„Maestria” - recenzja
Dodane: 27-08-2026 21:16 ()
„Maestria” Auréliena Lozesa jest kryminałem, który trzeba nie tylko przeczytać, ale również odwrócić. Jej podwójna konstrukcja nie służy jednak pustemu popisowi. Dzięki niej współczesne zamieszki, dawne rewolucje i prywatna zbrodnia układają się w opowieść o mieście, które zmienia kostiumy, lecz nie potrafi uwolnić się od przemocy.
Najpierw pojawia się odruch nieufności. Album ma dwie okładki, żadna nie chce uznać się za tylną, a każda strona została podzielona na dwa pasy kadrów zwrócone do siebie o sto osiemdziesiąt stopni. Wybieramy wejście, czytamy górną połowę kolejnych plansz, a po dotarciu do końca obracamy książkę i ruszamy z powrotem. Ten ruch mógłby pozostać zręcznym żartem formalnym, komiksowym odpowiednikiem filmu puszczonego od końca. Aurélien Lozes robi jednak coś znacznie ciekawszego: sprawia, że fizyczny gest czytelnika staje się częścią sensu opowieści. Aby poznać prawdę, trzeba dosłownie zmienić punkt widzenia.
Jedna droga rozpoczyna się w dzisiejszym Paryżu, w mieście rozedrganym od demonstracji, syren i starć z policją. Inspektor Hippolyte Cisife trafia na miejsce brutalnego zabójstwa. Przy ciele znaleziono dokumenty Justine d’Abraxas, matematyczki i żony Faustiniena Galtona, wpływowego szefa koncernu farmaceutycznego. Mąż wskazuje radykalnych aktywistów skonfliktowanych z jego firmą. Jest zbrodnia, pozornie wygodny trop i człowiek, którego pozycja pozwala od początku narzucić śledztwu własną narrację. Druga droga wrzuca nas w ciemność: żywa Justine wydostaje się z podziemi i spotyka policjanta Philippe’a, poszukującego zaginionego partnera. Te dwa początki nie streszczają sobie nawzajem wydarzeń. Każdy ustawia podejrzenia inaczej i uczy nas nieufności wobec wiedzy zdobytej po drodze.
Właśnie dlatego kolejność ma znaczenie, mimo że autor oficjalnie oddaje wybór czytelnikowi. W jednej wersji najpierw oglądamy skutek i rekonstruujemy przyczyny. W drugiej znamy część przyczyn, zanim zobaczymy, jak zostaną nazwane przez policję, media i ludzi władzy. Ten sam szczegół może więc wystąpić jako dowód, przynęta albo echo czegoś, czego jeszcze nie rozumiemy. „Maestria” nie oferuje dwóch osobnych opowieści, lecz dwie połowy jednego mechanizmu. Prawda nie leży pośrodku jak nagroda za rozwiązanie łamigłówki. Powstaje w napięciu między relacjami, które wzajemnie się korygują.
Lozes wykorzystuje tu najbardziej podstawową właściwość komiksu: sąsiedztwo obrazów. Zwykle kadry stoją obok siebie i kierują wzrok naprzód. Tutaj druga sekwencja jest przez cały czas obecna na tej samej stronie, choć odwrócona i chwilowo wyłączona z lektury. Przyszłość albo przeszłość leży zaledwie kilka centymetrów niżej. Trzeba powstrzymywać ciekawość, nie podglądać, ufać porządkowi, którego jeszcze nie znamy. Album zamienia więc czytanie w mały eksperyment z kontrolą informacji. Pokazuje, jak łatwo uznajemy za pełny obraz to, co zostało nam właściwie ustawione przed oczami.
