"Strażnicy Galaktyki vol. 2" - recenzja druga

Autor: Marcin Andrys Redaktor: Raven

Dodane: 07-05-2017 21:24 ()


Pierwsza część Strażników Galaktyki okazała się wielkim i raczej niespodziewanym sukcesem. Nikt nie zakładał, że grupa szerzej nieznanych postaci może zawojować kina. Film Jamesa Gunna mocno odświeżył MCU, wprowadzając grupkę bohaterów z przypadku w stricte rozrywkowej formie. Bez wątpienia oczekiwania przed kontynuacją były ogromne, jednak start tej serii był tak wybitny, że trudno byłoby nakręcić coś znacznie lepszego. Gunn nie ugiął się presji i dał nam drugą odsłonę może niestojącą na tak wysokim poziomie, jak film z 2014 r., ale na pewno nie zawiódł oczekiwań. Każdy, kto chciał ponownie ujrzeć Strażników w dynamicznej i zwariowanej akcji, poprzetykanej mniej lub bardziej błyskotliwym humorem, z masą easter eggów w tle, otrzymał właśnie taki miszmasz. Mariaż kapitalnej muzyki, skrzętnie wyselekcjonowanych kawałków, akcji oraz niekończących się żartów.

Scena otwierająca film, przedstawiająca starcie bohaterów z potężną obślizgłą międzygalaktyczną bestią mogła zostać nakręcona w tradycyjny sposób, ale Gunn wolał ukazać ją z perspektywy Baby Groota, w dodatku puszczając oczko do widzów i nawiązując do sceny po napisach poprzedniej części. Jak to w Strażnikach Galaktyki bywa, wszystko rozpoczyna się od niewinnej kradzieży. Zlecenie, które mieli wykonać bohaterowie zmienia się w ucieczkę przed Suwerennymi, rasą dążącą obsesyjnie do perfekcji. Kosmicznym Avengers z pomocą przychodzi istota o boskiej proweniencji  – Ego, który twierdzi, że między nim a Quillem istnieje pokrewieństwo krwi. Aby wyjaśnić całą sytuację, zaprasza Strażników na swoją planetę. Tam Star-Lord ma poznać prawdę o swoim pochodzeniu.

Druga część Strażników Galaktyki, nie licząc niewielkich przestoi i raczej pretekstowej fabuły, jest po prostu rozrywką w najczystszej formie. Biorąc pod uwagę, kim jest Ego, Gunnowi należą się wyrazy uznania, że udało mu się tak sprawnie poprowadzić historię z udziałem tej postaci. Duża tu też zasługa Kurta Russella, który wczuł się w rolę i udanie ukazał wszystkie motywacje granego przez niego bohatera. W porównaniu do poprzedniej odsłony twórcom odpadł motyw cementowania ekipy międzygalaktycznych wyrzutków, więc tym razem zdecydowano się na namieszać w ich quasi rodzinnych relacjach – co jak zawsze generowało masę komicznych scen, mniej lub bardziej wysmakowanych żartów. Starczyło też czasu, aby innym postaciom zagwarantować nieco więcej miejsca. Pogłębić relacje Gamory z Nebulą, gdzie ta druga ma znacznie więcej do zagrania i jest mocno niejednoznaczną bohaterką. Jednak osobą, która w tym epizodzie zyskuje najwięcej, jest Yondu. Grany przez Micheala Rookera niebieskoskóry kosmiczny pirat charakterologicznie jest najbardziej rozbudowaną postacią, a ponadto pojawia się wreszcie w swoim klasycznym wizerunku z płetwą na głowie.

Typowym złodziejem scen jest Baby Groot, który przemówił urzekającym głosem Vina Diesela. Nie jest tylko maskotką ekipy, ma swoje pięć minut, a także często ładuje się gdzieś na ramiona swoich kolegów. Wypada niezwykle uroczo. Z kolei duet Drax/Mantis wygrywa rywalizację na najbardziej „rozgarniętych” bohaterów o dość abstrakcyjnym poczuciu humoru. Jak mówi protegowana Ego (cudowna kreacja Pom Klementieff) – śmiech Draxa Niszczyciela jest zaraźliwy – ale nie tylko, bo jest on maniakalny, gwałtowny i niezwykle żywiołowy. Dave Bautista musiał mieć wielką frajdę tak szaleć na planie, jego kreacja jest wyborna.   

