„The Mandalorian” odc. 1 - recenzja

Autor: Damian Podoba Redaktor: Motyl

Dodane: 14-11-2019 06:54 ()


Zaledwie wystartowała platforma telewizyjna Disneya – Disney+, a wraz z nią pierwszy sezon serialu aktorskiego osadzonego w uniwersum Star Wars. „The Mandalorian”, bo taki jest tytuł rzeczonego serialu, wszedł tym samym do kanonu. I… zaczęło się z kłopotami, bo platforma Disney+ wystartowała z bólem serwerów i nieaktywnymi kontami użytkowników. Co więcej, start odbył się tylko w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie oraz Holandii. Dziwi szczególnie ten ostatni kraj, ponieważ podobno to przepisy Unii Europejskiej sprawiają, że usługa w Europie Zachodniej będzie aktywowana dopiero w marcu 2020 r. Ale zaraz… Unia Europejska to przecież nie tylko Europa Zachodnia. Najwyraźniej Disney uważa inaczej, bo Polski na razie nie ma na liście krajów, które powitają nową usługę Myszki Miki. W obliczu całego zamieszania najbardziej poszkodowana zdaje się Wielka Brytania, która nie dość, że komunikuje się w języku angielskim, historycznie jest z USA dość mocno związana, to dodatkowo przecież jest u progu niesławnego Brexitu. I co? Ano nic, Brytyjczycy też muszą obejść się smakiem. To z kolei prowadzi do jednego, „The Mandalorian” stał się najczęściej piraconym serialem… Disneyu drogi, sam się prosiłeś.

Przechodząc bliżej sedna sprawy, uniwersum Star Wars jest mi bliskiego od ponad dwudziestu lat, kiedy mój tato puścił mi „Nową nadzieję” z kultowego dziś VHS. Od tego czasu wsiąkłem w ten świat, poznając kolejne filmy, czytając książki, oglądając różne materiały i organizując gwiezdnowojenne konkursy wiedzy. Daleko mi jednak do psychofana. Najnowszą trylogię i spin-offy przyjąłem ze spokojem i radością, że uniwersum odżyło. Z umiarkowanym zainteresowaniem rzuciłem okiem na „Wojny klonów” i „Rebeliantów”, chociaż obie serie obejrzałem w całości. Za „Ruch oporu” podziękowałem, bo technika animacji odrzuciła mnie naprawdę skutecznie. Jeszcze kiedy Lucas o tym mówił, czekałem na serial aktorski. I stało się!

Wbrew własnym oczekiwaniom na serial czekałem z dużym spokojem. Chociaż lepiej brzmi stwierdzenie, że nie czekałem na niego w ogóle. Ot wiedziałem, że będzie i wiedziałem, że go obejrzę, ale nie wiązałem z nim zupełnie żadnych nadziei czy obaw. Historia Mandalorian przewijała się w świecie Gwiezdnych Wojen, lecz żeby ją zgłębić, trzeba było oczytać się w książki i komiksy, a później i tak Disney wyrzucił stary kanon do kosza i zostawił nam Mandalorian w kreskówkach. Twórcy serialu mieli dość spore pole do popisu, tym bardziej że zgodnie z zapowiedziami fabuła miała rozgrywać się trzy lata po akcji „Powrotu Jedi”, czyli w nieeksploatowanej do tej pory luce w uniwersum.

W główną rolę wciela się Pedro Pascal, znany m.in. z występowania w „Grze o tron”. Produkcja serialu leży w domenie gigantów branży Jona Favreau, Dave’a Filoni, Kathleen Kennedy, Colina Wilsona oraz Karen Gilchrist. Za scenariusz całości odpowiada Jon Favreau, któremu pomagać miał podobno sam George Lucas. Odcinki reżyserowane były przez różne osoby, na razie skupię się jednak na pierwszym odcinku, który wyszedł spod ręki Dave’a Filoni. Cóż mogę powiedzieć, w mojej ocenie słynny kapelusznik poległ na całego. Nie wiem, czy zależało to od niego, czy decydował ktoś wyżej, ale pierwszy odcinek trwający z napisami 38 minut, to jakaś pomyłka. To jest przecież odcinek pilotażowy, który ma wprowadzić oglądających w serial, zawiązać fabułę. Nie da się tego zrobić w tak krótkim czasie. A przynajmniej nie efektywnie. Rozumiem, że Filoni ma doświadczenie w seriach animowanych, gdzie 25 minut to pewna norma i jest to zadowalające, ale w tym wypadku kumulacja akcji nie zadziałała.

Scena wprowadzająca rzeczywiście broni się. Bohater zostaje pokazany jako dość bezwzględny łowca nagród, który spektakularnie rozprawia się ze swoimi oponentami. Problem w tym, że dość obszerne fragmenty tej sceny mogliśmy już zobaczyć w zajawkach. Niemniej jednak ten pierwszy wątek, który dostajemy pod nos, jest naprawdę dobrze ułożony i nakręcony. Plenery, fakt faktem, wieją pustką, ale widać taki panuje klimat na niegościnnej, lodowej planecie. Przyjemne dla oka są też efekty specjalne. I tutaj moje dobre słowo w zasadzie się kończy, bo im dalej w las, tym gorzej.

