodoo i Deathblowie powstały z kolei dla WildStormu, zanim marka znalazła się pod korporacyjnym dachem DC. „Uniwersum” zostało więc ustanowione po fakcie, prawem właściciela katalogu. W przypadku autora od dziesięcioleci skłóconego z amerykańskim przemysłem komiksowym trudno przeoczyć tę ironię. Album składa się z rzeczy, które korporacja może dziś zebrać razem, choć ich twórca najchętniej pozostawiłby ten etap za sobą.
Nie znaczy to, że otrzymujemy przypadkowy magazyn osobliwości. Łączy te teksty charakterystyczny sposób myślenia Moore’a. Scenarzysta traktuje superbohatera jak obietnicę złożoną czytelnikowi: skoro pierścień Green Lanterna może dokonać niemal wszystkiego, warto zapytać, co oznacza jego moc w świecie, którego mieszkańcy nie znają światła ani koloru. Skoro Korpus patroluje cały kosmos, dlaczego jego członkiem nie miałaby zostać świadoma planeta? Skoro Superman utracił Krypton, najokrutniejszą torturą nie musi być ból, lecz spełnione marzenie o życiu, które mogło się wydarzyć. Moore nie zaczyna od pytania, jak uczynić bohatera „mroczniejszym”. Najpierw sprawdza, jaka fantazja powołała go do życia. Dopiero potem szuka w niej szczeliny.
Najpełniej widać to w krótkich opowieściach o Green Lantern Corps. „Mogo nie udziela się towarzysko” jest niemal idealnym komiksowym dowcipem. Łowca Bolphunga szuka legendarnego przeciwnika, przeczesuje planetę i z rosnącą frustracją nie potrafi go odnaleźć. Rozwiązanie znajduje się przez cały czas przed jego oczami, a Dave Gibbons rozstawia wizualne wskazówki z precyzją iluzjonisty. Moore nie wyśmiewa kosmicznej pompatyczności DC. Korzysta z niej, aby przywrócić czytelnikowi dziecięce zdumienie: galaktyka naprawdę może być większa i dziwniejsza niż repertuar humanoidów w kolorowych mundurach.
Podobnie działa historia o Rot Lop Fanie, istocie z przestrzeni pozbawionej światła. Katma Tui nie może przetłumaczyć jej pojęć „zielony” i „latarnia”, dlatego buduje cały symbol od nowa za pomocą dźwięku. Green Lantern staje się Dzwonem Fis, a słynna przysięga zmienia się wraz z aparatem poznawczym odbiorcy. To drobna przygoda, ale zawiera program twórczy Moore’a: mit nie jest świętym zestawem słów i kostiumów. Zachowuje sens wtedy, gdy potrafi przejść do innego języka, ciała i doświadczenia.
W „Tygers” scenarzysta idzie w przeciwną stronę. Opowieść o Abinie Surze zamienia kosmiczną baśń w złowrogą przepowiednię i pozostawia ziarenka pomysłów, z których późniejsi autorzy rozbudują wielkie sagi o emocjonalnym spektrum. Kilkanaście stron Moore’a dostarczyło następcom materiału na lata. Jest w tym dowód jego wyobraźni, ale też niezamierzony komentarz do przemysłu, który bez końca eksploatuje raz odkryte złoże.
Prawdziwym centrum tomu pozostaje Superman. W „Dla człowieka, który ma wszystko” Czarna Łaska więzi Kal-Ela w wizji Kryptona, który nigdy nie eksplodował. Moore nie daje mu jednak pocztówki z raju. Ocalona planeta ma swoje konflikty polityczne, uprzedzenia i rozczarowane rodziny. Jor-El, pozbawiony tragicznego potwierdzenia własnych racji, staje się zgorzkniałą postacią z marginesu. Dorosły Kal ma żonę i dzieci, lecz zaczyna podejrzewać, że świat zbudowano z jego tęsknoty. Najbardziej bolesna nie jest utrata złudzenia, lecz chwila, w której musi pożegnać syna. Fantazja o normalności okazuje się zarazem szczera i niemożliwa.
