„Komiks i My" nr 4 - recenzja

Autor: Jarosław Drożdżewski Redaktor: Motyl

Dodane: 17-08-2017 09:48 ()


Tym razem już bez wracania do światopoglądowych kwestii, o których pisałem przy okazji poprzednich recenzji. Temat zamknięty i nie warto go drążyć (trochę paradoksalnie, gdyż sam naczelny odnosi się do tego we wstępie), tym bardziej że czwarty numer magazynu „Komiks i My” przynosi nam pewną niespodziankę, a mianowicie łatwo zauważalną zmianę klimatu zamieszczonych historii.

Podczas gdy w poprzednich odcinkach (a szczególnie w części trzeciej) dominującą w piśmie stylistyką było s-f, że choćby wspomnę „Marionetki” czy „Stację kontroli dusz”, tak w najnowszej odsłonie pisma na czoło wysuwa się element przygodowy. Dzieje się tak głównie za sprawą nowej komiksowej serii, zapoczątkowanej w magazynie, autorstwa duetu Sławomir Zajączkowski i Krzysztof Wyrzykowski. „Ixbunieta” - tak nazywa się ta historia, której akcja toczy się w czasach konkwistadorów. Komiks opowiada o losach tytułowej bohaterki, która, chcąc ratować tubylców, popada w konflikt z ludźmi Juana Corteza, co jednocześnie sprowadza na nią śmiertelne zagrożenie. Utrzymana w czerni i bieli historia jest niezwykle dynamiczną utrzymaną w konwencji płaszcza i szpady historią, w której czytelnik natknie się na naprawdę wiele pojedynków szermierczych, a i niezłej fabuły nie zabraknie. Autorzy bardzo powoli zdradzają tajemnice przeszłości Ixbuniety i jej rodziny, przeplatając bieżące wydarzenia ze wspomnieniami, szykując nas tym samym na kolejne odsłony tego komiksu. Można stwierdzić, że to główne danie tej odsłony czasopisma, natomiast zarówno wcześniejsze przystawki, jak i deser smakują wybornie.

Idąc dalej, Sławomir Zajączkowski prezentuje swoje umiejętności kolejny raz w duecie tym razem z „ojcem” Jana Hardego Jakubem Kijucem. Wspólnie stworzyli oni na potrzeby pisma podzieloną na dwie części historię „Lirnik”. Rzeczony komiks to bardzo specyficzny, a zarazem oryginalny i odważny projekt, w którym obydwaj łączą różne gatunki na czele z (w pewnym sensie) westernem, przygodą i satyrą z odniesieniami do rzeczywistości. Połączenie środowiska zgromadzonego wokół „Lambdy” z samotnymi piechurami (tutaj rolę tę odgrywają bezdomni), a także parady „równości” z tradycyjnym odpustem to połączenie bardzo ryzykowne, z którego mam wrażenie duet wyjdzie cało za sprawą zakończenia, które na chwilę obecną jest zagadką, a na które jednocześnie bardzo się czeka. Aha, nie doszukujcie się w tej historii poprawności politycznej. Graficznie jest kolorowo, kreskówkowo i tak jak przyzwyczaił nas do tego Kijuc, czyli naprawdę efektownie, jeśli ktoś lubi tego typu rysunki. Ciekawie prezentuje się przeplatanie niewielkich tradycyjnych kadrów komiksowych z cało stronicowymi planszami czy wręcz pewną niezwykle kolorową i...różową „rozkładówką”. Widać, że jak Kijuc dostanie trochę więcej przestrzeni, to wie co z nią zrobić. Doprawdy intrygujące wyszło to połączenie gatunków z pewną „szydera”, którą można tu wyczuć.

Te dwa całkowicie od siebie różne komiksy, nie dość, że są głównymi punktami programu, to jeszcze potwierdzają, jak dużą dawką talentu obdarzony jest scenarzysta, który potrafi odnaleźć się w tak wielu koncepcjach.

Czwarty numer magazynu przynosi nam też nowe nazwisko na liście współpracujących z magazynem. Twórcą tym jest Mateusz Kołek, który prezentuje nam „Goplanę”, czyli przekształconą na język komiksu „Balladynę” Juliusza Słowackiego. Dysponując niewielką ilością miejsca, ciężko jest w pełni oddać tragizm i klimat tego genialnego polskiego utworu, ale przyznać trzeba też, że i tak Kołek wybrnął z tej sytuacji bardzo dobrze. Świetne rysunki, przywodzące z jednej strony na myśl polskie podania i legendy, a z drugiej nieco klimatem przypominające opowieści o japońskich duchach, czyli „kaidan”, w połączeniu z bardzo stonowanymi kolorami opartymi na brązach czy beżach, dają niezły efekt i oddają tragizm wydarzeń. Czytając ten komiks, można odnieść wrażenie pewnej ulotności, baśniowości i poczucia snu na jawie, który w każdej chwili może się rozpłynąć. Co ciekawe komiks ten pierwotnie opublikowany został w programie przedstawienia, które wystawiane było w 2016 i 2017roku.

Poza tymi trzema komiksami czytelnik znajdzie w numerze kilka elementów już mu znanych jak kolejna odsłona komiksu Grzegorze Weigta czy kilka szortów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się dający mocno do myślenia „Slender-Man” autorstwa Jerzego Ozgi. Zaledwie pięć kadrów wystarczyło, aby zostawić czytelnika z intrygującymi pytaniami, które wwiercają się w mózg i nie dają mu spokoju. Mistrzostwo.

W tym numerze nie mogło zabraknąć też publicystki, na którą składa się bardzo obszerny artykuł Pawła Chmielewskiego o komiksowych adaptacjach powieści Henryka Sienkiewicza, w którym autor nie ogranicza się do krajowego podwórka, prezentując też publikacje m.in. z Kraju Kwitnącej Wiśni, a także recenzja „Dzieje życia bliźniątek Kasi i Wojteczka”. Nie wiecie co to za pozycja? No właśnie ja też miałem tu pewne braki, więc fajnie, że w magazynie znalazło się miejsce na pozycje spoza mainstreamu czy wręcz mało popularne.

To tylko część smakołyków przygotowanych przez autorów, a i tak tylko one wystarczą, aby stwierdzić, że czwarty numer magazynu trzyma wysoki poziom znany z poprzednich odsłon. Nazwiska Ozgi, Zajączkowskiego czy Kijuca powinny przyciągać, bo przecież są warte tego, aby zajrzeć do magazynu. W oczekiwaniu na zakończenie „Lirnika” zachęcam do sięgnięcia po czwarty numer czasopisma „Komiks i My”. Autorom i pomysłodawcy życzę natomiast wytrwałości w tej niełatwej zapewne działalności z okazji rocznicy pojawienia się pisma na rynku. Miejmy nadzieję, że pozyskane dofinansowanie pozwoli na rozwój magazynu.

Tytuł: „Komiks i My" nr 4 

Dziękujemy wydawnictwu Komiks i My za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Galeria


comments powered by Disqus