„Haker” - recenzja

Autor: Miłosz Koziński Redaktor: Motyl

Dodane: 09-03-2017 23:30 ()


Dziś w menu „Haker”, dzieło Michaela Manna, które miało ukazać nam speców od komputerów i oprogramowania w nieco innym świetle. Żyjemy w silnie scyfryzowanym społeczeństwie, więc wydawać by się mogło, że film o ludziach, którzy dzięki oplatającej świat informacyjnej sieci są w stanie dokonać niemal wszystkiego, będzie w stanie zapewnić nie tylko rozrywkę, ale również poruszyć istotne tematy. Niestety, powstał film, którego motywem przewodnim jest „NIE CHCĘ NAM SIĘ!”.

„Nie chcę mi się!” chóralnie krzyknęli chyba wszyscy ludzie, którzy pracowali nad obrazem. Z jednym małym wyjątkiem. Ktoś odpowiedzialny za historię spłodził całkiem niezłą i nawet wciągającą opowiastkę, która potrafi przykuć uwagę i ukazując działania hakerów marginalnie bardziej realistycznie niż typowe hollywoodzkie bębnienie w klawiaturę, ale cała reszta zaangażowanych ludzi ewidentnie poszła po linii najmniejszego oporu.

Nie chciało się Chrisowi Hemsworthowi, który w filmie prezentuje aktorstwo i ekspresję drewnianej kłody przystrojonej wiechciem słomy, ani Violi Davis, której kwestie ociekają zmęczeniem i zrezygnowaniem. Ogólnie całość obsady włóczy się po planie jak na mocnym kacu i bez życia. Nie pomaga niestety fakt, że nie chciało się również komuś, kto dla filmu pisał dialogi, które są albo równie naturalne co palma pośrodku syberyjskiej tundry, albo przeładowane abstrakcyjnym technobełkotem.

Nie chciało się też zapewne ludziom odpowiedzialnym za walory produkcyjne obrazu. Dźwiękowcy postanowili chyba wpaść do pierwszej z brzegu pracowni komputerowej i ponagrywać trochę komputerowych szumów i piknięć, po czym kompozytor na kolanie dopisał muzykę, która charakteryzuje się tym, że w filmie ledwo występuje, a gdy już się ujawnia, to sprawia wrażenie bełkotu. Nie chciało się ludziom od scenografii, którzy pewnie przeszli się tak ze dwie przecznice od studia, by znaleźć stosowne lokacje, gdyż całość jest do bólu przyziemna, ani ludziom odpowiedzialnym za realizację scen akcji, które przypominają zabawę dzieci w policjantów i złodziei. Rozumiem, że w filmie postawiono na realizm, ale są pewne granice między realizmem a nudą, których film, bądź co bądź dzieło fikcji, przekraczać nie powinien.

Nie chciało się również operatorowi kamery. Nawet w statycznych, pozbawionych akcji ujęciach kamera zauważalnie drży i buja się, co każe zastanowić się czy kręci amator, czy też może profesjonalista po kilku głębszych. Nie chciało się też montażyście, który film sklecał pewnie naprędce, co zaowocowało szarpanymi przejściami od ujęcia do ujęcia i rażącymi przeskokami.

Nie chciało się też pewnie reżyserowi, bo z podrzędnych elementów składowych sklecił dzieło antysynergiczne i gorsze niż suma składowych. Pod okiem Michaela Manna powstał film brzydki i o fatalnym tempie, z przeładowanym początkiem, rozwleczonym środkiem i nierównym finałem oraz aktorami, po których widać, że nie za bardzo mają ochotę grać.

Postanowiłem zająć stanowisko podobne do podejścia twórców. Nie chciało mi się oglądać „Hakera” i do końca dotrwałem tylko z obowiązku oraz by ostrzec was przed tym filmem. Nie polecam.

 

Dziękujemy dystrybutorowi Filmostrada za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


comments powered by Disqus