„Miles Morales. Spider-Man” tom 2: „Nigdy więcej Spider-Mana” - recenzja
Dodane: 06-06-2026 21:13 ()
Gdy patrzymy na drugi zbiór przygód Milesa Moralesa w pierwszej inkarnacji uniwersum Ultimate, w oczy rzucają się dwie rzeczy. Po pierwsze - okładka nawiązująca do bardzo znanej planszy zatytułowanej „Spider-Man No More” - taki zresztą podtytuł nosi również ten tom. Odwołuje się to do pewnego kryzysu w superbohaterskiej karierze Petera Parkera w serii „Amazing Spider-Man” pod koniec lat sześćdziesiątych. Druga rzecz, która przyciąga wzrok i szczególnie zasmuci ona grzbietowych purystów, to zmiana w logo Marvela. Zamiast zajmować całą szerokość grzbietu, widnieje tam jego zminiaturyzowana wersja. Ale to nie koniec smutnych wiadomości, bo część początkowych zeszytów zebranych w drugim tomie padła ofiarą superbohaterskiej zmory w postaci „eventozy”.
Od lat Marvel nie może się powstrzymać i co kilka miesięcy funduje czytelnikom wielki event, po którym „już nigdy nic nie będzie takie samo”, co samo w sobie nie jest problemem (choć przez to stawka zazwyczaj jest żadna). Boli za to miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę, kiedy kolejny event wcina się w historie w seriach regularnych. Wielkie wydarzenia wpływają na całe uniwersum, oddziałują na poszczególne postacie - wiemy, rozumiemy. Tak było, jest i będzie, ale czytelnik, który nie czyta głównej miniserii danego eventu, nie powinien być zdezorientowany, sięgając po swoje ulubione serie z miesiąca na miesiąc. Wydawnictwa podchodzą do tego różnie. Czasami wrzucają streszczenie, ścianę tekstu z opisem wydarzeń, ale są też autorzy, którzy mimo narzucenia przez redaktorów, że „ej, twoja historia musi wiązać się z tym wielkim wydarzeniem, nie obchodzi nas, że psuje to twoje długoterminowe plany fabularne”, obchodzą temat naokoło i jedynie lekko nawiązują do gry o wielką stawkę.
Wydarzenie, do którego seria z Milesem stała się tie-inem, nie interesowało mnie ani lata temu, gdy czytałem komiks po raz pierwszy, ani nie interesuje mnie teraz, przez co ponownie momentami czułem się lekko skonfundowany. Interesowały mnie reperkusje śmierci Prowlera z poprzedniego tomu i lubię pajęczaka z sąsiedztwa (w tym przypadku z Harlemu). Zamiast dostać więcej tego, drugi wolumin zaczyna się od wrzucenia czytelnika w środek sytuacji, gdzie mamy swego rodzaju wojnę domową (nie tę niesławną z 616): stany USA się podzieliły, siły zbrojne są obecne na ulicach, prezydent nie żyje, a Kapitan Ameryka bierze się do roboty, żeby ogarnąć swój ukochany kraj — i chyba ma to jakiś związek z mutantami... Jeśli dostajemy więcej informacji o zaistniałej sytuacji, to jest to robione w dialogach, a dialogi Bendisa mają to do siebie, że jest on mistrzem tarantinowskiego przegadywania. I choć na ogół jestem tego fanem, to tutaj nie kliknęło mi to w tie-inowym segmencie tomu i nie pomogło ogarnąć szerszej perspektywy statusu uniwersum.
