„Liga Sprawiedliwości” - recenzja

Autor: Marcin Andrys Redaktor: Raven

Dodane: 15-11-2017 22:34 ()


Dokąd zmierza filmowe uniwersum DC? Tego wydają się nie wiedzieć nawet włodarze wytwórni, patrząc na chaos, jaki im się wkradł w początkową fazę rozwoju DCEU. Potencjał jest olbrzymi, a i oczekiwania wielkie, bo galeria bohaterów nie gorsza od tej, jaką dysponuje konkurent zza miedzy, czyli Marvel. Jednak brakuje pomysłu na sprawne wykorzystanie atutów tych postaci bez nadmiernego patosu i z dojrzalszą ścieżką dialogową.

Liga Sprawiedliwości powstawała w bólach. Widać to po filmie, nad którym pieczę miał sprawować Zack Snyder, naczelny architekt filmowego DC. Perturbacje rodzinne spowodowały, że z ratunkiem przyszedł ojciec sukcesu Avengers - Joss Whedon. Czy połączonym siłom dwóch wizjonerów udało się przywrócić blask produkcjom DC? Po premierze Wonder Woman wydawało się, że coś drgnęło i idzie ku lepszemu. Ktoś jednak chyba u góry pomyślał, aby nie katować widzów trzygodzinnym mordobiciem i skroić film na miarę przystępnego, rozrywkowego blockbustera i właśnie tak będzie można zapamiętać Ligę Sprawiedliwości, która wprawdzie nie jest bez wad, ale prezentuje się lepiej niż BvS.

Superman nie żyje, a świat pozbawiony swojego obrońcy jest podatny na ataki istot o pozaziemskiej proweniencji. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zbliża się potężny najeźdźca, którego w pojedynkę ciężko będzie pokonać. Dlatego też Bruce wspólnie z Dianą postanawiają rekrutować do ich małej ekipy odkrytych niedawno metaludzi. Pozostaje tylko przekonać ich do udziału w projekcie, mogącym kosztować ich życie.

Wydawać się mogło, że osadzenie obok siebie dwóch silnych charakterów pokroju Batmana i Aquamana powinno spowodować iskrzenie między nimi, ścieranie odmiennych temperamentów, a co za tym idzie wywoływać sporo sprzeczek. Na tym polu jest jednak jałowo, ale to nie jedyna bolączka tego filmu osadzona w sferze przedstawienia emocji bohaterów. Poza głównym wątkiem - ratowaniem świata i powstrzymaniem Steppenwolfa, każda z postaci boryka się z osobistymi problemami, które zapełniają dalszy plan, ale stanowią o podbudowie osobowościowej każdego z herosów. Niestety, w prawie każdym przypadku historie mające być wypełnieniem tła głównego wątku zawodzą albo są nieciekawe, albo nieumiejętnie pokazane, bez zachowania odpowiedniej dramaturgi. Wszystko rysuje się dość sztucznie, można nawet rzec, że poza bohaterami zmagającymi się z hordami parademonów, nie uświadczymy tu rozbudowanego planu dalszych postaci, co w poprzednich produkcjach było istotnym elementem głównej historii. Nawet ratowanie cywilów od zguby - najbardziej oklepany motyw z możliwych - jest prościutki i nie niesie ze sobą emocjonalnego bagażu. Wygląda to tak, jakby herosi bawili się w swoim gronie - i tu wypada to nieźle, a cała reszta była całkowicie oderwanym od akcji światem. W końcu utytułowani aktorzy w drugoplanowych rolach jak Amy Adams czy J.K. Simmons są wyłącznie statystami, figurami na planszy szachów bez żadnego strategicznego znaczenia. Stanowią ozdobę i element rozpoznawczy jakiegoś fragmentu świata DC i tyle.

