„Venom” tom 2 - recenzja
Dodane: 22-05-2026 20:06 ()
Najprościej byłoby powiedzieć, że Ewing i Ram V rozpisują Eddiego Brocka na nowo. Tylko że to chyba za mało. Oni właściwie odrywają go od dawnej formy. Eddie nie jest już tutaj wyłącznie człowiekiem połączonym z symbiontem. Nie jest też tylko bohaterem, który raz po raz musi zmagać się z ciemniejszą stroną własnej natury. On staje się figurą znacznie bardziej rozproszoną. Kimś rozciągniętym między czasem, funkcją, własnymi wersjami i czymś na kształt symbiotycznej metafizyki. Brzmi to trochę jak opis komiksu, który postanowił za bardzo uwierzyć we własną wielkość. Momentami zresztą dokładnie tak jest.
Ale zanim ktoś uzna to za zarzut ostateczny, warto od razu dodać, że ta przesada ma tutaj sens. Venom zawsze był bohaterem opartym na niestabilności. Na połączeniu. Na byciu kimś i czymś jednocześnie. Na ciągłym balansowaniu między człowiekiem, potworem, żywicielem, pasożytem i figurą czystego instynktu. Ewing i Ram V po prostu wyciągają tę niestabilność dużo dalej. Już nie chodzi tylko o to, czy Venom jest dobry, czy zły. Chodzi o to, czy w ogóle da się jeszcze powiedzieć, że jest jednym, spójnym „kimś”. I właśnie tu zaczyna się robić naprawdę interesująco. Bo wbrew pozorom nie Eddie jest najważniejszy. Najważniejszy jest Dylan.
To na nim ostatecznie spoczywa emocjonalny ciężar drugiego tom. I bardzo dobrze, bo bez niego ten run mógłby się rozlecieć pod ciężarem własnych koncepcji. Eddie coraz częściej działa tu jak mit, symbol, idea, niemal funkcja w większym układzie. Dylan natomiast pozostaje kimś realnym. To on czuje strach. To on nie ma pewności, czy dziedziczy coś wielkiego, czy może raczej coś zepsutego. To on musi radzić sobie z tym, że w jego życie wpycha się nie tylko moc, ale także cała obcość i cały emocjonalny bałagan, który po sobie zostawił ojciec.
Bardzo podoba mi się, że Dylan nie został tu napisany jako łatwy następca. Nie ma w tym żadnej komfortowej historii o młodym bohaterze, który po prostu wchodzi w większe buty, dojrzewa do roli i zaczyna błyszczeć. Nie. Tu dziedziczenie jest koszmarem. To nie jest awans. To nie jest spełnienie. To coś znacznie bardziej nieprzyjemnego. Coś, co przypomina infekcję. Coś, co wchodzi pod skórę, czy tego chcesz, czy nie.
O tym, że rzeczy przechodzą z jednej osoby na drugą. Że przeszłość nie chce zostać w przeszłości. Że rodzina jest miejscem, w którym razem z bliskością dziedziczy się również szkody. W takim układzie demoniczny chaos, spaczenie rzeczywistości, zewnętrzne piekło włażące do codzienności, to wszystko nie wydaje się czymś obcym. Raczej wygląda jak logiczne rozwinięcie tego, co i tak już siedziało pod powierzchnią tej serii.
Nie twierdzę, że nagle znika cała eventowa sztuczność. Widać momenty, w których seria musi pamiętać o szerszym planie Marvela. Ale mimo to zachowuje własną tożsamość. Najważniejsze, że nie traci Dylana. To przez niego drugi tom ma jakąkolwiek realną stawkę. Gdy rzeczywistość wokół niego zaczyna się rozłazić, nie wygląda to jak kolejny crossoverowy numer odhaczony z obowiązku. Wygląda raczej jak zewnętrzne odbicie stanu, w jakim ten chłopak i tak już się znajduje.
Z jednej strony Marvel naprawdę rzadko pozwala aż tak mocno przeorać rozpoznawalną postać. Nie chodzi o nowy kostium czy chwilowe podniesienie stawki. Chodzi o faktyczną zmianę w rozumieniu bohatera. Eddie naprawdę przestaje być sobą w dawnym sensie. Z drugiej strony taka skala komplikacji ma swoją cenę. Są fragmenty, w których człowiek bardziej podziwia konstrukcję niż naprawdę przeżywa scenę. Widać architekturę. Widać ambicję. Widać, co twórcy próbują zrobić. Ale nie zawsze równie mocno to boli.
Na plus działa też warstwa graficzna. Ten run bardzo dobrze rozumie, że Venom nie powinien wyglądać tylko efektownie. On powinien wyglądać podejrzanie. Niestabilnie. Tak, jakby forma zaraz miała się rozpaść albo przejść w coś jeszcze gorszego. Ciała są tu prowizoryczne. Transformacje nie są wyłącznie triumfem. Czasem bardziej przypominają naruszenie niż objawienie. I bardzo dobrze, bo właśnie z takiego napięcia ta postać zawsze czerpała najwięcej. Najlepsze plansze w komiksie zostawiają dokładnie to wrażenie, które powinny: nie wiadomo, czy bohater właśnie staje się kimś większym, czy może właśnie traci samego siebie. W przypadku Venoma to chyba najlepsze, co można osiągnąć.
Bywają momenty, gdy seria przesadza z własną złożonością. Czasem aż za bardzo widać, że twórców fascynuje sam układ tej konstrukcji. Niektóre dialogi istnieją głównie po to, żeby tłumaczyć mechanikę świata. Niektóre sceny są pomostami do kolejnych ważnych konceptów, zamiast żyć samodzielnie jako dramat. Zdarza się też, że „Venom” Ewinga i Rama V bardziej interesuje się własną strukturą niż natychmiastowym emocjonalnym ciosem. Tutaj przynajmniej czuć ryzyko. Czuć, że ktoś naprawdę próbuje rozciągnąć tę postać do granic możliwości. Nie wszystko wychodzi perfekcyjnie, ale trudno odmówić tej serii odwagi. A odwaga w komiksach superbohaterskich, zwłaszcza tych długowiecznych, bywa dziś towarem rzadszym, niż powinna.
Po lekturze, najmocniej zostaje mi w głowie jedno wrażenie: wszystko tutaj przecieka. Ojciec w syna. Trauma w obowiązek. Przeszłość w teraźniejszość. Moc w alienację. Tożsamość w coś, czego nie da się już spokojnie posiadać. Nic nie jest szczelne. Nic nie należy wyłącznie do jednej osoby. Nawet Venom przestaje być tu tylko konkretną istotą, a zaczyna przypominać stan, rolę, infekcję, dziedzictwo.
Na śluz symbionta, to nie jest Venom dla każdego. Chwilami przekombinowany, chwilami zbyt gęsty, chwilami trochę za bardzo zapatrzony we własną metafizykę. Ale jednocześnie ambitny, niepokojący i naprawdę inny od tego, do czego ta postać zdążyła nas przyzwyczaić.
Tytuł: Venom tom 2
- Scenariusz: Al Ewing, Ram V
- Rysunki: Brian Hitch, Cafu
- Tłumaczenie: Zofia Sawicka
- Data wydania: 25.03.2026 r.
- Wydawnictwo: Egmont
- Druk: kolorowy
- Oprawa: miękka ze skrzydełkami
- Format: 16,7x25,5 cm
- Stron: 252
- ISBN: 9788328175655
- Cena: 99,99 zł
Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji
comments powered by Disqus
























