„Durango” tom 16: „Zmierzch ścierwojada” - recenzja

Autor: Przemysław Mazur Redaktor: Motyl

Dodane: 19-07-2018 18:11 ()


Wydawać się mogło, że po piętnastu albumach przemierzania rozległych przestrzeni Dzikiego Zachodu (a incydentalnie także Meksyku) tytułowy bohater cenionej serii Yvesa Swolfsa odstrzelił ze swego niezawodnego Mausera bodajże lwią część szumowin uprzykrzających żywot spracowanych osadników i resztek indiańskich społeczności. Oczywiście nic z tych rzeczy, bo obfitujące w szlachetne kruszce i inne zasoby naturalne zachodnie stany nieprzerwanie przyciągają kolejne fale wyzbytych skrupułów chciwców wysługujących się najemnymi zbirami. Tak się sprawy miały m.in. w poprzednim albumie, gdy Durango zmuszony był zmierzyć się z przebiegłym zabójcą znanym jako El Cobra. Mimo zwycięskiego starcia właściwą konfrontację ze zleceniodawcą argentyńskiego najmity protagonista serii ma dopiero przed sobą.

A przyznać trzeba, że wyzwanie to nie byle jakie, bo i nie byle kto jest jego przyczyną. Nie wyjawiając więcej szczegółów, wypada jedynie nadmienić, że dysponuje on znacznym kapitałem i odpowiednimi koneksjami w administracji federalnej, a co za tym idzie możliwościami sprawczymi o znacznym zasięgu. Dość wspomnieć, że w obliczu trudności wynikłych z oporów decydentów lokalnych władz nie wahał się on eliminować ich za pomocą wprawionych w swoim fachu „cyngli”. W tym akurat przypadku gra toczy się o  zgodę na eksploatację jeziora, które jest głównym źródłem utrzymania dla pokojowo nastawionego plemienia Indian z grupy Washo. Równocześnie od indiańskich strzał giną przyjezdni, co może sugerować, że jeszcze do niedawna spolegliwi tubylcy zdecydowali się wkroczyć na wojenną ścieżkę…

„Zmierzch  ścierwojada” to kulminacja poszukiwań rozpoczętych przez Durango po tragicznej śmierci Celii Norton oraz ich nienarodzonego dziecka (zob. „Krok do piekła”). Z oczywistych względów nie zamierza on odpuszczać, ale też nie traci zimnej krwi, niezbędnej w trakcie swoistego polowania na „psy gończe” swego przeciwnika. W warstwie fabularnej Swolfs zdaje się nie proponować zatem nic nowego z porównywalnymi w ogólnej dramaturgii opowieściami zawartymi m.in. w epizodach „Pułapka na zabójcę” i „Na żer szakalom”. Najwyraźniej jednak ów model ma potencjał, by po raz kolejny okazać się zajmujący z perspektywy nie tylko wielbicieli westernów, ale ogólnie udanych realizacji komiksowych. Wszak zbrutalizowane realia wciąż nie w pełni ujętej w administracyjne karby Kalifornii (bo właśnie na terytorium tego stanu rozgrywa się niniejsza opowieść) pozostawiają znaczne pole do aktywności dla różnej maści szubrawców usiłujących dorobić się pokaźnej fortuny na tzw. skróty (notabene z analogiczną sytuacją mieliśmy kilkukrotnie do czynienia m.in. w innej klasycznej westernowej serii z rynku frankońskiego, tj. w „Comanche”). Do tego kosztem nie tylko kurczącej się populacji autochtonów, ale też kolonizujących ów obszar osadników. W całość Swolfs wplótł ponadto nieco gorzkich refleksji o losie Indian, którzy po pamiętnej insurekcji Dakotów z roku 1876 oraz wynikłej w jej konsekwencji bitwy pod Little Big Horn, przestali stanowić zagrożenie dla ekspandujących ich kosztem Amerykanów. „Zmierzch…” można zatem uznać, za kolejny dowód na nośność motywu pogranicza, zwłaszcza że scenarzysta serii zadbał o sprawnie prowadzone tempo tej opowieści, drobny, acz istotny wątek romantyczny oraz emocjonujące sceny zmagań Durango z jego przeciwnikami.

Te z kolei nie miałyby oczekiwanej przez odbiorców cyklu siły estetycznego „rażenia”, gdyby nie warsztatowa biegłość „dublera” w roli rysownika serii w osobie Thierry’ego Giroda. Jak już wspominano przy okazji przybliżania albumu „Krok do piekła” (tj. debiutu tego artysty we wspomnianej roli), wybór ten okazał się wielce trafny, choć zarazem na swój sposób przewrotny. A to z tego względu, że pomimo zachowania pełni podobieństwa głównego bohatera serii do wizji jego pomysłodawcy Girod wyraźnie skłaniał się ku stylistycznym rozwiązaniom prawdopodobnie najbardziej wpływowego klasyka komiksowego westernu na europejskim gruncie, tj. Jeana Girauda, współtwórcy znakomitej serii o poruczniku Blueberrym. Mimo dbałości o szczegóły kultury materialnej momentu dziejowego, w którym osadzono tę serię (i ogólnie zawartości kadrów) sposób prowadzenia kreski przez ilustratora tegoż albumu jest mimo wszystko bardziej wrażeniowy niż analityczny. Stąd sporo w niej swobodny, choć przy zachowaniu spójności z wypracowaną przez Swolfsa wizją rzeczywistości, w której porusza się zaistniały za sprawą jego wyobraźni bohater. Przy czym u następcy rzeczonego plastyka znać nieco większą skłonność ku zbliżeniom na ilustrowany obiekt. Szczególnie udanie wypadają w jego wykonaniu sceny strzelanin i pościgów, których tradycyjnie dla tej serii nie mogło zabraknąć także tym razem. Metoda ujmowania niektórych kadrów z tzw. linii strzału to istotne novum w zestawieniu z konceptami użytkowanymi przez pomysłodawcę serii. Widać zatem, że podobnie jak kolorystka (w tej roli po raz kolejny Jocelyne Cahrrence) także Girod przejawiał ambicje wniesienia do perypetii Durango autorskich innowacji. Gwoli drobnej futurospekcji wypada zaznaczyć, że w kolejnym (i na ten moment ostatnim) albumie cyklu ujrzymy dokonania nowego rysownika aktywnego pod pseudonimem Iko (właśc. Giuseppe Ricciardi).

 

Tytuł: „Durango” tom 16: „Zmierzch ścierwojada”

  • Tytuł oryginału: „Le crépuscule du vautour”
  • Scenariusz: Yves Swolfs
  • Rysunki: Thierry Girod
  • Kolory:  Jocelyne Cahrrence
  • Tłumaczenie z języka francuskiego: Wojciech Birek
  • Wydawca wersji oryginalnej: Soleil Productions
  • Wydawca wersji polskiej: Elemental
  • Data premiery wersji oryginalnej: 19 grudnia 2012 r.
  • Data premiery wersji polskiej: 28 maja 2018 r.
  • Oprawa: miękka                             
  • Format: 21,5 x 29 cm
  • Papier: kredowy
  • Druk: kolor
  • Liczba stron: 48
  • Cena: 38 zł

Dziękujemy wydawnictwu Elemental za udostępnienie komiksu do recenzji.

Galeria


comments powered by Disqus