Liga Sprawiedliwości została przycięta do dwugodzinnej pogadanki w gronie piątki superherosów, wykastrowana z emocjonalnej, ludzkiej otoczki. Interakcje między postaciami zostały mocno okraszone humorem. Stoją w opozycji względem mrocznego i posępnego stylu znanego z BvS, ale też stanowią zbyt dominujący element opowieści. Twórcy postawili na ekspozycję metaludzi - w jednym przypadku wychodzi im to nieźle - nerdowski Barry Allen kradnie show (właściwie nie pada w filmie ani razu jego pseudonim), a jego wizerunek jest całkowicie różny od serialowego odpowiednika. Natomiast otoczenie Aquamana już tak pozytywnie nie wypada. Jason Momoa stara się nie odstawać od czołowych graczy tego widowiska i w momentach komediowych wiedzie prym. Z kolei w tych poważniejszych schodzi z niego powietrze. Podobnie zresztą jak z Bena Afflecka, czyli Bruce'a Wayne'a, który w roli lidera i inicjatora ligi nie wypada przekonująco. Twórcy znaleźli się w tym przypadku w rozkroku, bo albo mogli pokazać mrocznego Batmana, albo zrobić z niego dobrego ducha tej drużyny. Nie wyszło ani jedno, ani drugie. Nie dziwi zatem fakt eksploatacji Gal Gadot, którą wciąż udanie wciela się w Wonder Woman, ale nawet zagorzałym fanom tej postaci może zabraknąć cierpliwości do śledzenia jej podobnych wyczynów w slow motion z rozdziawioną od krzyku buzią. Cichym bohaterem obrazu jest Ray Fisher, który nadał odpowiedniej enigmatyczności i głębi Cyborgowi, a nie okazał się papierową postacią. Niszczyciel światów, czyli Steppenwolf w interpretacji Ciarána Hindsa, to przykład stereotypowego drania, przed którym trzeba ratować Ziemię. Jednak trzeba przyznać, że w scenach walki wypada korzystniej niż choćby Ares. Z kolei problem Henry'go Cavilla był już wielokrotnie omawiany w mediach społecznościowych. Wymazanie jego wąsów dzięki efektom komputerowym powoduje, że twarz aktora na zbliżeniach jest sztuczna, nierealistyczna i ogólnie razi. To z pewnością jeden z grzechów twórców filmu.

Na plus zapisują się sekwencje kolejnych potyczek, ciekawe wykorzystanie mocy prędkości Flasha, które wielokrotnie staje się przyczynkiem do rozładowywania napięcia i wprowadzania humoru. Jeżeli ktoś spodziewał się ponadto nieustającej bitwy to będzie rozczarowany, bo sekwencje walk zostały ograniczone. Mając na uwadze skalę zagrożenia i przygotowania do misji podbicia Ziemi, można odnieść wrażenie, że uporanie się z potężnym przeciwnikiem przyszło członkom ligi stosunkowo łatwo. Surrealistyczne wizje wspomagane CGI napędzają akcję, ale nie zawsze świadczą o atrakcyjności widowiska. Kosmiczne zagrożenie i jego wpływ na ziemskie środowisko ogranicza się do kilku graficznych potworków generowanych komputerowo. Mimo dynamicznych sekwencji czasem brakuje płynności scenom, a nadto sporo ujęć ze zwiastunów wyleciało w montażu.

Gdyby całkowicie wyrwać ten film z realistycznych oków i umieścić bohaterów w jakiejś międzygalaktycznej prowincji, gdzie musieliby udowodnić swoją wyższość nad obcą rasą, rozrywka byłaby zapewne większa. A tak elementy obyczajowe i dramatyczne są traktowane powierzchownie. Szkoda, bo potencjał był i mógł się przełożyć na film nieodbiegający od marvelowskich standardów. Liga Sprawiedliwości nie przynosi wstydu, ale nie jest też produkcją, która stanowi przełom. Po prostu jest bezpieczną ekspozycją grupy bohaterów, którzy mają za sobą ekranowy chrzest, podany w przewidywalnym stylu. Od kolejnych ruchów włodarzy Warnera będzie zależało, czy w końcu wyciągną wnioski z dotychczasowych filmów, czy nadal będą budować ekranowe imperium DC po omacku. Druga scena po napisach wskazuje klarowny kierunek, którym powinni podążać twórcy DCEU.

Ocena 5,5/10

Tytuł: „Liga Sprawiedliwości"

Reżyseria: Zack Snyder   

Scenariusz: Zack Snyder, Chris Terrio, Joss Whedon   

Obsada:

  • Ben Affleck    
  • Henry Cavill
  • Ezra Miller
  • Amy Adams    
  • Diane Lane
  • Jason Momoa 
  • Jeremy Irons    
  • Ray Fisher 
  • Gal Gadot
  • Billy Crudup
  • Connie Nielsen
  • Ciarán Hinds
  • Jesse Eisenberg

Zdjęcia: Fabian Wagner

Muzyka: Danny Elfman  

Montaż: David Brenner, Richard Pearson, Martin Walsh  

Scenografia: Dominic Capon   

Kostiumy: Michael Wilkinson

Czas trwania: 120 minut

 Dziękujemy Warner Bros. Entertainment Polska za udostępnienie filmu do recenzji.

 


comments powered by Disqus