„Prosto z piekła” - recenzja

Autor: Przemysław Mazur Redaktor: Motyl

Dodane: 28-01-2014 22:50 ()


Gdy wraz ze schyłkiem lat osiemdziesiątych „wieku pary i elektryczności” nobliwi brodacze znad Wisły i Niemna głowili się jakim sposobem wybić z głów kolejnego pokolenia Polaków powstańcze facecje, imperialny Albion żył zgoła odmiennymi problemami. Do rangi szczególnego urosła seria bestialskich mordów, do których doszło wówczas pośród zaułków londyńskiego Whitechapel.  

Ofiarami nad wyraz wyszukanej agresji padło pięć kobiet specjalizujących się w ponoć najstarszym fachu świata. Oficjalnie zagadki tych zbrodni jak dotąd nie udało się rozwikłać. Skala szoku okazała się jednak tak znaczna, że krwawa legenda Kuby Rozpruwacza trwale wkomponowała się w anglosaski folklor i po dzień dzisiejszy z powodzeniem wiedzie swój własny żywot. Ów temat analizowano na wiele sposobów, a im dalej od momentu tych wydarzeń, tym dotarcie do sedna problemu jawi się jako w jeszcze większym stopniu pokomplikowane.  

Ów stan rzeczy nie odstraszył Alana Moore’a, mimo że scenarzysta „Promethei” i „Zagubionych dziewcząt” nie ukrywał, iż tuż przed podjęciem tegoż zagadnienia wydawało mu się ono „(…) zbyt przebrzmiałe” i „(…) oczywiste”. Aura setnej rocznicy morderstw w Whitechapel najwyraźniej jednak udzieliła się brytyjskiemu twórcy, a lektura książki Stephana Knighta „Jack The Ripper: The Final Solution” (1977) okazała się odpowiednio inspirująca. Bo to właśnie wspomniana monografia nie tylko posłużyła jako baza wyjściowa dla zrealizowanego z niemałym rozmachem mini-serialu „Kuba Rozpruwacz” (w obsadzie znaleźli się m.in. Jane Seymour, Armand Assante i przede wszystkim Michael Caine), ale też znacząco wpłynęła na kształt jednego z najsprawniej zrealizowanych dzieł w dorobku Alana Moore’a.  

Gwoli ścisłości wypada nadmienić, że podczas przygotowań do realizacji autorskiej interpretacji przekazów o Kubie Rozpruwaczu „Czarownik z Northampton” przeprowadził kwerendę rozległej literatury przedmiotu. Wskazuje na to nie tylko mnogość odniesień zarówno do źródeł jak i opracowań w toku właściwej opowieści, ale też w pełnych szczegółów przypisach (Dodatek I) oraz ilustrowanej prezentacji kierunków, którymi duet Moore/Campbell podążał w trakcie realizacji komiksu. Silna zależność zawartej w ich utworze interpretacji od wzmiankowanej książki Stephena Knighta zdaje się jednak nadrzędna względem pozostałych źródeł. Chociażby z tego względu, że zasadniczy wątek „Prosto z piekła” zaadaptowano wprost z kart „The Final Solution”.

Wydawałoby się, że autorska spółka podąży standardowym, utartym m.in. przez wzmiankowany wyżej serial szlakiem i tym samym pytaniem determinującym fabułę brzmieć będzie: „Kto zabił?!”. Tymczasem nic z tych rzeczy, bo koniec końców mamy do czynienia z utworem Alana Moore’a. Stąd tożsamość mordercy nie jest zasadniczym przedmiotem tej liczącej sobie grubo ponad pół tysiąca stron opowieści. Miast tego Moore ukierunkowuje swych czytelników ku zupełnie innym obszarom, dla których ponury los pięciu niewiast jest w gruncie rzeczy pretekstem.