Z pewnej perspektywy odcinek jest zbudowany bardzo liniowo i bohater przemieszcza się z punktu A do punktu B. Oczywiście nie da się tego przedstawić inaczej w serialu telewizyjnym, jednak poraziła mnie sztuczność większości scen. Nawet motyw z naramiennikiem, przeleciał zbyt szybko i chociaż miał chyba być patetyczny, to gdzieś mi ten patos umknął i bardziej śmiać mi się chciało z dzieci biegających w hełmach mando chwilę wcześniej, co zestawione z pytaniem, „Czy to prawda, że w ogóle nie zdejmujecie tych hełmów?” było już iście komediowe. Zaraz pewnie, ktoś zarzuci mi, że nie było żadnych dzieci w hełmach – możliwe, że tak mi się tylko wydało, bo scena trwała raptem kilka sekund.

Podczas jazdy wierzchem na dwunogich jaszczurkach w towarzystwie Ugnaughta (Nick Nolte) aż parsknąłem śmiechem z zażenowania. Zdaję sobie sprawę, że to była scena nawiązująca do westernów, ale zarówno muzyka, jak i sam jej montaż sprawiły, że poczułem się, jakbym oglądał średniej jakości komedię nabijającą się z klasycznego motywu. Pomijam już fakt animacji wspomnianych stworów, które momentami wyglądały tak sztucznie, jak słynny bazyliszek z naszego rodzimego „Wiedźmina”.

Zdziwiły mnie również dwa ujęcie wewnątrz statku naszego głównego bohatera, gdzie kamera ustawiona była za fotelem pilota, a obraz za kokpitem był niemiłosiernie rozmyty. Może się czepiam, może to ograniczenia techniczne, ale oglądałem odcinek w 4K, na sporym ekranie i to uderzało po oczach. Myślę, że przy dzisiejszej technice można było wycisnąć z tych scen lepszą jakość. Przecież obraz za kokpitem był na 100% wygenerowany komputerowo. I można było nadać mu ostrość praktycznie na życzenie. Miła oku jest za to sekwencja walki IG-11 ramię w ramię z Mandalorianinem, chociaż i tu przyczepię się, że nasi bohaterowie wykazali się nader daleko idącą nieśmiertelnością.

Grillując „Mandalorianina” dalej (à propos grillowania, motyw z pieczystym był genialny, chociaż średnio humanitarny), bohater został oparty na sprzecznościach. Z jednej strony mamy twardego najemnika, który kładzie kilku zbirów lekką ręką i na kilka interesujących sposobów, a z drugiej strony ten sam bohater nie umie się utrzymać na swoim wierzchowcu i tarza się po klepisku, po czym zostaje mu wjechane na ambicję i następuje przełom. Naiwne i prostackie. Kiedy do charakterystyki naszego Mandalorianina dodamy ostatnią scenę odcinka, to już w ogóle robi nam się obraz pt. „ciepłe kluchy”.

Znów uprzedzając fakty – wiem, że scena kończąca pierwszy odcinek będzie pociągnięta dalej i jej ostateczny wydźwięk raczej nie będzie różowy, ale oceniam to, co widziałem. Swoją drogą Disney po raz kolejny udowodnił, jak głęboko ma stary kanon. Smutne.

W poszukiwaniu plusów wspomnieć mogę o udźwiękowieniu, które w Gwiezdnych Wojnach zawsze stało na wysokim poziomie i nie inaczej jest teraz. Tego samego nie mogę powiedzieć natomiast o muzyce Ludwiga Göranssona, która zwyczajnie nie przypadła mi do gustu. Podobała mi się za to gra Pedro Pascala, który, chociaż hełmu nie ściągnął, to wycisnął ze swojej postaci naprawdę wszystko co się dało. Postawą i głosem zagrał doskonale, czego nie mogę już powiedzieć o bohaterach drugiego planu. Werner Herzog jako imperialny dostojnik sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz paść trupem, a strach bijący od Omida Abtahi, czyli serialowego doktora Pershinga był wręcz groteskowy. Wielu bohaterów nie zobaczyliśmy jeszcze na ekranie, więc liczę, iż moja opinia na ten temat się poprawi, kiedy zobaczymy w akcji Ginę Carano jako Cara Dune oraz Natalię Tenę jako twi'lekańską łowczynię nagród. Trzeba czekać do piątku, kiedy ma się ukazać drugi odcinek. Swoją drogą nieregularna emisja odcinków to też ciekawy wynalazek Disneya, nie mam pojęcia czym podyktowany.

Kończąc mój przydługi wywód, powiem jedno – dawno nie poczułem takiej potrzeby przelania moich myśli w recenzję piętnującą dane dzieło. „Mandalorianin” oczywiście ma potencjał i daję mu szansę, chociaż po pierwszym odcinku jestem zawiedziony. Mając pieniądze, którymi dysponuje Disney, można było naprawdę stworzyć serial (pierwszy odcinek) na powalającym poziomie, a tymczasem wyszło smutne potwierdzenie powiedzenia „pieniądze to nie wszystko”.


comments powered by Disqus