„Wolna sobota” - recenzja
Dodane: 09-05-2026 21:21 ()
Polska kinematografia niegdyś słynęła z tworzenia rewelacyjnych komedii. „Sami swoi”, „Miś” czy „Seksmisja” to absolutne arcydzieła gatunku, znane i cenione przez różne pokolenia, bez względu na zmieniające się czasy i realia. Istnieją jednak mniej znane komedie, które również zasługują na uwagę. Jedną z nich jest „Wolna sobota” z 1977 roku.
Film ten jest debiutem reżyserskim Leszka Staronia. Trwający zaledwie 37 minut obraz, nakręcony w malowniczych plenerach Bieszczad, to perełka polskiej kinematografii, która wciąż zachwyca świeżością, humorem i niebanalnym spojrzeniem na polską rzeczywistość realnego socjalizmu.
Fabuła filmu jest pozornie prosta. Główny bohater, Mieczysław Gawełek (w doskonałej kreacji Wojciecha Siemiona), jest wozakiem w parku konnym gdzieś w bieszczadzkiej głuszy. W pewną wolną sobotę zostaje poproszony o to, aby pojechać do miasta po prelegenta, który przyjechał tu z wykładem dla „ciemnego ludu” na temat pochodzenia człowieka. Jednocześnie Gawełkowi trafia się turysta, którego ukąsiła żmija. Główny bohater postanawia więc pomóc potrzebującemu. Historia szybko przeradza się w łańcuch niezwykłych zdarzeń.
Film jest pełen świetnych scen, które bawią do łez. Dialogi są błyskotliwe, pełne charakterystycznego dla polskiej szkoły komediowej humoru słownego, ale też gorzkiej ironii. Znakomicie zarysowano główne postaci filmu. Siemion tworzy kreację, której nie sposób nie polubić. To człowiek z ludu, prosty, ale niegłupi, życiowo mądry, choć pozbawiony formalnego wykształcenia. Każdy gest, spojrzenie i pauza w dialogu są przemyślane i doskonale oddają głębię tej postaci. To aktorstwo wielkiej klasy, które udowadnia, że do stworzenia niezapomnianej roli nie potrzeba długiego metrażu ani spektakularnych scen akcji.
Na uwagę zasługuje również obsada drugoplanowa. Zdzisław Wardejn jako prokurator balansuje między urzędową surowością a zaskakującą empatią, a Jerzy Łapiński jako magister Bukała tworzy mistrzowski portret pseudointeligenta z PRL-u.
Obraz oddaje także piękno bieszczadzkiego krajobrazu: rozległe połoniny, mgły unoszące się nad dolinami i drewniane zabudowania zapomnianych wiosek. Te przepiękne widoki nie są jedynie tłem, stanowią integralną część opowieści, budując jej klimat. Może stąd właśnie wywodzi się znane powiedzenie: „Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady”?
„Wolna sobota” to film, który doskonale wpisuje się w nurt polskiej komedii realistycznej lat siedemdziesiątych, pełnej humoru, ale pozbawionej prześmiewczości, portretującej polską codzienność, jej absurdy i paradoksy. Staroń udowadnia, że potrafi w tej konwencji odnaleźć się znakomicie, a jego debiut w niczym nie ustępuje dojrzalszym produkcjom uznanych twórców. Warto wspomnieć, że przy filmie pracował jako asystent młody Juliusz Machulski.
Recenzowana produkcja to komedia godna polecenia. To zabawne, lekkie dzieło, niepozbawione głębszej refleksji. To także hołd dla Bieszczad, ich piękna, surowości i tajemniczości. Dla miłośników komedii i polskiej kinematografii jest to pozycja obowiązkowa.
comments powered by Disqus
