Klamrowa kompozycja spinająca całość fabuły sprawia, że mamy do czynienia z rozległą retrospekcją, na którą, dzięki uprzejmości wszechwiedzących autorów, spoglądamy z różnych perspektyw. Stąd intrydze czysto kryminalnej towarzyszy spójnie poprowadzona teoria spiskowa, rzut oka na podlegające wzmożonej industrializacji społeczeństwo Wielkiej Brytanii schyłku XIX w., a nade wszystko nie wolny od wizyjności proces formowania swoistej nadświadomości mordercy z Whitechapel. Przy czym czas i przestrzeń niejednokrotnie okazują się jakościami umownymi, co siłą rzeczy dosyca tę brawurowo prowadzoną opowieść dodatkowym dreszczem metafizycznym. Szokująco naturalistyczne sceny mordów i następujących po nich „wiwisekcji” (zwykle dokonywanych z zimną „logiką” istoty wyzbytej resztek empatii), na długo pozostają w pamięci implikując przy tym pytania o granice autorskiej wolności i odpowiedzialności przed potencjalnymi czytelnikami.

Jak zapewne domyślają się osoby zaznajomione z innymi utworami Moore’a także i w tym przypadku autor nie byłby sobą, gdyby do zasadniczej koncepcji „Prosto z piekła” nie dorzucił od siebie wątków i motywów szczególnie go interesujących. Stąd odniesienia do rytualnej magii, sekretnych stowarzyszeń (wywodzących się wedle hermetycznych legend od uciekinierów z Atlantydy) oraz przedchrześcijańskich sekretów zakodowanych w bryłach monumentalnych gmachów wzniesionych za sprawą wtajemniczonych architektów. Na kartach komiksu pada zresztą nazwisko jednego z nich – Nicholasa Hawksmoora – który w myśl interpretacji Moore’a miał być przedstawicielem bractwa dionizyjskich budowniczych, którzy przez tysiące lat strzegli zarówno swoich wpływów jak i przekazywanej wybranym tajemnej wiedzy. Dziewiętnastowieczni masoni, współcześni im przedstawiciele ezoterycznych stowarzyszeń i wszelkiej maści sekt usiłujących nawiązywać do tradycji neoplatońskiej, niejako standardowo wywodzili rodowód swych organizacji od myślicieli zamierzchłej przeszłości. Niejednokrotnie urastało to zresztą do rangi humorystycznego kuriozum.

Eksploatacja tematyki wolnomularskiej w kulturze popularnej to zjawisko nie nowe, choć zwykle realizowane bez spektakularnych sukcesów. O przykładzie fuszerki można mówić w przypadku „Zaginionego symbolu” Dana Browna, do bólu przewidywalnego panegiryku ku chwale masonerii rytu szkockiego. Powieść nie przekonuje zarówno pod względem ogólnej prezentacji tego typu stowarzyszeń jak również metod pozyskiwania wiedzy „tajemnej” przez głównego antagonistę utworu. Tym samym nie wnosi niczego nowego poza typowym dla wspomnianego autora płytkim ujęciem tematu. Odmiennie rzecz się ma w przypadku Alana Moore’a, który być może również nie odkrywa przed czytelnikami dotąd nieznanych sekretów. Niemniej istnieje prawdopodobieństwo, że w przypadku rozdziału czternastego autor bazował nie tylko na licznych przecież relacjach praktyków eksterioryzacji, ale też osobistych doświadczeniach w zakresie kontaktów z zaświatami. Bo tych Moore nie tylko nie skrywa, ale wręcz zdaje się ów obszar aktywności wskazywać jako sedno swej duchowej tożsamości. Stąd jak przystało na spadkobiercę m.in. idei swego czasu kultywowanych przez przedstawicieli gnostyckich nurtów szkoły aleksandryjsko-antiocheńskiej (bo do nich właśnie odwołuje się zarówno masoneria rytu szkockiego jak również teozofowie), także centralna osobowość komiksu przejawia ambicje pozyskania natury boskiej.