Najbardziej imponująca sztuczka dotyczy jednak czasu. Bohaterowie przemierzają Paryż, podczas gdy miasto niemal niezauważalnie przechodzi z teraźniejszości w kolejne epoki. Zmieniają się stroje, mundury, pojazdy, szyldy i broń. Współczesny protest zaczyna przypominać maj 1968 roku, okupację, Komunę Paryską, rewolucję lipcową, wreszcie rok 1789. Po obróceniu albumu ruch odbywa się w przeciwną stronę. Nie jest to klasyczna podróż w czasie, którą postacie muszą wyjaśnić. Paryż zachowuje się raczej jak palimpsest: spod jednej warstwy ulicy przebija poprzednia, a każda kolejna demonstracja niesie w sobie pamięć wcześniejszej.
To rozwiązanie pozwala Lozesowi uniknąć wykładu o historii Francji. Interesuje go nie kalendarium, lecz rytm społecznego konfliktu. Ludzie wychodzą na ulice, ponieważ czują się pozbawieni wpływu; władza odpowiada językiem porządku; strach i gniew usprawiedliwiają coraz ostrzejsze środki. Zmieniają się hasła oraz stroje, ale scena pozostaje znajoma. „Maestria” nie twierdzi przy tym, że wszystkie rewolucje są takie same albo że bunt z definicji prowadzi do zbrodni. Pokazuje raczej, jak szybko szlachetna idea może zostać przejęta przez logikę odwetu, a obrona ładu — przez logikę represji. Historia nie wraca tu jako identyczne zdarzenie. Wraca jako zestaw pokus.
Kryminalna intryga zyskuje dzięki temu wymiar polityczny, choć nie staje się publicystyką przebraną za thriller. Najciekawsze okazuje się pytanie o prawo do definiowania rzeczywistości. Bogaty przedsiębiorca, policjant, aktywista i internetowy obserwator mają różny dostęp do uwagi, instytucji i wiarygodności. Nie wystarczy wiedzieć, co się wydarzyło. Trzeba jeszcze sprawdzić, kto potrafi sprawić, by jego wersja stała się wersją oficjalną. W mieście pełnym kamer i relacji na żywo nadmiar obrazów nie prowadzi automatycznie do prawdy. Czasem tylko szybciej produkuje oskarżenie.
Antropomorficzne postacie natychmiast przywołują „Blacksada”, lecz podobieństwo jest bardziej powierzchowne, niż podpowiada pierwsze spojrzenie. Juanjo Guarnido używa zwierzęcych cech z malarską swobodą i często czyni z nich skrót osobowości. U Lozesa lisi pysk, wilcza głowa czy róg jednorożca nie zawsze dają równie prosty klucz. Zwierzęcość pomaga odróżniać liczną obsadę, ale także odbiera ludziom komfort myślenia o sobie jako istotach całkowicie racjonalnych. Pod garniturem, mundurem i politycznym hasłem nieustannie czają się instynkt stadny, terytorialność oraz pragnienie dominacji. Autor nie mówi jednak, że cywilizacja jest maską skrywającą niezmienną bestię. Bardziej interesuje go chwila, w której wspólnota sama udziela bestii pozwolenia.
Warstwa graficzna działa w podobny sposób: najpierw oszałamia, dopiero potem ujawnia funkcję. Lozes, samouk, pracował nad debiutem blisko dziesięć lat i wykonał plansze czarnym długopisem. Miliony drobnych kresek układają się w fasady, bruk, sierść, mundury, dym i nocne wnętrza. Czerń nie jest płaską plamą, lecz materią budowaną szrafowaniem. Dzięki temu Paryż wydaje się ciężki, brudny i przepełniony przeszłością. Biel potrafi zaś przeciąć kadr niczym światło latarki: wydobyć twarz, gest albo przedmiot, który po obróceniu książki nabierze innego znaczenia.