Po tej dość chaotycznej, miejscami szarpanej narracji z jednej trzeciej objętości tomu przechodzimy do prawdziwego mięska. Miles boryka się z problemami pogodzenia życia w trykocie z życiem prywatnym - klasyk. Musi stawić czoła jednemu z przeciwników swojego poprzednika, Venomowi. Nie jest to taki Venom, jakiego możemy znać chociażby z serii Donny’ego Catesa tutaj… cóż, trudno powiedzieć, że ma osobowość. Jest bardziej siłą natury, dzikim zwierzęciem niż pełnokrwistą postacią. Venom po prostu chce zabić Spider-Mana. Nic nowego ani odkrywczego, ale dochodzi do pomyłki w identyfikacji tego, kto kryje się pod maską Pająka. Skutkiem tego jest tragedia, która dotyka Milesa, i po dość zaskakującym zwrocie fabularnym bohater decyduje się porzucić swoje sieciostrzały i — tak jak głosi tytuł — już nigdy więcej nie być Spider-Manem. Następnie fabuła przeskakuje o rok do przodu, dostajemy nowe status quo i, jak nietrudno się domyślić, życie zmusza Milesa, by ten znów przywdział swój ikoniczny kostium. Prominentną rolę w historii, będącej wypadkową tego powrotu, odgrywają bohaterowie związani ze światłem i mrokiem Cloak i Dagger, którzy nigdy nie byli pierwszoligowymi postaciami Marvela. Ja sam pamiętam ich właśnie z drugiego czy trzeciego planu komiksów Marvela z lat dziewięćdziesiątych; byli chociażby w evencie „Maximum Carnage”. Kilka lat temu dostali nawet swój serial, którego chyba nikt nie oglądał. Ich wątek, połączony ze złą — a jakże — korporacją, wypada całkiem zgrabnie. Jedynie debiutujący tu Ultimate Taskmaster jest nieciekawym wariantem w porównaniu do wersji z uniwersum 616. I jeszcze a propos 616: zebrana w pierwszym tomie miniseria o spotkaniu dwóch pająków z dwóch światów była — jeśli chodzi o czas akcji — osadzona nieco później. Co w trakcie lektury prowadzi do drobnych zgrzytów w kontinuum, gdy w tym tomie pojawiają się bliscy nieżyjącego Petera.
Większość zeszytów narysowała Sara Pichelli, wspomagają ją David Marquez i Pepe Larraz. Co do Marqueza, nie mam zarzutów — myślę, że jego styl bardzo ładnie współgra z kreską Pichelli i przejście od jednego artysty do drugiego jest dosyć płynne. Natomiast Larraz w czasach, gdy ilustrował ten komiks, nie był w moich oczach artystą, którego kreska miałaby coś wyjątkowego do zaoferowania, ale z czasem naprawdę się wyrobił. Tutaj raczej dość przeciętnie rysuje zaledwie dwa zeszyty. Pichelli należy osobno pochwalić za to, że oddała subtelne zmiany w wyglądzie Milesa. Młody ścianołaz zaczynał w wieku 13 lat, a po przeskoku czasowym w drugim tomie jest już 15-latkiem. Dzieci w tym wieku zauważalnie się zmieniają i fajnie, że zostało to wizualnie uchwycone. Myślę, że lwia część rysowników trykociarskich ongoingów nie przyłożyłaby do tego aż takiej uwagi, jak ona.
Całościowo jest to tom nierówny — dwie trzecie bardzo dobrego komiksu i jedna trzecia średnich tie-inów, choć z dobrymi momentami. To były jeszcze czasy Bendisa w formie. Przede wszystkim jest to komiks z Milesem, więc chciałbym czytać właśnie o tym bardziej „grounded” bohaterze. Uwielbiam animacje ze Spider-Verse (pierwszy film to jeden z moich ulubionych filmów superbohaterskich), a jeśli chodzi o gry od Insomniac Games, wolę grać Milesem, ale na papierze niekoniecznie chcę go widzieć zaangażowanego na tak wczesnym etapie swojej pajęczej kariery w sprawy Ultimates i polityki rządu Stanów Zjednoczonych. O ile pierwszy tom przeczytałem z synem (a sam po raz bodajże czwarty) i niespecjalnie musiałem tłumaczyć mu pewne zawiłości fabuły, o tyle tutaj, przy drugim tomie, przez niesamodzielność historii trzeba było już kilku dodatkowych objaśnień. Co by nie mówić, i tak warto, jeśli jest się fanem Moralesa, a po lekturze plusy przeważą nad minusami. Teraz pozostaje czekać na tom trzeci, który zakończy historię Milesa w pierwszym uniwersum Ultimate. I, jak można zobaczyć w katalogu Egmontu, przy trzecim tomie nie widnieje informacja, że jest to tom ostatni. Zatem w przyszłym roku należy spodziewać się tomu czwartego, który pokaże nam perypetie Milesa po tym, jak po wydarzeniach z „Tajnych wojen”, trafił do uniwersum 616. A tymczasem cieszmy się złotym okresem Moralesa, gdy nie był jeszcze jednym z wielu pajęczaków, ale jednym z najlepszych dziedzicznych herosów w historii komiksu.
- Scenariusz: Brian Michael Bendis
- Rysunki: Pepe Larraz, David Marquez, Sara Pichelli
- Tłumaczenie: Marek Starosta
- Data wydania: 20.05.2026 r.
- Tłumaczenie: Marek Starosta
- Wydawnictwo: Egmont
- Druk: kolorowy
- Oprawa: twarda
- Format: 170 × 260 mm
- Stron: 384
- ISBN: 9788328175938
- Cena: 179,99 zł
Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji
comments powered by Disqus
