Równocześnie „Prosto z piekła” można interpretować również jako studium dehumanizacji spaczonej jednostki, przekraczania granicy, spoza której nie ma już powrotu. Osób rozeznanych w dokonaniach Moore’a ta okoliczność nie zaskoczy. Mamy z nią bowiem do czynienia zarówno w „Zabójczym żarcie” (w myśl zeszłorocznych rewelacji w większym stopniu dotyczącą Batmana niż jego głównego oponenta), „Strażnikach” („narodziny” Rorschacha), jak również w pierwszym tomie „Stulecia” (córka Nemo). Wspominane tytuły nie wyczerpują zresztą tego zagadnienia potwierdzając szczególne zainteresowanie Moore’a nie tyle bohaterami dynamicznymi, co raczej samym procesem „przejścia” w sensie okultystycznym. Podróż w głąb samego siebie, przy równoczesnym poszerzeniu świadomości w wymiarze metafizycznym, być może wynikło z osobistych poszukiwań duchowych autora i zdaje się stanowić nieodłączny element jego fabuł. Ta na swój sposób zastanawiająca tendencja może wzbudzić w co bardziej dociekliwych czytelnikach pytanie o uczciwość Moore’a, który w zakamuflowanej formule „sprzedaje” swoim odbiorcom treści rodem z doktryn okultystycznych.

Mało tego! Momentami zdaje się on nie tyle stawiać znak równości między dobrem a złem, co wręcz niweluje oba pojęcia jako wyzbyte znaczenia w przypadku osobowości, której status ontologiczny wskutek rytuału ulega wyniesieniu. Tym samym sugeruje (choć niejednoznacznie) możliwość spełnienia zasadniczego dążenia antycznych gnostyków (a przy okazji ich znacznie bliższych nam chronologicznie „pogrobowców”). Niejako na marginesie podkreśla znaczenie w procesie pozyskania „oświecenia” ezoterycznego tantryzmu oraz mocy zaklętej w pierwiastku żeńskim. Stąd odniesienia do folkloru związanego z irlandzkimi czarownicami oraz znanej z mezopotamskiego eposu „Enūma eliš” konfrontacji pomiędzy Tiamat a Mardukiem. To zresztą kolejny, istotny element w forsowanej przez Moore’a koncepcji rytualnego przebóstwienia (czego nie raczył przyznać wprost, uchylając się od omówienia kluczowej sceny czternastego rozdziału). Oczywiście nie mogło również zabraknąć jego bożyszcza i duchowego przewodnika w osobie Aleistera Crowleya. Bowiem za sprawą swego oddanego fana rzeczony zyskuje w „Prosto z piekła” drobną, acz znaczącą rólkę.

Powstała w latach 1988-1996 seria z pozoru nie posiada już tej skali społecznego zaangażowania jak miało to miejsce w przypadku m.in. wczesnych prac Moore’a (luźna adaptacja powieści „Future Shock” Alvina Tofflera dla „2000 AD”) czy klasycznego „V jak Vendetta”. Po bliższym wejrzeniu w metody kreacji świata przedstawionego owo złudzenie prędko zanika. Bowiem pomimo pozorów imperialnego blichtru brytyjskie społeczeństwo jawi się jako zdegenerowane, a zarazem skrajnie spolaryzowane. Krytyka tych relacji jest wręcz gruntowna i w największym stopniu widoczna na przykładzie londyńskich prostytutek. Wspomniana w Dodatku I pejoratywna uwaga scenarzysty o systemie nie będącym stanie zaoferować wspomnianym innej możliwości utrzymania jak tylko kupczenie własnym ciałem, nie pozostawia pod tym względem wątpliwości. Natomiast nadmierny prezentyzm w ukazywaniu mniejszości seksualnych wypada potraktować jako niezbywalny element światopoglądu Moore’a. Z kolei pomysłowo skonstruowany Dodatek II to nie w tylko wiele wyjaśniające zwieńczenie utworu oraz zapis kreacyjnego procesu dzięki któremu „Prosto z piekła” ujrzało światło dzienne. To również świetny materiał na animację w manierze Terry’ego Gilliama.

Konwencja plastyczna zaproponowana przez Eddie’ego Campbella jest niemal w tym samym stopniu odstręczająca co profil osobowościowy centralnej postaci tej fabuły. Tym samym wzorujący się na szkicach sądowych z epoki oraz nie najlepszej jakościowo poligrafii prasowej szkocki artysta kreuje ponury, przesycony turpizmem świat przedstawiony rodem z maligny szaleńca. Chwilami zresztą trudno wyzbyć się poczucia, że na rzeczywistość spoglądamy z perspektywy osoby obłąkanej, kierującej się kompletnie odmiennym kodem interpretacji rzeczywistości. Tym samym rzeczonemu plastykowi udaje się wygenerować atmosferę cywilizacyjnej zgnilizny, realiów u progu stulecia niespotykanej na wcześniejszą skalę zagłady. Nawet jeśli wstępne wrażenie wytwarza poczucie obcowania z tworem plastycznie niechlujnym, wraz z kolejnymi stronicami prędko ono zanika. Stąd wizualna strona przedsięwzięcia jawi się spójnie i konsekwentnie, a zarazem świadczy o warsztatowej dojrzałości jej autora. Choć chwilami niektóre osobowości nakreślono z pozorną niedbałością, to jednak większość z nich zachowuje wizerunkową indywidualizm.