Ta drobiazgowość nie jest wyłącznie dowodem cierpliwości. W albumie opartym na odpowiednikach i wizualnych rymach detal musi pozostać wiarygodny po obu stronach planszy. Kompozycje odpowiadają sobie, sytuacje znajdują lustrzane warianty, a architektura organizuje ruch postaci przez różne epoki. Dopiero po przeczytaniu obu części można spojrzeć na całą stronę i zobaczyć, że była projektowana jednocześnie jako dwie sekwencje oraz jeden obraz. Lozes zachowuje przy tym czytelność akcji. Kiedy tempo rośnie, regularność ustępuje skosom, zbliżeniom i gwałtownym cięciom. Rzemieślnicza precyzja nie zamienia komiksu w nieruchomy katalog pięknych plansz.
Nie wszystko jest równie mistrzowskie, jak sugeruje polski tytuł. Przy największym zagęszczeniu kreski oko męczy się, niektóre sylwetki pozostają sztywne, a rozbudowana konstrukcja bywa bardziej fascynująca niż ludzie uwięzieni w jej wnętrzu. Sam kryminał korzysta z dobrze znanych elementów: wpływowego biznesmena, radykalnego środowiska, skorumpowanego obiegu informacji, pościgu za kolejnym tropem. W finale pomysłów robi się tak wiele, że emocjonalny ciężar części wydarzeń słabnie. Można też odnieść wrażenie, że nie każda zmiana epoki wynika z opowieści równie mocno; czasami historyczny rym jest piękniejszy niż jego uzasadnienie.
To ryzyko wpisane w dzieła ostentacyjnie skonstruowane. Czytelnik zaczyna podziwiać zegarmistrza i zapomina, że miał martwić się losem bohaterów. „Maestria” nie zawsze unika tej pułapki, ale potrafi przekuć ją w temat. Jej świat również jest urządzany przez tych, którzy dysponują planem, narzędziami i dostępem do mechanizmu. Pozostali widzą tylko fragment. Obracając książkę, na chwilę otrzymujemy przywilej niedostępny postaciom: możemy zestawić perspektywy i zobaczyć, jak jedna wersja rzeczywistości została zbudowana kosztem drugiej.
Francuskie „L’Orfèvre” znaczy „złotnik” — rzemieślnik pracujący z precyzją nad małą formą — i ten tytuł trafnie opisywał metodę autora. Polska „Maestria” przesuwa akcent z zawodu na efekt. Brzmi śmielej, może nawet zbyt triumfalnie, ale oddaje bezczelność całego przedsięwzięcia. Lozes zaczął album w 2012 roku jako prywatne wyzwanie, bez szkoły artystycznej i wydawcy. Po latach projekt trafił do Komiks Initiative, a w 2024 roku znalazł się w dwudziestotytułowej selekcji Prix BD Fnac France Inter. Ta historia powstania pasuje do samego komiksu: cierpliwa praca wykonywana poza centrum ostatecznie znalazła drogę do publiczności.
Najlepiej wejść w „Maestrię” bez instrukcji podpowiadającej „właściwą” okładkę. Jedna kolejność może okazać się fabularnie bardziej naturalna, ale utrata pewności jest częścią doświadczenia. To album wymagający uwagi, czasami nawet odpoczynku dla oka, a po finale — ponownego przejrzenia plansz już jako całości. Nagrodą nie jest wyłącznie rozwiązanie zagadki. Jest nią chwila, w której rozumiemy, że od początku trzymaliśmy dwie historie naraz, tylko nie byliśmy jeszcze gotowi ich zobaczyć. Paryż obraca się wtedy w dłoniach, lecz jego konflikty pozostają niepokojąco na swoim miejscu.
Tytuł: Maestria
- Scenariusz: Aurélien Lozes
- Rysunki: Aurélien Lozes
- Wydawnictwo: Kultura Gniewu
- Data wydania: 21.08.2026 r.
- Tłumaczenie: Olga Mysłowska
- Druk: czarno-biały
- Oprawa: twarda, obwoluta
- Format: 210×297 mm
- Stron: 170
- ISBN: 978-83-68331-74-5
- Cena: 99,90 zł
Dziękujemy wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie komiksu do recenzji.
comments powered by Disqus
