To ważne, ponieważ Moore bywa przedstawiany jako człowiek, który nauczył superbohaterski komiks cynizmu. Tymczasem jego najlepsze historie o Supermanie są surowe, ale nie cyniczne. Rozumieją ciężar dobroci. Kal-El może uderzyć niemal każdego, lecz nie potrafi siłą odzyskać życia, którego nigdy nie miał. Dave Gibbons prowadzi tę historię klarownie, dbając o emocje zapisane w spojrzeniach i pauzach. Starcie z Mongulem jest widowiskowe, jednak prawdziwa bitwa odbywa się wcześniej, wewnątrz człowieka zmuszonego wyrzec się najgłębszego pragnienia. Supermoc zostaje tu zdefiniowana nie jako odporność na cios, lecz jako zdolność powrotu do niedoskonałej rzeczywistości.
W „Linii dżungli” chory Superman spotyka Potwora z Bagien. Zestawienie wydaje się przypadkowe tylko do chwili, gdy Moore rozpoznaje wspólny język obu postaci: Kal-El jest ostatnim dzieckiem martwej planety, Alec Holland stał się świadomością żyjącą w materii roślinnej. Tym razem bohatera nie ratuje ktoś silniejszy, ale istota zdolna zrozumieć obcy organizm i przemówić do jego gorączki. Rick Veitch zmienia chorobę w halucynacyjną podróż przez utracony Krypton. Opowieść działa jak spokojne dopełnienie „Dla człowieka, który ma wszystko”: w obu przypadkach przeszłość wraca w ciele Supermana, a ratunek wymaga pogodzenia się z tym, że domu nie można wskrzesić.
Najbardziej uroczysty charakter ma „Co się stało z Człowiekiem Jutra?”. Utwór powstał jako pożegnanie wersji Supermana sprzed restartu Johna Byrne’a. Moore otwiera więc gablotę Srebrnej Ery i pozwala, aby jej barwne rekwizyty stały się śmiertelnie poważne. Bizarro, Toyman, Krypto, Legion Superzłoczyńców, Kandor i Forteca Samotności wracają nie po to, aby autor mógł mrugnąć do wtajemniczonych, ale żeby domknąć emocjonalne zobowiązania wieloletniej opowieści. Żart staje się groźbą, sekretna tożsamość przestaje chronić, a niewinne konwencje prowadzą do realnej straty.
Mógłby to być pokaz dekonstrukcyjnej brutalności, gdyby Moore nie pisał z tak wyraźną czułością do starego komiksu. Curt Swan, przez dekady związany z Supermanem, nadaje tej apokalipsie klasyczną prostotę. Rysunek nie dystansuje się od kostiumów ani fantastycznych stworzeń. Dzięki temu opowieść przypomina ostatni występ zespołu grającego swoje najstarsze piosenki bez ironicznego grymasu. Słynne zastrzeżenie, że jest to „zmyślona historia” — lecz czy nie są takie wszystkie? — odsłania regułę całego medium. Ciągłość może zostać wyzerowana decyzją wydawnictwa, ale przeżycie czytelnika nie znika. Moore uśmierca pewną wersję mitu, aby ocalić jego sens: Superman pozostaje wielki dlatego, że ustanawia granicę własnej przemocy.
Batman pojawia się w tym zbiorze rzadziej, niż może sugerować nazwisko Moore’a. Nie ma tu „Zabójczego żartu”, dostępnego od lat jako osobny album. Jest za to „Śmiertelna glina”, jedna z najbardziej osobliwych i niedocenianych historii o Clayface’ie. Preston Payne kocha sklepowy manekin, ponieważ to jedyna „kobieta”, której nie rozpuści jego dotyk. Pomysł łatwo byłoby zamienić w szyderstwo z chorego potwora. Moore wybiera tragikomedię o zazdrości, projekcji i związku, w którym jedna strona słyszy wyłącznie własne pragnienia. George Freeman rysuje manekinowi ledwie uchwytny uśmiech, przez co czytelnik na moment zaczyna dzielić urojenie Payne’a. Batman wygrywa nie dlatego, że mocniej bije, ale dlatego, że okazuje współczucie. To rzadki portret Mrocznego Rycerza jako człowieka umiejącego rozpoznać cierpienie pod groteskową powierzchnią.