Wielka szkoda, że w polskiej wersji „Prosto z piekła” zabrakło reprodukcji okładek wydania zeszytowego. Zwłaszcza, że były to kompozycje bardzo udane, a ich prezentacja nawet w czerni i bieli (pierwotnie wykonano je prawdopodobnie w technice akrylowej) i tak byłaby wartościowym dodatkiem. Dziwi również decyzja autorów polskiego przekładu o zachowaniu oryginalnych tytułów opracowań, których tłumaczenia od dawna funkcjonują na naszym rynku (np. „Zrodzeni z krwi: zapomniane tajemnice masonerii” Johna J. Robinsona). Wątpliwość wzbudza ponadto zachowanie niektórych imion własnych (m.in. Diodora Sycylijskiego) w wersji łacińskiej bądź też anglojęzycznej. Mimo wszystko klimat naszej edycji działa Moore’a i Campbella sprawia wrażenie w pełni adekwatnego do panującej w nim atmosfery udanie podkreślonej przyćmioną, trafnie zmodyfikowaną względem oryginału, okładką. Korzystnie prezentuje się również autorski krój liternictwa powstały specjalnie na potrzeby polskiego wydania.

Nakład polskiej edycji komiksu jest już dawno wyczerpany. Również w obiegu wtórnym „Prosto z piekła” to produkt raczej unikalny. Nie potrafiąc ocenić faktycznej skali rynkowego zapotrzebowania na ten tytuł piszący te słowa zaryzykuje jednak twierdzenie o potrzebie jego wznowienia. Rzecz jasna zawsze można zaopatrzyć się w wersję oryginalną. Biorąc jednak pod uwagę zastosowaną w tej publikacji stylizację językową oraz ogólnie zadowalającą jakość polskiego przekładu (refleksja dotycząca translatorskich niuansów zawarto na końcu tomu), stała dostępność tego komiksu wydaje się w pełni wskazana. Nie da się ukryć, że interpretacja przekazów o tragicznych wydarzeniach w Whitechapel jest dziełem nieco odmiennego kalibru niż „Strażnicy” czy „Liga Niezwykłych Dżentelmenów”. Jednakże zainteresowanie reedycjami tych pozycji może wskazywać, że również „Prosto z piekła” miałoby szansę odnaleźć się w zbiorach tych przedstawicieli komiksowej braci, którym jak dotąd nie dane było zaopatrzyć się w ów przeszywający do cna utwór. Nawet jeśli scenarzysta nie omieszkał zawrzeć w nim apoteozy rytualnego okultyzmu.

 

Tytuł: „Prosto z piekła”

  • Tytuł oryginału: „From Hell”
  • Scenariusz: Allan Moore
  • Rysunki: Eddie Campbell  
  • Współpraca artystyczna: Pete Mullins
  • Liternictwo wersji polskiej: Daniel Chmielewski
  • Przekład: Maciej Chaciński i Marek Cieślik
  • Wydawca wersji oryginalnej: Top Shelf Productions
  • Wydawca wersji polskiej: Timof i cisi wspólnicy
  • Data premiery wersji oryginalnej: styczeń 1999 r.
  • Data premiery wersji polskiej: październik 2008 r.
  • Oprawa: miękka (dostępny był również wariant twardo okładkowy)
  • Format: 17 x 27 cm
  • Papier: offset
  • Druk: czarno-biały
  • Liczba stron: 584
  • Cena: 110 zł

Zawartość niniejszego wydania zbiorczego zaprezentowano pierwotnie w postaci mini-serii „From Hell” nr 1-11 (marzec 1991- wrzesień 1998 r.)

  


comments powered by Disqus