Gunn zdając sobie sprawę, że trudno będzie przebić jedynkę, z rozmachem nakręcił festiwal cameo i easter eggów. Przemyślnych, fantastycznych, a przede wszystkim odsłaniających jego zamiłowanie nie tylko do popkultury, ale też uniwersum Marvela. Wszystkich smaczków nie sposób wymienić, aby nie spolerować i nie popsuć zabawy z oglądania. Jednak kilka z nich warto przybliżyć. Wiadomo było, że na planie spotkają się dwie ikony kina lat 80. Kurt Russell – w nieco większej roli - oraz Sylvester Stallone. Obaj niegdyś stworzyli dynamiczny duet w Tango i Cash. Włoskiemu ogierowi przypadła tu rola Starhawka (w filmie jako Stakar) – jednego z oryginalnych Strażników Galaktyki. Jego krótki występ ma coś w sobie z niezamierzonej parodii pewnego gliny z Mega City One. Wraz z nim pojawiają się Martinex T'Naga w swej krystalicznej formie, grany przez niegdysiejszego Lexa Luthora, Michaela Rosenbauma. Jest też Charlie-27 w interpretacji Vinga Rhemesa. Michelle Yeoh wcieliła się w Aletę Ogord, prywatnie żonę Starhawka. Natomiast głosu Mainframe użyczyła Miley Cyrus. Stawkę kosmicznych Łowców uzupełnia Krugarr, mag będący uczniem Stephena Strange’a oraz oczywiście Yondu Udonta, będący niczym Mary Poppins i cały czas kolekcjonujący dziwne maskotki, nawet te, które poprzednio otrzymał w zamian za potężny artefakt. Na napisach końcowych pojawia się również Cosmo – kosmiczny pies. Cameo w filmie zaliczyli też Tommy Flanagan znany z serialu Synowie anarchii, Ben Browder (serial Gwiezdne wrota) oraz Rob Zombie.

Gunn wrzucił też dwa nawiązania do świata Thora, pierwszy podczas podróży międzygalaktycznej, na którą Rocket skazał swoich współtowarzyszy niedoli (liczne skoki między portalami nie są dla słabych), drugi już podczas napisów końcowych, dotyczący zbliżającego się filmu Taika Waititi. Ponownie pojawia się rodzina Quilla – jego matka (grana przez Laurę Haddock, która w MCU pojawiła się też w Kapitanie Ameryce: Pierwszym starciu) oraz dziadek. Tradycyjnie nie mogło zabraknąć cameo Kaczora Howarda, a także Stana Lee – i to nawet podwójnie. Wychodziłoby, że długowieczny twórca Marvela dorobił się statusu jednego z Watcherów (których zresztą sam powołał do życia wraz z Jackiem Kirbym na potrzeby przygód Fantastycznej Czwórki). Historie opowiadane przez Stana w filmie nawiązują do co najmniej dwóch filmów Marvela, z czego jednym jest Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów.

Reżyser Strażników Galaktyki vol. 2 złożył też hołd klasyce kina spod znaku mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka. Scena, w której Nebula naciera lecącym statkiem na biegnącą Gamorę, nawiązuje do ucieczki Cary’ego Granta przed samolotem w obrazie Północ, północny zachód.  W poprzedniej części Gunn w istotny sposób uhonorował Kevina Bacona, tutaj podobna rola przypadła Davidowi Hasselhoffowi (jakby nie patrzeć, zapisał się w historii filmowego Marvela jako Nick Fury). Jego cameo (więcej niż raz), odniesienie do Nieustraszonego oraz piosenka aktora wywołują uśmiech na twarzy. Zresztą Gunn uwielbia lata osiemdziesiąte, odwołania do Pac-Mana, He-Mana, elektronicznej gry Mattela, Zdrówka i pewnej blondynki z telewizyjnej opery mydlanej najlepiej o tym świadczą. Twórca zdradził też największy sekret Draxa – ale o nim musicie przekonać się sami podczas seansu. No i co najważniejsze, udało mu się uchwycić również majestatyczną formę Ego.

Podczas aż pięciu scen w trakcie i po napisach dwie są istotne. Jedna może zwiastować wykorzystanie oryginalnych Strażników Galaktyki w przyszłej produkcji i byłoby to ciekawe posunięcie. Druga zaś, przedstawiająca knującą Ayeshę, może mieć znaczący wydźwięk w najbliższych filmach z udziałem Avengers. 

Strażnicy Galaktyki vol. 2 to kino mega śmieszne, widowiskowe i wciąż świeże. Błyskotliwa zabawa superbohaterską konwencją umożliwiającą eksplorację kosmosu Marvela. Gunnowi ponownie się udało. A przed nim jeszcze część trzecia. Czekam z niecierpliwością, co tym razem zaserwuje!

Ocena: 8/10

Tytuł: "Strażnicy Galaktyki vol. 2"

Reżyseria: James Gunn

Scenariusz: James Gunn

Na podstawie komiksu Dana Abnetta i Andy'ego Lanninga

Obsada:

  • Chris Pratt
  • Zoe Saldana
  • Vin Diesel
  • Bradley Cooper
  • Dave Bautista
  • Michael Rooker
  • Karen Gillan
  • Kurt Russell
  • Sylvester Stallone
  • Chris Sullivan
  • Pom Klementieff     
  • Elizabeth Debicki
  • Tommy Flanagan
  • Michael Rosenbaum
  • Sean Gunn

Muzyka: Tyler Bates

Zdjęcia: Henry Braham

Montaż: Fred Raskin, Craig Wood

Scenografia: Ramsey Avery    

Kostiumy: Judianna Makovsky

Czas trwania: 137 minut

Dziękujemy Cinema City za udostępnienie filmu do recenzji.


comments powered by Disqus