Znacznie gorzej starzeją się fragmenty, w których Moore próbuje osiągnąć dojrzałość przez eskalację okrucieństwa. Dwuczęściowy „Dzień ojca” z serii „Vigilante” opowiada o przemocy seksualnej wobec dziecka i o kobietach płacących najwyższą cenę za zbrodnie mężczyzny. Scenarzysta trafnie pokazuje, że więź ofiary ze sprawcą może być splątana z lojalnością, lękiem i potrzebą miłości. Nie oferuje łatwego katharsis ani fantazji, że wejście zamaskowanego mściciela naprawi rodzinny dramat. Jednocześnie kobiece cierpienie zostaje użyte jako paliwo dla ponurego moralitetu. Krytyczny zamiar nie usuwa eksploatacyjnego posmaku. Podobny chłód pojawia się w niektórych epizodach „Omega Men”. Bywa, że chirurg mitu zbyt długo podziwia własne narzędzia.
Krótkie formy łagodzą tę skłonność dzięki dyscyplinie puenty. „Krótkie życia”, narysowane przez Kevina O’Neilla, opierają wojnę całej cywilizacji na różnicy skali czasu. Dla jednych bohaterów konflikt trwa przez pokolenia, dla drugich jest niezauważalną chwilą. To cztery strony groteski, które mówią o daremności podboju więcej niż niejeden crossover. W historii o Phantom Strangerze Moore wybiera jedną z możliwych genez postaci i czyni z niej przypowieść o cenie neutralności. Nieznajomy nie jest po prostu tajemniczym przewodnikiem; staje się kimś skazanym na wieczne chodzenie dlatego, że w chwili moralnej próby nie opowiedział się po żadnej stronie. Moore dopisuje głębię nie przez mnożenie faktów, ale przez znalezienie winy, która mogłaby stworzyć daną figurę.
Druga część albumu przenosi czytelnika do WildStormu i od razu zmienia temperaturę. W latach dziewięćdziesiątych dominowały muskularne sylwetki, paramilitarne drużyny, tajne projekty i kadry próbujące co kilka stron udowodnić własną efektowność. Moore potrafił tę estetykę twórczo wykorzystywać — jego dłuższy run „WildC.A.T.s” należy do ciekawszych prób nadania bohaterom Image psychologii i społecznego tła — ale wybrane tutaj utwory nie tworzą równie mocnego bloku jak historie z lat osiemdziesiątych.
Wyjątkiem jest „The Big Chill” z Mister Majestikiem, niewielka kosmiczna opowieść rozgrywająca się u kresu wszechświata. Moore bierze figurę niemal wszechmocnego herosa i umieszcza ją w sytuacji, której nie da się pokonać pięścią: wobec entropii, śmierci ostatnich gwiazd i końca samego czasu. Majestic pomaga resztkom inteligentnego życia przygotować warunki dla nowego początku. Superbohater spotyka tu twardą fantastykę naukową i biblijny rytm stworzenia. Carlos D’Anda nie zawsze dorównuje ogromowi pomysłu, lecz finał zachowuje wzniosłość. U końca wszystkiego najważniejszą mocą okazuje się nie przetrwanie jednostki, ale przekazanie iskry dalej.
„Voodoo” jest natomiast najpoważniejszym obciążeniem tomu. Moore wysyła bohaterkę do Nowego Orleanu, łączy kryminał z magią i próbuje wyrwać ją z zespołowej funkcji atrakcyjnej wojowniczki. Nie brakuje tu wiedzy o rytuale ani zainteresowania relacją między erotyką a duchowością, którą później rozwinie w „Promethei”. Problem w tym, że spojrzenie komiksu nieustannie wpycha protagonistkę z powrotem w rolę egzotycznego widowiska. Nadmiar scen striptizu, sensacyjna wizja voodoo i niespójna oprawa kilku rysowników sprawiają, że emancypacyjna ambicja grzęźnie w estetyce epoki. To nie tyle ukryte arcydzieło, ile dokument autora negocjującego z materiałem, który stawia opór jego najlepszym odruchom.
„Deathblow: Byblows” ma ciekawszy rdzeń: tajny program tworzy warianty i klony żołnierza, po czym każe im walczyć o prawo do bycia „właściwą” kopią. Moore zamienia testosteronową ikonę w groteskową rodzinę możliwych tożsamości. Płeć, ciało i pamięć stają się elementami wojskowego eksperymentu, a dziedzictwo bohatera okazuje się korporacyjną własnością reprodukowaną w laboratorium. Jim Baikie dobrze czuje cielesny horror, jednak trzyczęściowa fabuła jest przeładowana, chwilami celowo odpychająca i mniej przejrzysta niż wcześniejsze miniatury scenarzysty. Krótkie „Reincarnation” z „WILDC.A.T.s” #50 zachwyca rysunkami Travisa Charesta, ale bez znajomości szerszej historii drużyny przypomina pięknie wydrukowany przypis do nieobecnego rozdziału.
Ta nierówność paradoksalnie nadaje polskiemu wydaniu większą wartość krytyczną. Gdyby album ograniczał się do Supermana i Green Lantern Corps, łatwo byłoby stworzyć pomnik geniusza, któremu każdy pomysł zamienia się w klasykę. Dodatek WildStormu pokazuje warunki sukcesu. Moore jest najskuteczniejszy, kiedy forma, rysownik i kulturowa pamięć postaci pracują razem. Gibbons pozwala mu budować puentę obrazem, Swan wnosi dziesięciolecia historii Supermana, O’Neill nadaje kosmosowi groteskową materialność, Freeman potrafi zawiesić sens w uśmiechu manekina. Kiedy warstwa wizualna rozpada się na sprzeczne style albo bohater istnieje przede wszystkim jako produkt chwilowej mody, nawet wybitny scenarzysta nie zawsze ustanowi porządek.
Wydany w twardej oprawie, liczący 464 strony tom jest więc bardziej archiwum niż jednolitą powieścią graficzną. Czytelnik nie dostaje pełnego obrazu Moore’a — bez „Potwora z Bagien”, „Strażników” i „V jak Vendetta” byłoby to niemożliwe — ale może zobaczyć coś równie interesującego: jego pracę na małej powierzchni. Każdy zeszyt staje się laboratorium narracji. Raz badany jest czas, innym razem język, żałoba, obsesja, odpowiedzialność albo granica heroicznej przemocy. Najlepsze historie nie wymagają encyklopedycznej wiedzy. Przeciwnie, po kilku stronach sprawiają, że postać znana wcześniej tylko z kostiumu zaczyna wydawać się stara jak mit i bliska jak człowiek.
„Uniwersum DC według Alana Moore’a” nie jest najlepszym pierwszym spotkaniem z twórcą, jeśli ma zastąpić jego najważniejsze książki. Jest za to znakomitym drugim krokiem — albumem dla osób, które znają pomniki, a chciałyby wejść do warsztatu. Widać tu zarówno olśniewające odkrycia, jak i nieudane próby. Przede wszystkim widać autora, który rozumiał, że szacunek do mitologii nie polega na pozostawieniu jej w spokoju. Trzeba postawić jej pytanie, na które jeszcze nie odpowiadała. Moore robił to tak celnie, że DC do dziś mieszka w wielu odpowiedziach wymyślonych przez niego na marginesach cudzych serii. I choć nie każda z nich brzmi równie dobrze, najlepsze nadal otwierają w znanym wszechświecie drzwi, których wcześniej nikt nie zauważał.
Tytuł: Uniwersum DC według Alana Moore’a
- Scenariusz: Alan Moore
- Rysunki: Klaus Janson, Dave Gibbons, Joe Orlando, Jim Baikie, Curt Swan, Rick Veitch, Kevin O’Neill, George Freeman, Carlos D’Anda, Travis Charest i inni
- Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
- Wydawnictwo: Egmont Polska
- Seria: DC Deluxe
- Data wydania: 12.08.2026 r.
- Druk: kolorowy
- Oprawa: twarda z obwolutą
- Format: 18,8 × 28,2 cm
- Stron: 464
- ISBN: 9788328149366
- Cena: 199,99 zł

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji
comments powered by Disqus
























